Strona 8
z fantastycznemi częstokroć godnościami kasztelanów, krajczych, łowczych i wojewodów, gdy nawet biskupia infuła dziadka po kądzieli uświetniła zbiór ten, a jeszcze starożytność rodu Morskich nie dosyć imponowała światu, pan Ignacy, po długiej z malarzem naradzie na nowy wpadł pomysł.
W parę zaś miesięcy później, sąsiedzi zebrani na imieninach pani domu, istne ujrzeli curiosum. Był to wielki, fantastyczny obraz, odnaleziony, jak utrzymywał pan Ignacy, wśród dawnych pamiątek rodzinnych, a obecnie świeżo tylko odrestaurowany.
Przedstawiał on pułkownika chorągwi pancernej Szczęsnego Morskiego, pędzącego na rozhukanym koniu. Włosy rozwiane, pianą okryty rumak i czarna, straszna przepaść roztwierająca się przed nimi, zdawały się nieuchronną grozić mu śmiercią. Jeden skok jeszcze, a nieszczęsny jeździec runie bez duszy na dno czeluści. Niebezpieczeństwo jednak, wiszące nad nim, cudownie usunięte zostało. Oto w obłokach widać świetlaną postać Matki Boskiej, a ponad nią unosi się napis złocistemi wyryty literami:
"Nie lękaj się, kuzynie, bo ja tu jestem!" Zebrani sąsiedzi stanęli z wyrazem zdumienia, osłupieniu równającego się nieledwie.
Morski wydął lekko policzki, pokręcając zaś wąsa, objaśnił od niechcenia:
To ilustracya do starej legendy, przechowanej
w naszej rodzinie. Według podania tego, Morscy wywodzili ród swój od pokolenia, z którego pochodziła później Matka Boska.
— Jakto, a zatem państwo jesteście chyba nie Polacy, nie Słowianie? — zagadnął ktoś śmielszy.
Morski spojrzał nań z miną wyższości.
— Mój panie, gdy myśmy imię nasze zapisali w kronikach, Słowianie nie istnieli jeszcze na świecie. I Matka Boża nie jest przecież Polką, a nie przeszkodziło Jej to zasiąść na tronie niebieskim.
— Więc pradziadowie sąsiada wywodzili się z rodu Dawidowego? — interpelował nieulękniony śmiałek.
— Taak — przyznał Morski z lekkiem wahaniem, czując teraz dopiero, iż zapędził się zbyt daleko.
— Hi, hihi, meches! — zaśmiał się ktoś z cicha.
Chichot ten z pośród gęsto zbitej grupy wybiegły, doleciał uszu gospodarza i jak strzała zatruta, w pychą przejętem utkwił sercu. On chciał wynieść się, wywyższyć, imponować, a tu mu szyderstwem w oczy rzucano. Gorycz uczucia tego spotęgowaną jeszcze została, gdy przy sutej uczcie, śmiałek ów, mający widocznie do Morskich na pieńku, po wypiciu zdrowia solenizantki, wzniósł toast na cześć wielkiego historycznego rodu, który starożytnością swoją, nietylko Słowian i Polaków, ale nawet Greków i Rzymian przewyższył. Spokrewniony z Ma-
tką Boską, ród ów, pochodząc od Dawida, przyczynił się małym kamykiem do zabicia wielkiego Goliata, a tem samem unicestwił najazd niebezpiecznych filistynów, czem bezwiednie krajowi znakomite oddał usługi.
— Przy takich koligacyach i wpływach, mógłby dla niego i dzisiaj lepszy los wyprosić — dorzucił mówca, uniesiony na pozór oratorską swadą.
Ironia słów tych była o tyle widoczną, iż Morski nie mógł się łudzić co do jej znaczenia.
Nazajutrz obraz zniknął z galeryi, usta wszakże w ruch puszczone nie milkły, a anekdotoni na ten temat nie zdołano już położyć końca. Morscy stali się celem najzłośliwszych pocisków, rodowód zaś od króla Dawida, którego matka miała być Morską z domu, był im na każdym wypominany kroku.
Zgnębiony niepowodzeniem na punkcie starożytności swego rodu, pan na Orłowie, Horodyszczu i innych włościach, wynalazł stokroć pewniejszy sposób wyniesienia się nad poziom.
W sąsiedniej Galicyi tylu było hrabiów i baronów, taka iście obiecana ziemia dla arystokracyi; dlaczegoż by on nie miał odetchnąć dystyngowanem jej powietrzem, czemu nie napić się z ożywczego źródła? Czy to krew jego mniej jest od innych błękitną? Dawniej można było obywać się bez odznaczeń, dziś jednak wobec zaraźliwego rozszerzenia
się demokratyzmu, należało stwierdzić i ostęplować, nie już niebieską, ale szafirową jej barwę.
Następnej zimy Morscy wyjechali do Lwowa, zkąd pan Ignacy odbył parę tajemniczych w stronę Wiednia wycieczek. Gdy zaś w kilka miesięcy później wracali do doma, konie orłowskie wysiane po państwa, przyprzężone zostały na granicy do nowiuteńkiej karety, na której stary herb Morskich, kurczył się skromnie, jakby wstydliwie, pod nową, a tem samem większą od niego hrabiowską koroną.
Rumaki snać pojęły doniosłość faktu, jaki za Ganges zawieść im przyjdzie, podniósłszy bowiem głowy, stąpały dumnie po starym, trzęsącym się moście na Huczwie, który trzeszczeniem swem zdawał się skarżyć leniwym falom rzeczułki, na ten świeży dowód ludzkiej głupoty. Uliberyowany stangret innego widocznie był zdania, rozgniewany bowiem brakiem szacunku dla hrabiowskich siedmiu pałek, zaklął stłumionym głosem, na "głupi naród, co takie luterskie mosty buduje", i zaciął cugowce, tak, że aż rzuciwszy się żywiej naprzód, zarżały donośnie. Odgłos ów wywołał odpowiedź u koni, ciągnących za karetą wóz ładowny hrabskiemi rzeczami, a kufry opatrzone na każdem wieku wielką siedmioperłową. koroną, podskakiwały równocześnie w takt ruchomych, jak klawisze, dyli mostowych.
Huczwa jednak szczęśliwie przebytą została w pięknym zaś pałacu, wznoszącym się po drugiej
stronie tego hrubieszowskiego Gangesu, wielka zawrzała radość. Jaśnie państwo spotykali się tu z dawno niewidzianym, a umyślnie z zagranicy zawezwanym synem, któremu jako niespodziankę wieźli w darze dyplom hrabiowski. Było to uprawomocnienie tylko tytułu, w praktyce oddawna przezeń używanego.Że klucz horodyski skurczył się jednocześnie
o wielki kawał sprzedanego lasu, to nikogo nie zajmowało. Starodrzew, phi, — nibyż to mało zieleni na świecie! Zresztą, do wspaniałej, niebotycznej puszczy nadbużańskiej, ten tylko mógł przywiązywać wartość, kto albo nauczył się z groszem liczyć, lub też rozumiał poetyczny język parowiekowych dębów i sosen stuletnich, kto ukołysany mistyczną ich pieśnią, umiał na skrzydłach jej podnieść ducha, dla kogo szafir nieba, przebijający się wśród wysmukłych konarów i wsparty na nich, jak na kolumnach z czystego wykutych malachitu, stanowił sklepienie i kopułę najcudniejszej w świecie świątyni
Morscy wszakże, o rzecz tak marną jak groszzwykli się wtedy tylko troszczyć, gdy im go w wydatkach zabrakło; poezyę zostawiali pensyonarkom
i półgłówkom. Jeżeli zaś jedyna w rodzinie, i bierna, aż do niewolnictwa, pani Morska, chciała się modlić, wtenczas kościół parafialny, stawał się po wiernikiem dystyngowanych jej westchnień.
Puszcza więc padła pod toporem sprowadzonego