Strona 70
cześnie głos pełen młodzieńczej siły — iż Kotwiczowie nie mają dość szlachetnej dumy, by przebaczać swym wrogom. Dotknąłeś mię we wszystkiem, co miałam najdroższego na świecie; znieważyłeś ojca, zatrułeś spokój brata, omało nie zabiłeś... pana Tadeusza — dodała ciszej, a jednak ja, Róża Kotwicz, pierwsza w ich imieniu wyciągam do ciebie rękę!
— Róziu ! Różyczko! — zabrzmiały dokoła głosy.
— Ma racyę — przerwał chory, dłoń podając hrabiemu. — Wuju, ja cię powinienem także przeprosić.
W chwilę później obaj przeciwnicy padli sobie w ramiona.
Po licach pani Opolskiej łza gruba spływała.
— Teraz będę zupełnie szczęśliwą — wyszeptała. — Serce moje przez lat tyle rozdarte, dziś wśród ukochanych trzy łączy obozy.
Hrabia wyczerpany ze znużeniem na fotel opadł.
— Jerzy — wyrzekł głosem drżącym, wyciągając ręce ku Tereni i jej mężowi. — Jerzy, przemów ty jeszcze za mną do ojca.
— Nie trzeba, panie hrabio — zaprzeczył starzec siwowłosy, w spracowane swe ręce dłoń jego ujmując. — Nie trzeba. Stary Kotwicz szczęśliwy, iż takiej dożył chwili, chętnie zapomina o przeszłości. Z popiołów i mogił, iskra przebaczenia, kwiat miłości strzelać tylko powinien.
Gdy minęła pierwsza chwila wzruszenia, pani Opolska zwróciła się troskliwie do brata.
— Co to, Eustachy, ręka twa jeszcze na temblaku? — pytała.
Hrabia zarumienił się silnie.
— Bezwładna na zawsze — wyszeptał, jakby zawstydzony.
Odtąd obok szezlongu, na którym niemocą przykuty, długie miesiące leżał Tadeusz, przybyło jedno jeszcze krzesło; wuj i opiekun nie opuszczał go prawie. Zdawało się, że pierwsza w życiu choroba, że utrata ręki, oraz długie tygodnie samotności i opuszczenia, zmieniły go nie do poznania. Skromny dwór w Kalinie wydawał mu się jakimś rajem cichym, chłopska rodzina Kotwiczów wzorem rodzin patryarchalnych. Struna pychy i próżności pękła na zawsze.
Wobec zbudzenia uśpionych dotąd, a czystych i uczciwszych uczuć, dawna jego miłość dla panny Teresy, dawna chorobliwa namiętność, podsycana stucznie, obrażoną dumą i zawiścią, zgasła niepowrotnie. Cieszył się jej szczęściem, pieścił dzieci nawet, a oczy jego, ścigające z rozrzewnieniem postać Różyczki, która mu do tego raju pierwszy wstęp otworzyła, zdawały się wyrażać żal za zmarnowaną przeszłością.
Raz wreszcie, wzruszony widocznem przywiązaniem dwojga młodych ludzi, hrabia Morski, którego-
tu poprostu wujem Eustachem nazywano, wyjechał do miasta, w parę zaś dni później Tadeusz Opolski otrzymał ku wielkiemu swemu zdumieniu, kopię jego testamentu. Pierwszy paragraf obejmował urzędowe zrzeczenie się wszelkich pretensyj do Kaliny, oraz przekazanie znacznej sumy Teresie Kotwiczowej, tytułem strat, na jakie forsowny proces i niedbała opieka wuja, naraziły ją przedtem. Drugi artykuł, zapisując po spłaceniu długów pół maję" tności Orłowskich na cele oświaty i Stypendya dla synów chłopskich, pozostałą połowę przekazywał" Tadeuszowi Opolskiemu, jako byłemu pupilowi i jedynemu krewnemu gasnącego rodu Morskich.
Obok testamentu znajdował się list rzewny, serdeczny, w którym hrabia Eustachy, prosząc o przyjęcie zapisu, uprzedzał równocześnie, iż po załatwieniu wszelkich dawniejszych zobowiązań i spraw, jakie go raz jeszcze do stolicy powołują, pragnie powrócić, by wśród nich, pod koniec życia przynajmniej, użytecznym stać się człowiekiem. Liczył, że nie odtrącą kaleki i pozwolą mu dowieść, iż arystokracya polska, nie jest, jak to ogólne twierdzi mniemanie, liściem zeschniętym, narodowemu pniu obcym. I w niej na dnie serca krążą zdrowe i soki. Dziś jednak, stłumione są one o tyle, że trzeba nader silnego wstrząśnienia, by je do życia powołać. Stłumione, bo zamknięta w ciasnem, a błędnem kole, musiała zubożeć fizycznie i duchowo-
Stąd też — kończył — patrząc na ciebie i na Kotwiczównę, z podwójną radością widzę, na co się zanosi i życzę ci szczęścia, Tadziu. Dobrze robisz, nie goniąc za niem w pałacach. Skarłowacieliśmy i zmaleli. Potrzeba nam świeżej krwi, świeżego żywiołu. Cześć ci za to, iż niepomyślałeś związków serca w lśniących złotem szukać salonach. Strzecha wieśniacza, oto grunt, na którym szlachcie naszej należy szukać odrodzenia; nie bankierskie dukaty i krew obcego szczepu, lecz lud jedynie dźwignąć nas potrafi.