Strona 7
nowanie, dobry ton i wyższość nad prostymi śmiertelnikami, godność tę dzierżyło dziedzicznie, a Indye przed i zagangesowe patrzyły z uwielbieniem na swoich fetyszów, przysięgając, iż podobnych wzorów dynstynkcyi i cnót obywatelskich nie było na świecie. Nigdzie także nie mogłeś spotkać równej, jak u nich, pszenicy, równej intelligencyi, szyku i równie zaściankowej ciasnoty pojęć.
Wśród takiego to otoczenia istniała i zamierała zwolna można niegdyś rodzina Morskich. Karmazyni z dziada pradziada, liczący w długim szeregu antenatów, nietylko drążkowych kasztelanów, ale i wojewodów nawet, Morscy nigdy nie należeli do magnateryi polskiej. Zamożni, wpływowi i na własnej oparci sile, stanowili oni czoło wybitniejszego odłamu szlachty, która, dumna z przywilejów swych, do klamki pańskiej się nie pięła, a powtarzając przysłowie: "Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie," nosiła hardo głowę do góry. Był to odrębny rodzaj arystokracyi, która w dumie swój mogła śmiało powtarzać dewizę Rohanów francuzkich: Dieu ne peux, Roi ne veux, Rohan je suis! Nie mogąc być Bogiem, gardzili cudzoziemskim tytulikiem hrabiego lub księcia, bo każdy z nich czuł w sobie przyszłego władcę korony.
Kategoryą ta szlachetniejsza od innych, nie miała jednak przyjaciół ani zwolenników. Prosta szlachta nie mogła jej przebaczyć dumy, mocą której usiłowali wynosić się nad brać szaraczkową; utytu-
łowana arystokracya miała za złe tę samą dumę właśnie, bo wskutek niej polscy Rohanowie nie gięli karku wobec magnackiego majestatu, ale zuchwale równali się z nim na każdym kroku.
Morscy więc bywali często na równi z innymi przedmiotem pańskiej niechęci, która upamiętniła się nawet znaną anekdotką. Oto, gdy jeden z ich przodków został wojewodą, przekupiony ubogi dworzanin, świadcząc przeciw niemu w trybunale lubelskim, miał zawołać w celu ośmieszenia nowokreowanego senatora:
— Prześwietny sądzie! Od lat dwudziestu służąc krajowi, wiele już rzeczy poznałem i z niejednego pieca chleb jadłem. Widziałem psa morskiego, ciele morskie, świnię morską nawet, ale wojewody Morskiego, jakom żyw, nie widziałem. Pozwól mi więc, prześwietny trybunale, przyjrzeć się wpierw równej osobliwości, a później dopiero, co wiem o morskiej tej potencyi mówić będę!
Pomimo żartów podobnych były to najświetniejsze dla rodziny czasy. Wkrótce jednak warunki się zmieniły. Szara rzeczywistość zastąpiła marzenia o tytułach i senatorskich krzesłach. Morscy zaś, szarpnięci majątkowo, utraciwszy znaczną część swych włości, spadli do poziomu ogólnego reszty szlachty. Byli to zawsze jeszcze ludzie bogaci i dawnych pamiętni splendorów, lecz wspomnienia przeszłości musiały zastąpić smutną teraźniejszość.
Wtedy to dopiero w skarłowaciałym duchowo ich potomku, a ojcu dzisiejszego hrabiego Eustachego, obudziła się żyłka próżności i wyniesienia. Kosztem wioski sprzedanej stanął wielki pałac, w którym snuła się służba w świetnej liberyi. Morscy zaś, zamiast z ubytkiem majątkowym ograniczyć się, zamiast trzymając się dawnych tradycyj iść ręka w rękę z ogółem, lub stanąć mu za wzór, pracując wytrwale w dostępnej dla wszystkich dziedzinie, nie poczuli nawet obowiązków, ciążących na nieb.
Zdawało się, iż skarłowaciały duch ich, obcym się nagle stał wszelkiej myśli żywotniejszej, tak że nic już nie było w stanie wyrwać ich z egoistycznej, filisterskiej apatyi.
Obojętni na wypadki gorączkujące innych, oddzielili się od nich murem chińskim zimnego egoizmu. Następcy ich, przejęci tym samym duchem wyższości ponad marne sprawy ogółu, zdołali w trzy dziesiątki lat później wymknąć się wraz z dorastającym Eustachym za granicę, zkąd powrócili dopiero oglądać ślady — po burzy.
Morskim, przyjeżdżającym z pod weselszego nieba, obraz ten tembardziej wydawał się ponurym. Dla tego też zapewne syna pozostawili nadal zagranicą, jakkolwiek wobec nagłego przewrotu ekonomicznego i marnotrawstwa panicza, który niby to chodził w Paryżu na uniwersytet, przebywanie jego w no-
wożytnym Babilonie, obciążało coraz silniej hipotekę Orłowskiego klucza.
Pobyt u wód francuskich i niemieckich, gdzie każdy raożniejszy cudzoziemiec hrabią bywa nazywany i gdzie tytuł ten przyrósł po części do rodziny Morskich, wywarł stanowczy wpływ na próżnego pana Ignacego. Podnieciwszy raz żyłkę swą ku arystokracyi i chęć wyniesienia się, marzył już tylko teraz o zapewnieniu przywilejów wyższości dla wypieszczonego jedynaka. Z początku próżnostka ta w niewinny ujawniała się sposób. Widząc, iż możne rody mają galerye obrazów, w których przodkowie ich przeważną grają rolę, stary Morski zapragnął skompletować taką samą w Orłowie.
Wskutek tego jeden z głównych salonów pałacu przeznaczony został na portrety familijne; pan Ignacy zaś rozesłał listy do całej dalszej i bliższej rodziny, a wystawiając sławę, jaka z galeryi takiej spłynie na wszystkich, prosił, by mu wszelkie najdawniejsze rysunki przesłali zaraz, bądź to w imię wspólnego dobra, bądź za pieniądze. Poświęcających się jednak niewielu było, tak, iż wykupienie pamiątek tych, wątpliwej nieraz autentyczności, sporo go kosztowało. Ale cóż, zliczywszy wszystko razem, czwarta część sali zaledwo zawieszoną została. Morski do innego uciekł się pomysłu. Oto dowodząc, że okoliczne cerkiewki i kościołki wznoszone były przez dalszych lub bliższych jego kre-
wnych, odbył do nich istną wędrówkę, a zabrawszy portrety fundatorów, umieszczane bądź to na chórze, bądź nad nagrobkami, wzbogacił niemi rodzinne zbiory swoich antenatów. Ponieważ jednak nie wszystkie były w zadowalniającym stanie, sprowadzony więc ad hoc malarz, jednym nowe sprawiał sukienki, pod drugimi stosowne umieszczał napisy. W ten sposób królowa Bona naprzykład, przekształcona została w babkę p. Ignacego, który patrząc w niemile, sztywne jej rysy, przez niedołężnego oddane artystę, podnosił pobożnie oczy ku niebu, wzdychał smętnie na wspomnienie rzadkich cnót tej czcigodnej matrony.
Próżność wszakże ludzka i chciwość zaszczytów, to według słów Jokay'a, pierwszy stopień pychy, która wiodąc ludzi do samego dna piekieł, na niebie tworzy lucyperów, na ziemi zdrajców i odstępców. Pozbawiony szerszego pola do działania, odsunięty od sposobności pozyskania odznaczeń, tytułów lub orderów, stary Morski spróbował nianię wielkości w inny zadowolić sposób. Zbieranie zaś obrazów podsunęło mu właśnie myśl utrwalenia praw swych do starożytności za pomocą niezbitego, jak sądził, dowodu.
Gdy wystudyowani głęboko Niesiecki i Paprocki nie dawali już pozorów do dalszego popisu, gdy według krótkich ich notatek wymalowane zostały całe szeregi Morskich w sajetach i deliach aksamitnych.