Strona 69
— Został więc śmiertelnie raniony?
— Uratowanie go do cudów należy. Wymodlono go, wybłagano; mocą miłości i starań wydarto śmierci tylko. Siły młodości dużo tu również znaczą.
— Tak, siły młodości — wyszeptał chory i opuściwszy głowę, zamilkł posępnie.
Od tej pory doktór przy każdej wizycie musiał mu opowiadać najmniejsze szczegóły z bytności swej w Kalinie, przyczem zacny ten człowiek, milczący wobec Kotwiczów, tu, nie żałował słów pochwały dla całej rodziny. Hart duszy i siła pani Opolskiej, radość Tereni, odzyskującej napowrót brata, wdzięk Różyczki nawet i patryarchalna powaga starego Kotwiczą, wszystko to wracało na jego usta, nadając całemu obrazkowi szczęścia ich rodzinnego, koloryt światła i ciepła promienny blask prostoty i zacności. Ośmielony milczeniem hrabiego, który nie przerywając żadnem słówkiem, chciwie zdawał się opowiadań słuchać, poczciwy lekarz poszedł krok dalej i do nazwiska zaczął dodawać określenia: siostra pańska, pani Opolska, lab: dzielny bratanek pański, Tadeusz, i tu wszakże Morski żadnej nie czynił uwagi. Widząc, iż ziarno dobrze kiełkować zaczyna, lekarz podwoił wizyty, a przy jednej z nich zauważył:
— Więc pan hrabia prócz Opolskich, no... i prócz Kotwiczów, żadnej nie ma rodziny?
— Żadnej.
— W takim razie pogodzenie z nimi warto było
okupić maią ofiarą.
— Chorobą?
— Tak, no... i przytem ta ręka jakoś mi się niepodoba, zaczyna sztywnieć. Przywrócenie władzy w niej będzie długiego wymagało czasu.
Morski zrozumiał wyrok. W zapadniętych jego oczach odbiła się cala potęga dawnego wściekłego gniewu, siły wszakże nie mogły mu sprostać, nie zdołały podsycić walki uczuć, ani strasznej zawiści. Po chwili też szamotania wewnętrznego i skarg głośnych, głowa na piersi opadła. A gdy doktor odjechał, gdy głucha cisza, żadnem życzliwem nie przerywana słowem, zapanowała znów dokoła, hrabia, samotny wśród próżni tej i opuszczenia, po długich godzinach rozmyślań, po buntach wewnętrznych, przy których egoistyczna chęć życia i głos zbudzonego sumienia ścierały się naprzemian, wyszeptał wreszcie ze skruchą:
— To kara za życie zmarnowane, za złamanie egzystencyi tym, którym miałem ojca zastąpić. Ojca? Wszak jednej zatrułem młodość, drugiego na śmiertelne rzuciłem łoże.
Odtąd z każdego wybuchu gniewu przeciw Opatrzności, która mu to niespodziewane zsyłała kalectwo, z każdego bezsilnego buntu przeciw losowi, Wychodził zrezygnowany i spokojniejszy, powtarzając tylko z fatalistyczną jakąś wiarą:
— Kara za zmarnowane życie, kara za krzywdę sierot.
W Kalinie tymczasem, po dniach smutku i zgnębienia, weselsze zabłysły chwile. Tadeusz zwolna przychodził do zdrowia. W dworku też całym zapanowała radosna atmosfera, wśród której zapomniano prawie o przebytych bólach i troskach.
Eekonwalescencya młodego Opolskiego przeciągała się jednak długo; wyniszczone siły wymagały nader pieczołowitego starania i troskliwości, by stopniowo powrócić. Tygodnie też upłynęły, zanim po raz pierwszy łóżko porzucił, przeniesiony na szezlong, którego, według zapewnień lekarza, długo miał jeszcze nie opuszczać.
Był to dzień uroczysty dla Kaliny, dzień, zdający się serca wszystkich szczęściem i radością przepełniać.
Pokój przybrano kwiatami, obok zaś bladego Tadeusza cała zebrała się rodzina. Z jednej strony matka, patrząca z rozrzewnieniem na wyrwanego śmierci jedynaka, u nóg Terenia, rozpromieniona, uśmiechnięta i Jerzy Kotwicz, gładzący złote włosy swego synka; z drugiego boku kanapy — stary Kotwicz, spokojny i poważny, o krzesło zaś jego oparta, piękniejsza, niż dawniej, Różyczka, która przez te kilka tygodni spoważniała dziwnie: śmiała i rezolutna dawniej, teraz więcej powściągliwą w ruchach i słowach się stała. Była to istna uroczystość;
rodzinna, łącząca wszystkich w serdecznej miłości i zgodzie. Gawędzono też z tem wylaniem, z pogodą zaufania, która w kółku domowem najwyższe stanowi szczęście, ożywienie zaś rozmowy nie pozwoliło im posłyszeć turkotu kół przed gankiem. Otwarcie drzwi dopiero zwróciło ogólną uwagę.
Na progu stał Morski, a raczej dawne widmo hrabiego Eustachego.
Okrągła postać wychudła i pochyliła się, czerwone bakenbardy zbielały, blade i zapadnięte policzki mówiły o ciężkiej, przebytej chorobie, o długich, jak nieskończoność, godzinach samotnych rozmyślań i opuszczenia. Ręka lewa hrabiego na temblaku spoczywała jeszcze. Zatrzymał się, by okiem zagasłem, smutnem, powieść po zebranej grupie rodzinnej, której rysy takiem cichem szczęściem i zadowoleniem jaśniały.
Obecni zdumieni, jak gdyby nagle zagrobowe ujrzeli widmo, głębokie zachowali milczenie.
Hrabia postąpił naprzód nieśmiało i, stanąwszy po kilku krokach, rękę z dziwną pokorą ku pani Opolskiej wyciągnął.
— Jadwiniu! — drżącym wyrzekł głosem. — Długie tygodnie samotności i cierpienia gorzką mi były nauką; wiem, żem ciężko względem was zawinił. Jadwiniu, czy skrucha nie zdoła cię przebłagać, czy nie zechcesz mi starych przebaczyć grzechów?
Głucha cisza jedyną była odpowiedzią.
— Jadwiniu — ciągnął wzruszony — nie odtrącaj mnie. Niech cię przejedna samopoznanie win własnych, z jakiem przychodzę tu w pokorze. Skrzywdziłem was, wiem o tem i dlatego pierwszy proszęo przebaczenie.
W szlachetnych rysach pani Opolskiej walka się odbiła. Wtem oczy jej padły na wybladła, tchnieniem śmierci napiętnowaną jeszcze postać syna, spoczęły na złotej główce wnuka, któremu dach wydrzeć chciano i matka, dotknięta w dzieciach, zwyciężyła kobietę, zamiast bowiem odpowiedzieć słowami przebaczenia, odwróciła od mówiącego głowę z pogardą.
— Jadwiniu, litości! — wyszeptał zgnębiony. Głębokie milczenie nie zostało żadnem przerwane słowem.
Hrabia Eustachy spostrzegł, iż winowajca nie przed trybunałem pokrewnych serc, lecz wobec obcych stanął sędziów.
— Więc odtrącacie mnie — jęknął i zachwiawszy się, wyjść zamierzał.
Zanim jednak zdołał progi te opuścić na zawsze, od wezgłowia Tadeusza podniosła się nagle wysmukła postać dziewczęcia, z aureolą złotych włosów u czoła, wyprostowana zaś, piękna zapałem swym
i oburzeniem, śmiało postąpiła naprzód:
— Wstyd mi, panie hrabio — zabrzmiał równo-