Strona 68
XVIII.
Rana, otrzymana przez Tadeusza Opolskiego, była tak ciężką, iż życie jego długo bardzo na włosku wisieć się zdawało. Kula, strzaskawszy obojczyk, uwięzia nieszczęśliwie wśród, sieci koncentrujących się tu nerwów, stąd też wyjęcie jej z niezmiernemi połączone zostało trudnościami. Jeżeli jednak nie sztuka lekarska, to zjednoczona z nią. miłość, troskliwość i serdeczne starania, jakie otaczały wezgłowie chorego, musiałyby chyba potęgą swą nowe weń tchnąć życie. Zrozpaczona, a jednak mężna i spokojna na pozór matka, której śmierć ubóstwianego wydzierała jedynaka, Terenia, nie zmordowana w staraniach i Jerzy wreszcie, chcący w szwagra, poświęcającego się za nich, własne przelać tchnienie, wszyscy dniem i nocą zmieniali się na przemian przy łożu Tadeusza. Po drugiej stronie
wezgłowia, jednoczącego w tej chwili najdroższe ich nadzieje i najcięższe obawy, postarzały o lat dziesięć, z długą siwą brodą na piersi spływającą, siedział nieruchomie stary Kotwicz, a oczy jego, utkwione w tem młodem, w walce ze śmiercią szamoczącem się życiu, wyrażały to ból wielki, to wyrzut na przemian.
— Jak stanę przed Bogiem, jak spojrzę w oczy duchowi ich ojcu — szeptały drżące usta starca od czasu do czasu z wiarą głęboką. — Ha, to kara za egoizm, przekleństwo samolubstwa! On mi dzieci swe oddał w opiekę, a ja, ja nie umiałem szczęścia im zapewnić? Jedna, skazana na ubóstwo, drugi w obronie nas życie własne oddaje. Czyżby dla połączenia dwóch obcych sobie dotąd żywiołów, dla zjednoczenia rozdwojonych braci chrzest krwi był koniecznie potrzebnym?
W chwilach takiej gorzkiej walki i wyrzutu, u boku starca na palcach, cichutko, stawała ubóstwiana jedynaczka i opierając się tkliwie o pochylone barki ojca, drobne swe rączki z nieśmiałą pieszczotą, na szarej składała sukmanie. Obecność jej posiadała dziwną moc kojącą i to moc, kojącą nie dla starego Kotwiczą jedynie. Szamoczący się w gorączcze chory, zdawał się ją przeczuwać także, a gdy piękne oczy dziewczęcia, które spoważniawszy nagle, z figlarnej dzieweczki w idealną zamieniało się kobietę, spoczęły trwożliwie na rysach Tadeusza,
moc ich magnetyczna uspakajała malignę, dotknięcie zaś delikatnej jej dłoni, położonej na czole chorego odpędzając majaczenie gorączki, uśmiech bezwiedny wywoływało na jego usta.
Pałac Orłowski smutniejszy jeszcze przedstawiał widok. Jeżeli atmosfera Kaliny, obok troski i ciężkiej zgryzoty, najtkliwsze wskazywała starania i serdecznem. ciepłem otaczała chorego, tu z wielkich, złotem lśniących komnat chłód tylko wiał i opuszczenie.
Rana hrabiego Eustachego, któremu kula przestrzeliła rękę, nie była ciężką. O ile jednak Tadeusza w walce ze śmiercią podtrzymywał młody i pełen siły organizm, o tyle Morski, wycieńczony, przedwcześnie, zgrzybiały, zdający się jakąś sztuczną mieszaninę, zamiast krwi, mieć w żyłach, z rany lekkiej stosunkowo nie mógł się podźwignąć, ani wyleczyć. Straszna gorączka, a później jedna choroba za drugą przyplątywały się, nurtując zrujnowany organizm. Baron Kruzenberg zatelegrafowawszy po słynnego lekarza, sam najbliższym wyjechał pociągiem; hrabia więc na lasce służby pozostawiony jedynie, jak istny Łazarz w obszernym swym wyglądał pałacu. Płatni lokaje porozlatywali się, zajęci własnymi interesami i zabawą; płatna również dozorczyni drzemała w kącie, lub biegala na kawę i ploteczki do miejscowych oficyalistek, zostawiając chorego własnemu przemysłowi,
rzucając go na łaskę i niełaskę losu. Nie było tu ani życzliwego słowa pociechy, ani dłoni, któraby delikatnein staraniem zmniejszyła ból dotkliwy, wreszcie twarzy przyjaznej, słodzącej uśmiechem podawane lekarstwo. Magnat, około którego w stolicy najweselsze, choć podejrzanej wartości skupiały się kółka, dziś, gdy nie rzucał pieniędzmi i szampanem, nie miał do kogo przemówić nawet; dzwonek zaś, niecierpliwą ręką chorego szarpany, nie zawsze do wezgłowia jego kogokolwiek sprowadzał.
Zmieniony, wychudły, z zapadniętymi policzkam i brodą, która bez farb sztucznych w siwą zmieniła się prawie, hrabia powtarzał niejednokrotnie:
— Nędzarz chorując, lepszą ma opiekę; nędzarz takiej, jak ja, próżni nie czuje do okoła siebie!
Próbował w chwilach polepszenia czytać, myśl jednak znużona, a nigdy do pracy umysłowej nie przywykła, nic pojąć nie była w stanie. Pozostawały mu więc cale dnie długie i dłuższe jeszcze noce do smutnych nad przeszłością i przyszłością rozmyślań.
Raz zażądał zwierciadła. Spojrzenie weń rzucone, nowym było ciosem. Nie mógł się łudzić; postać odbita prędzej zgrzybiałego starca, niż wytwornego przypominała salonowca. Hrabia Eustachy dnia tego silnej znów dostał gorączki. Napróżno przywołany lekarz chciał dociec przyczyny recydywy; dyagnoza wskazywała tylko, iż nowe jakieś
wstrząśnienie moralne zaszkodziło choremu. Gdy stan groźny minął nareszcie, doktor, zapisujący lekarstwa, zauważył z uśmiechem:
— Sztuka moja niewiele może pomódz, panie hrabio. Trzeba tu przedewszystkiem czasu i zupełnego spokoju. Troskliwa opieka i nieustające starania, cudów dokazaćby mogły. W takich razach ręka kobiety nieooenioną bywa. Czy pan hrabia nie ma żadnej rodziny, nikogo, ktoby się nim zajął serdecznie?
— Nikogo — brzmiała smutna odpowiedź.
— Sa chwile, w których rozumna i kochająca żona zbawieniem się dla człowieka staje — ciągnął. — Pan hrabia w takiem właśnie jest położeniu. Zapomniałem jednak, iż na stanowisku pańskiem częściej się miewa w żonie wytworną lalkę, niż troskliwą towarzyszkę. Serdeczne ciepło i cnoty rodzinne pod skromniejszymi kryją się dachami. Proszę naprzykład spojrzeć na Kotwiczów i Opolskich, zobaczyć, co się dzieje w Kalinie... A, przepraszam — zawołał prostoduszny doktór, spostrzegłszy, iż na zakazany grunt schodzi.
— I owszem, mów pan — przerwał hrabia. — Chować urazy po zmyciu ich krwią, to zawiść małoduszna. Czy pan leczysz Opolskiego?
— Tak.
— Jakże się miewa?
— Żyć będzie z pewnością.