Strona 67
by nie hejnał rzewny, który ze słowiczej wyszedłszy piersi, zdawał się modlitwę dziękczynną wymowniej nieść przed tron Przedwiecznego.
W tem, w pobliżu rozległ się tętent wierzchowców. Wiewiórka, skacząca po polance, zatrzymała się nagle i nastawiła uszu, posłyszawszy zaś kroki śmiałka, który szedł zakłócić spokój uroczej symfonii, zarzuciła kiciasty ogonek na główkę i szybko zniknęła wśród zieleni.
Na skraju gęstwiny ukazała się wysmukła postać Tadeusza Opolskiego i jego sekundantów. Przybyli rozejrzeli się ciekawie dokoła.
— Jesteśmy pierwsi - zauważył młody człowiek — to dobrze.
Zaczem jednak słońce z kilku liści rosę spiło, oddalony turkot powozu nowych zapowiedział przybyszów, po chwili zaś hrabia w towarzystwie barona Kruzenberga, Maurycego Korybuta i doktora stanęli na polance.
Przeciwnicy i świadkowie krótkim powitali się ukłonem. Morski blady, z wyrazem wściekłości w rysach i zaczerwienionemi powiekami, które o nieprzespanej nocy lub nadmiarze wina mówiły, starał się pomimo nerwowo drgającego oka, niczem miotającego nim gniewu nie zdradzić. Tadeusz poważniejszy tylko, niż zwykle, lekki smutek z zupełnym łączył spokojem.
Baron Kruzenberg spróbował raz jeszcze pojednać zwaśnionych.
— Panowie — mówił z cala obojętnością i chłodem gentelmana. — Panowie! Jeżeli pojedynek jest wogóle zabytkiem barbarzystwa, to dzisiejsza walka nosi na sobie podwójne jego cechy. Wszak wiążą was zarówno węzły krwi, jak moralny stosunek pupila i opiekuna. Wobec tych warunków niezwykłych, sumienie nakazuje mi odwołać się raz jeszcze do waszych uczuć, prosząc, byście sobie rękę do zgody podali.
Głuche milczenie jedyną było odpowiedzią.
— Panie Opolski — ciągnął finansista — pan, jako młodszy, jako siostrzeniec względem wuja, powinienbyś tu pierwszy krok zrobić.
— I owszem — zabrzmiał czysty i spokojny glos Tadeusza. — Niech hrabia Morski zobowiąże się słowem honoru do publicznego przeproszenia siostry mej i szwagra, oraz do nagrodzenia krzywd, im wyrządzonych, a gotów jestem zajście całe puścić w niepamięć.
— Nigdy! — syknął Eustachy, zieleniejąc z gniewu. — Nigdy! Ja jeden miałbym tu prawo wymagać przeproszenia, chociaż nie przyjąłbym go nawet. Takie zniewagi krew tylko zmywa!
— Tego samego jestem zdania — przyznał Opolski z zimnym ukłonem. — Zaparcie się związków krwi, krew tylko okupić może.
Sekundanci przystąpili do odznaczenia mety i nabicia broni.
Hrabia błyskał gniewnie białkami zielonawych swych oczu; Tadeusz zapatrzony w dal, myślał, iż w Kalinie wstają w tej chwili, Jerzy zaś oczekując od niego wiadomości, jak przyjętem zostało wyzwanie, niecierpliwić się zwłoką musi. Za szwagrem błysnęła mu z kolei jasnowłosa postać Różyczki.
— Znieważał Kotwiczów, a więc i ją także — wyszeptał, drgnąwszy zaś na myśl tę, po raz pierwszy z gniewem i pogardą wzrok w stronę Morskiego skierował.
W tejże chwili przygotowania ukończone zostały. Stanąwszy u mety, wynoszącej dwadzieścia kroków zaledwo, przeciwnicy spojrzeli sobie oko w oko. Spokój Tadeusza zdawał się do wściekłości doprowadzać Morskiego. W kątach ust jego lekka ukazała się piana. Łatwo też było zgadnąć, iż potrafiłby bez litości krew toczyć z tego zuchwałego młodzika.
Miarowe słowa komendy zabrzmiały w powietrzu. Hrabia, podniósłszy pistolet, celował długo, w głowę mierząc widocznie. Chwila ta zdawała się wiecznością obecnym. Huk rozległ się wreszcie, a gdy dym wystrzału rozproszył się w powietrzu, obecni ujrzeli Tadeusza lewą ręką za pierś się trzymającego. W prawej dzierżył jeszcze pistolet. Pociągnął za cyngiel i ponownym ruchem wstrząśnięty, zachwiał się tak silnie, iż gdyby nie ramiona
podbiegającego lekarza i sekundanta, [byłby bez życia runął na ziemię.
W tejże chwili rozległ się gwałtowny tętent od strony pola i na parskającym, spienionym koniu, Jerzy Kotwicz wpadł na plac boju.
Jeden rzut oka wytłómaczył mu rzecz całą. Zeskoczyć z konia i znaleźć się na kolanach przy ranionym, było dlań dziełem sekundy zaledwo.
— Tadeuszu, bracie mój — wołał — jak mogłeś, jak mogłeś to zrobić? Ty poświęcasz się i bijesz za mnie? Ha, nikczemnik, zmusił cię pewno do tego, lecz teraz chyba Boga nie byłoby w niebie,.
gdyby mi za wszystko nie zdał rachunku?
I z dziką w wejrzeniu błyskawicą zerwał się,. chcąc oko w oko stanąć z przeciwnikiem, chcąc go zgnieść i zmiażdżyć.
— Nikczemnik! — raz jeszcze na zaciśnięte wybiegło mu usta.
Odwrócił się by nagle stanąć jak wryty.
Opodal, krwią zbroczony, siny i bez życia leżał zapomniany przez wszystkich hrabia Eustachy Morski, a Kruzenberg tylko, własną chustką od nosa przykładaną do rany, usiłował upływ krwi zatamować.
Głowa Kotwicza na piersi opadła. Czuł w tej chwili, iż walkę tę zbrodniczą, bratobójczą, chętnie własnem okupiłby życiem.
— Jesteś pan pomszczony — syknął bankier, jak satyr szyderczy.
— I podwójnie ukarany — wybiegło ze zgnębieniem na usta Jerzego.
Wtem doktór szarpnął go za rękaw. Opolski odzyskał przytomność. Kotwicz ukląkł i pochylił się nad nim.
— Jerzy — wyszeptał ranny, zaledwo dosłyszalnym głosem. — Jerzy, musiałem tak zrobić, Bóg widzi, musiałem. Chodziło o przyszłość naszą, o honor. Strzeż mojej matki... Powiedz Różyczce, że Kotwiczowie pomszczeni zostali.
Usta mu zbielały, powieki w ponownem opadły zemdleniu.
— Wszak tu przez pola blisko do pana? — rzucił lekarz, tamując krew na prędce.
— Bardzo blisko.
— Jedź natychmiast po nosze i ludzi, przygotuj rodzinę i pokój dla chorego. Nie ma minuty do stracenia. My tymczasem wsadzimy hrabiego do karety i odeślemy do Orłowa, aby ich tu razem nie zastano — dodał, zwracając się ku Morskiemu.