Strona 66
później masę pieniędzy na proces, a wreszcie zostałeś znieważony. Równocześnie zaś, jeżeli odmówisz pojedynku, świat krzyknie, żeś tchórz nikczemny i dotknie cię właściwym w waszych pojęciach ostracyzmem. Jeżeli będziesz się strzelał, powie, żeś Zbrodzień i bratobójca, że zamiast pupilom twym ojca zastąpić, nie tylko niszczysz ich materyalnie, lecz jeszcze mordujesz i zarzynasz, jak niewiniątka.
Hrabia Eustachy, nie probując bronić się według zwyczaju cynicznym sarkazmem, po raz pierwszy wobec tego bezceremonialnego oskarżenia, głowę z pewnem zgnębieniem na piersi opuścił.
— O, brzydki geszeft, zły interes mruknął bankier przez zęby. — Jakikolwiek obrót weźmie ta sprawa, zawsze pan będziesz w niej moralnie i materyalnie pobitym. Szanujący się człowiek z kodeksem prawnym, ani z kodeksem świata nigdy w jawną nie wchodzi kolizyę. To tak nie wiele kosztuje zachować trochę pozorów uczciwości i uczuć obywatelskich, a tak dobrze procentuje stosunkowo! Parę przejażdżek do Opola, kilka obiadów, garść czułych frazesów i byłbyś uchodził za wzór opiekuna.
— Trudno mi było poświęcać się dla cudzych, narzuconych mi dzieci.
— Dowodzenie to już słyszałem — przerwał baron zimno. — Daleki jestem od narzucania sobie lub ko-
muś roli jakiegoś błędnego rycerza, dziś jednak, gdy rzecz cała bliżej mnie obchodzi, mam prawo powiedzieć, iż człowiek praktyczny dla samych względów utylitarnych nie lekceważy własnych obowiązków, inaczej mścić się one na nim zawsze będą.
— Wygodna etyka — zauważył Morski ironicznie. Kruzenberg wzruszył niedbale ramionami.
— Ależ mój hrabio, nie rzucajmy sobie piaskiem w oczy — przerwał lekceważąco. — Ja o pobudki nikogo nie pytam, bo to rzecz jego sumienia i spowiednika. Czy więc postępuje dobrze dla zysku, dla własnej wygody, lub próżności, kwestya obojętna; wystarcza mi, gdy stojąc na poziomie pojęć uczciwości i honoru, z opinią nie wchodzi jawnie w zatargi.
Przejęty też widocznie temi wysoce praktycznemi zasadami, wielki finansista, znalazłszy się sam, monologował w duchu:
— Zły interes. Zapłacić długi marnotrawcy, dopóki nosi jedno z najbardziej brzmiących nazwisk w kraju, to rozumiem. Szwagier bowiem i zięć, hrabia Morski, może całej firmie nadać pewien urok, a Kruzenbergów zamienić z książąt finansów, jak nas ironicznie nieco nazywają, w książęta salonów warszawskich. Możnaby mu nawet, pieniędzmi i stosunkami, dopomódz do owej upragnionej teki ministeryalnej i siebie tem wyżej postawić. Dzisiejsza wszakże sprawa niweczy wszyst-
kie podobne zamiary. Morski, skompromitowany i spoliczkowany, nie jest już dla nas szeląga wart nawet. Pojedynek z synowcem i pupilem pogorszy rzecz tylko. Cymbał! Miał ich już w ręku i zamiast pieniężnie dusić dalej i zgnębić, skoro mu to było do zadowolenia pychy potrzebne, zjechał tu, żeby go przepraszali. Dla czarnych oczu Kotwiczowej siebie zbłaźnił, a mnie popsuł szyki z Salcią. Wszyscy oni tacy.
— Trzebaby jednak umieć wyzyskać sytuacyę — ciągnął po chwili. — Pojedynek, to rzecz dodająca uroku w oczach gawiedzi. Skoro zaś istnieą głupcy, którzy się równie barbarzyńskiemu zwyczajowi poddają, czemu ja nie miałbym z tego wyciągnąć korzyści? Rozgłos nigdy nie szkodzi, niechże mi się więc droga, moralnie przynajmniej opłaci.
W pół godziny później konny posłaniec wiózł na pocztę list do głównego sekretarza i alterego pana bankiera, list, polecający mu, by w sposób zręczny umieścił nazajutrz wiadomość w gazetach, iż znany finansista, baron Kruzenberg wyjechał w tych dniach z Warszawy, dla pośredniczenia w sposób rycerski w delikatnej sprawie honorowej miedzy hrabią M. i panem O., którzy zwyczajem swych praojców, zwykli węzły gordyjskie ostrzem miecza przecinać.
— W oczach świata będzie to zawsze małe cachet d'héroisme, pozyskane dość łatwo, bo sam się przecież na nic nie narażam.
Pomimo tej praktycznej filozofii, sekundanci Tadeusza Opolskiego znaleźli już w nim tylko wzorowego dżentelmana o nienagannem wielkopańskiem obejściu i wyrafinowanych zasadach honoru. Życiem i krwią ludzką rozporządzał z flegmą, której najrodowitszy syn Albionu pozazdrościłby mu nawet. Wobec też biernego zachowania Morysia Korybuta, warunki pojedynku szybko zostały ułożone, spotkanie zaś miało nastąpić nazajutrz o szóstej rano wśród dużej leśnej polanki, położonej; między Orłowera a Kaliną.
Hrabia Eustachy, którego głucha nienawiść, i wściekłość potęgować się z każdą chwilą zdawały, pomny, iż w razie jego śmierci, zarówno dobra Orłowskie, jak galicyjskie posiadłości musiały-by przejść na Opolskich, siedział tymczasem, kreśląc ostatnią swą wolę. Akt ten, drżącą pisany ręką, miał wydziedziczywszy krewnych, zapewnić zarazem rozgłos i nieśmiertelną pamięć imieniu Morskich, mieszcząc ich wśród wiekopomnych dobroczyńców ludzkości. Hrabia poznał na chwilę całą dumę, całą miłość, jaką filantropi uczuwają dla dzieł swych wymarzonych. Nie chcąc zaś kraju, ani o jeden krzywdzić szeląg, postanowił, by po spłaceniu ciążących na nich długów, obszerne posiadłości jego, obrócone zostały, na założenie wielkiego toru wyścigowego imienia Morskich i ufundowanie nagród, które rozszerzając u nas szlachetny sport angielski, pamięć niedoszłego ministra i utytułowa-
nego dżokeja zarazem, niezatartemi we wszystkich stajniach zapisałyby zgłoskami.
Załatwiwszy się w ten sposób z obowiązkami względem rodziny, kraju i społeczeństwa, hrabia Eustachy, krzepiąc się szampanem, z pogodniejszem już czołem stanowczej oczekiwał chwili.
Miała ona nadejść, aż nadto prędko.
Las, wybrany przez świadków za miejsce spotkania, położony był między Orłowem i Kaliną. Zbliżony więcej do skromnej posiadłości Kotwiczów, niż do magnackiej rezydencyi Morskich, przedstawiał warunki spokoju i odosobnienia, tak pożądane w razach podobnych. Wyniosłe stare sosny i dęby, rozdzieliwszy niebotyczne konary, tworzyły na skraju samym obszerną polankę, którą sekundanci obrali za teatr, mającego się rozegrać krwawego dramatu.
Nieświadoma smutnej tej roli i zwolna się ze snu budząca, błysnęła ona nazajutrz całym urokiem, całą poezyą cichej, leśnej ustroni. Zarumieniona, jak wstydliwa oblubienica, pod pierwszym zorzy pocałunkiem, skąpana w lekkim blasku porannym, zaśmiała się i błysnąwszy w promieniach słonecznych blaskami opali, umiała każdą kroplę swej rosy zamienić w dyamenty, tęczowemi błyszczące barwami. Świegot leśnej gawiedzi, zbudzonej światłem dziennem do życia, zabrzmiał radosnem równocześnie echem, a złączony w chór potężny, byłby hymny swe długo jeszcze słał ku niebiosom, gdy