Strona 65
— Czy herb mój jest jeszcze nie dość dobrym dla pana? — stłumionym podjął głosem.
— Nie, ale mój młodzieńcze, pamiętaj, że nie jestem Herodem, abym własnych pupilów zarzynał.
— To niegodna wymówka — zawołał Opolski porywczo. — Pupilem twym, mości hrabio, nigdy właściwie nie byłem. Jeżeli zaś prawnie w tej występujesz roli, tem większa ci hańba, iż pamięć jej krwią chcę zmazać dzisiaj.
Eustachy Morski posiniał z wściekłości.
— Pojedynek między wujem i siostrzeńcem, między opiekunem i wychowankiem? — zaryczał — Ha, ha, ha, ależ to istny melodramat, a ja — dodał, wzruszając ramionami — z zasady na melodramatach nie bywam, bo mnie nudzą i śmieszą. Stać się zaś bohaterem zaściankowych awantur nie mam bynajmniej zamiaru. Może rola ta ciebie, mój młodzieńcze, podniosła-by w oczach jakiej wiejskiej Dulcynei, hrabiego Morskiego jednak ośmieszyć by tylko mogła.
— Odmawiasz pan więc? — zapytał Opolski, posuwając się groźnie o krok naprzód.
Ex-dyplomata monoki w drgające założył oko.
— Powtarzam — objaśnił arogancko — iż nie jestem Herodem, abym własnych pupilów zarzynał.
— Ale jesteś tchórzem bezczelnym, którego trzeba do walki przymuszać!
I drżącą z uniesienia ręka młodego człowieka
zawisła równocześnie w powietrzu, a trzymana w niej rękawiczka ruchem błyskawicznym opadła na policzek hrabiego.
Morski skoczył naprzód, jakby chcąc chwycić za gardło przeciwnika, lecz w tejże chwili zatoczył się i opadł na fotel. Na usta biała wystąpiła mu piana, oczy zdawały się z oprawy wychodzić.
Tadeusz Opolski drżący, wzburzony, pochylił się a ironicznym ukłonem.
— Czy teraz raczysz mi, mości hrabio, wskazać świadków, z którym sekundanci moi mogliby ułożyć warunki spotkania? — zapytał.
— Baron Kruzenberg i Maurycy Korybut, tu w Orłowie, dziś jeszcze — wybiegło na spienione usta Morskiego.
— Dziękuję — odparł Opolski i ze sztywnym ukłonem obaj pokój opuścili.
XVII.
Jakkolwiek piękna rezydencya Morskich nie obcą była baronowi Kruzenbergowi, niemniej, dojeżdżając w kilka godzin później do Orłowa, bogaty finansista z pewną dumą rozglądał się po posiadłościach przyszłego szwagra. Obszerne włości, wielki park i stara polska Leliwa, złączona z Pomianem na frontowej tarczy pałacu, w hrabiowską zdobnej koronę, te same wreszcie herby, powtarzające się wszędzie, od najmniejszego liberyjnego guzika, aż do uprzęży na koniach, wszystko to łechtało próżność pana bankiera.
— Leliwa i Pomian — wyszeptał — tych już nie kupuje się za pieniądze. Nikt też nie ośmieli się zarzucić, że na zapałkach albo cebuli zdobyte zostały.
— Salcia robi dobrą partyę — monologował da-
lej. Morski ograniczony pyszałek, ale cóż to znaczy? Imię świetne, pozory wielkich bogactw, nie powiedzą więc, żeśmy golca dla tytułu złotem osypali; trudno zaś, aby towar nie miał na sobie żadnej skazy, bo w takim razie nie przyszedłby w nasze ręce. Zresztą, Salcia za brzydka, by przebierać mogła; i tak na jej szczęście, długi zbyt widać hrabiemu dokuczyły, dzięki czemu świetny robimy interes.
Na progu jednak miał go już spotkać zawód.
Zamiast uroczystego przyjęcia, spostrzegł jakiś zamęt; hrabia Eustachy wyszedł zmięszany, rozdrażniony, słowa zaś jego nerwowymi ruchami przeplatane, zdradzały gniew wściekły, bezładnie szamoczący się z sobą. Zaledwo też minęły pierwsze powitania, Morski czując, iż czasu niema do stracenia, sekundanci Opolskiego bowiem lada chwila przybyć mogą, pociągnął wytwornego finansistę do swego gabinetu.
— Baronie — zawołał, gdy się sami znaleźli — przybywasz w samą porę. Sądzę, iż na mocy długoletnich naszych stosunków, mam prawo odwołać się dziś do twych przyjacielskich i... braterskich uczuć.
Kruzenberg skrzywił się nieznacznie; braterstwo pogłaskało go jednak.
— Rzecz prosta, jestem na twe rozkazy, hrabio. Morski opowiedział w krótkich wyrazach co za-
szło. W miarę słów jego, rysy bankiera sztywniały zwolna.
— Brzydka sprawa, zadecydował, wysłuchawszy do końca. Daruj hrabio, ale z dziwną poprowadziłeś ją nieopatrznością. Człowiek, wytrącony z równowagi przez namiętność, nie wie zazwyczaj co czyni. Tu się tak samo stało. Najpierw straciłeś pannę Opolską...
— Ależ zaręczam — przerwał Morski — iż nie miałem żadnych względem niej zamiarów. Myśl ożenienia się przyszła mi dopiero, w chwili poznania panny Salomei.
Baron Kruzenberg podniósł rękę z właściwym mu, wyniosłym ruchem.
— Nie mieszajmy tu imienia mojej siostry. Dopóki sprawa, kompromitującego zajścia, załatwioną nie zostanie, nie może być mowy o żadnych na przyszłość projektach.
— Przyznaję, baronie, że więcej liczyłem na twoją przyjaźń.
— I nie zawiedzie ona pana. Z drugiej jednak strony, zechciej zrozumieć hrabio, iż Kruzenbergowie silniej od innych muszą się liczyć z opinią. Człowiek, źle u niej notowany, to tak, jak źle renomowany towar, traci na cenie; szanujące się też firmy nabywać go nie powinny. Daruj, panie Eustachy, ale powtarzam, iż z własnej winy w fałszywem postawiłeś się położeniu. Straciłeś najpierw pannę,