Strona 64
— Czy tylko w aktach? — rzucił Eustachy sarkastycznie.
— Niestety, podobno i w życiu: tak przynajmniej każe mniemać misya, sprowadzająca nas ta dzisiaj.
Zająwszy zaś wskazane miejsce, ciągnął dalej.
— Domyśla się zapewne pan hrabia, iż przybywam w imieniu przyjaciela mego i szwagra, Jerzego Kotwiczą. Ponieważ bolesne zajście wczorajsze, krwią tylko zmazane być może, jako więc jego sekundanci mamy zaszczyt prosić pana o wskazanie świadków upoważnionych do ułożenia z nami, bliższych warunków spotkania.
Ceglasta czerwoność oblała rysy Eustachego, lewe zaś oko, jak zwykle w chwilach gniewu, nerwowo drgać mu zaczęło.
— Co? — zawołał, tonem czelnej aroganii — Pojedynek z Kotwiczeni?
— Pan hrabia nie życzy go sobie? — pochwycił Tadeusz spokojnie.
— Strzelać się z Kotwiczeni? Ha, ha, ha! Ależ to szaleństwo!
Opolski udał iż nie pojmuje znaczenia szyderczego jego śmiechu.
— W rzeczy samej — wtrącił drugi świadek — walka ta może przybrać wobec świata pozory nie tylko szaleństwa, lecz potwornego występku. Jakkolwiek też nie jesteśmy upoważnieni do pokojowego
jej zakończenia, jednakże, jeżeli sumienie pańskie wzdryga się przed wyjątkowym tym krwi rozlewem, nie wątpię, iż cofając słowa wyrzeczone, potrafisz go uniknąć, szczerem zaś przeproszeniem sędziwego Kotwiczą i jego synowej, zdołasz zatrzeć pamięć bolesnych starć i nieporozumień.
— Mój panie — porwał się dyplomata — Morscy nie mają zwyczaju przepraszać.
— Ani tchórzyć jak sądzę — przerwał Opolski. — Wobec zaś dwóch tych alternatyw, nazwanie pojedynku szaleństwem, zagadką się dla mnie staje.
— Znać, iż wzrosłeś pan w otoczeniu, które z poglądami szlacheckimi, przez wieki utrwalonemi, nie wiele miało wspólnego.
— W rzeczy samej, wpajano mi tylko pojęcia honoru, ale nie szlachetczyzny. W imię też ich, mam zaszczyt powtórnie prosić pana, o wskazanie świadków, z którymi moglibyśmy ułożyć warunki honorowej satysfakcyi, żądanej przez mego szwagra.
— Szkoda, iż pański szwagier, trzymając się widocznie ewangelicznej zasady, iż kto wiele żąda, temu wiele danem będzie, zapomniał, że tą razą nie z Opatrznością ma do czynienia — szydził Morski.
— To znaczy?
— Że hrabia Morski zwykł się pojedynkować z równymi sobie tylko.
Tadeusz Opolski dumnem zmierzył go okiem.
— Tych hrabia Morski nie wielu znajdzie — odciął ironicznie. — Co zaś do Jerzego Kotwiczą, zarówno wykształcenie, jak szacunek ogólny, otaczający jego imię...
— A cóż mnie szacunek ogólny obchodzi — rzucił Eustachy niedbale.
— Prawda, zapomniałem, iż pan hrabia nie chcesz z nim mieć nic wspólnego. Oddalamy się jednak od kwestyi. Zmuszony jestem prosić pana o kategoryczne wyjaśnienienie, na jakiej zasadzie odmawiasz honorowej satysfakcyi memu szwagrowi?
— Powiedziałem już — objaśnił wzruszając lekceważąco ramionami — iż samo żądanie to, na szaleństwo zakrawa. Pojedynek z Kotwiczeni? Ależ, mój panie, ja chłopskich synów bić każę, gdy na to zasłużą, sam się jednak z nimi nie biję.
Tadeusz Opolski pobladł silnie.
— Ostrożnie, mości hrabio, by cię uniesienie nie zaprowadziło za daleko. Słowa powyższe zbyt wielką przynoszą ci ujmę, abym je chciał brać na seryo,
— Przeciwnie — przerwał zaperzony pyszałek. — Dość już mam tego wdzierania się w nam tylko przynależne prawa. Wolno było Opolskim zapomnieć, kim są i dobrowolnie zdegradować się do związków z chłopskimi, kosztem gminy wychowanymi żebrakami; ale skoro im poniżenie takie miłe, niechżeż go używają sami i nie starają się przynaj-
mniej mnie w to błoto wciągnąć. Dość tych komedyj szlachectwa i arystokracyi z chłopską krwią niezgodnych. Niech Kotwicz nie zapomina, że jest tylko synem mego oficyalisty, niech mię nie drażni i nie doprowadza do ostateczności, bo doraźna, ręką lokaja wymierzona kara, oto jedyny los, jaki go spotkać może, jedyna honorowa satysfakcya, której hrabia Morski mu udzieli!
W miarę słów jego porywczych, rzucanych z całą bezwzględną arogancyą pyszałka, w żyłach Tadeusza Opolskiego krew również zagrała.
— Zapominasz, mości hrabio...
— Nie, to Kotwiczowie zapomnieli już, jak smakowały pańszczyzniane, na skórze ich znaczone batogi; sądzili, że zaszczyceni amorami panny Opolskiej, mają prawo przybierać pozy rycerskie i dawnym dziedzicom rzucać rękawicę. Na szczęście potrafię we właściwy sposób chłopską ich ukrócić butę.
Cyniczna, brutalna ta uwaga, nikczemnością swoją dopełniła miarki, zerwała względy, krępujące dotąd Tadeusza. Poniewierano najbliższym jego przyjacielem i krewnym, znieważano szwagra rodzonego, spotwarzano siostrę, a czynu tego dopuszczał się pogardy godny hulaka, były opiekun, który powinien jej był ojca zastąpić.
Blady, ale napozór spokojny i spokojem tym im-
ponujący właśnie, rozdrażnionemu arystokracie, młody Opolski podniósł się i wyprostował dumnie.
— Odmawiasz zatem mości hrabio honorowej satysfakcyi Jerzemu Kotwiczowi dlatego, że nie jest szlachcicem? — zapytał z powagą.
— Pojedynkuję się tylko z równymi sobie — brzmiała lekceważąca odpowiedź.
— Mam nadzieję, iż Opolskich musisz za takich uznać — zawyrokował młody człowiek z mocą. — Opolski nie ustępuje w heraldycznej legityrnacyi Morskiemu, bo w żyłach jego ta sama krew płynie, a jakkolwiek nie szczycimy się kupnym tytułem, wzamian jednak ród nasz o dwa wieki co najmniej starszym jest od waszej tarczy herbowej. Nie Jerzy Kotwicz więc, lecz ja zamiast niego żądam dziś krwawego zadośćuczynienia za zniewagi, rzucane tu i krzywdy, jakie moja rodzina znosić musi oddawna!
Za całą odpowiedź śmiech szyderczy gryzący, wybiegł na skrzywione, jak u satyra, usta ex-dyplomaty.
— Co, znów pojedynek — śmiał się dalej — ha, ha, ha, ależ to paradne. Sądziliście, jak widzę, że jestem dzieckiem, które się da lada groźbą zastraszyć.
Blade, jak wosk, lica Tadeusza wskazywały, iż wszystka krew do serca mu zbiegła, z podwójną gotując się tam siłą.