Strona 63
ten w ręku hrabiego — mówił dalej Jerzy Kotwica z goryczą — biedne zaś moje dzieci i żonę, mogę tylko w razie śmierci polecić opiece ojca i twojej, Tadeuszu. On, złamany wiekiem, nie zdoła już ich wychować, ty więc, jako. brat Teresy, a druch mój serdeczny, musisz ciężką tę przyjąć misyę.
— Na to dość jeszcze mamy czasu — przerwał żywo młody człowiek. — Wpierw pysznemu memu opiekunowi pamiętną damy nauczkę. Zresztą, jeżeli cię to uspokoi, przyrzekam, iż zabiorę chętnie pod moją opiekę nietylko Terenię i dzieci twe, ale... pannę Różę nawet.
Pomimo pozornego żartu, z jakim słowa te wypowiedział, wzrok jego z dziwnie trwożnym wyrazem zatrzymał się na szwagrze. Kto wie, czy w tej chwili przedśmiertnych rozporządzeń nie chciał mu podsunąć myśli, która, niewyraźnie jeszcze skrystalizowana, wymagała jednak zezwolenia jego i poparcia.
Spojrzeli sobie oko w oko, długo, przeciągle i dłonie w milczącym złączyli uścisku.
Był to rodzaj niemej, bratniej umowy, która snać dodała sił Jerzemu, podniósł się bowiem z pogodniejszą już twarzą.
— Dzięki tobie, Tadeuszu, spokojny wracam dc domu. Pamiętaj jednak, iż wieści o pojedynku z gorączkową będę wyglądać niecierpliwością.
Hrabia Eustachy Morski, wyświeżony, uśmiechnięty, siedział nazajutrz z rozpromienioną miną przy śniadaniu. Wprawdzie była to już dwunasta, ale wielkoświatowy sybaryta w miłych snach pogrążony nie zwykł był wcześniej dziennych trudów rozpoczynać; zresztą staranna tualeta, dokonywana przy pomocy specyalnie w fachu swym wykształconego lokaja, sporo również pochłaniała czasu.
Piękny ranek tak mile przyniósł mu wieści, iż wobec nich wczorajsze starcie z Kotwiczeni zbladło i zapomnianem zostało. Zarozumialec musiał już do tej pory srodze żałować swego zuchwalstwa. Hrabia też, ująwszy list, leżący obok filiżanki wonnej herbaty, ponownie się w czytaniu jego zagłębi}; uśmiechnięte usta i zalotny ruch, z jakim gładzi przy tem czerwonawe bakenbardy, wskazywały wysokie, wewnętrzne zadowolenie.
Gruby arkusik, ozdobiony baronowską koroną i suto złoconym monogramem Kruzenberga, miał własność zażegnania wszystkich trosk Morskiego. Ostatnie trzy lata, spędzone w Warszawie, lub nad modrym Dunajem, nie poprawiły bynajmniej finansów hrabiego Eustachego, kosztowny zaś proces o Kalinę nie mało się również do podkopania ich przyczynił. Wprawdzie heroiczne środki, jak wyjcie lasów i odprzedawanie pojedynczych folwarków, opłacały od czasu do czasu pańskie fantazye zaległe procenty, uspakajając chwilowo wierzycieli,
ale na długo starczyć to nie mogło, trudno zaś było rozkolonizować całą ojcowiznę między Niemców bo to odebrałoby stanowisko Morskiemu i nawet w jego kółkach za złe może zostałoby wziętem.
Wśród takich opałów, pan hrabia, przyjrzawszy się w lustrze, starannie wygładzanem zmarszczkom i nie dającej się już ukryć łysinie, zbadawszy z ojcowską dumą ogniste bakenbardy, wśród których tu i owdzie zaczęły połyskiwać białe nitki, przypomniał sobie, że kto wie, może to już czas po ostatni rezerwowy sięgnąć fundusz i spróbować własną osobę na wielkoświatowej spieniężyć giełdzie.
Projekt nie był złym w zasadzie. Hrabia wnosił do tranzakcyi tytuł i arystokratyczne nazwisko,. oraz sławę wielkich posiadłości; o długi bowiem, ciążące na nich, nikt nie miał prawa pytać, bo gdzież to istnieje dziś ziemia bez długów. Wzamian, zrzekając się młodości i urody, miał prawo znacznych żądać kapitałów. W ten sposób, gdzie inni tracą swobodę, on podwójną zyska tylko. Doszedłszy raz do równie stanowczego postanowienia, zaczął się staranie rozglądać po targowisku małżeństwa. Z patentowanych jednak, to jest utytułowanych, a wystawionych na sprzedaż towarów, żaden nie odpowiadał jego wymaganiom. Jedne, zbyt skromnym opatrzone workiem, posiadały dla niego za maią wagę gatunkową; inne, patrzące wyżej nieco, nie rokowały przychylnego przyjęcia.
Hrabia, wzruszywszy ramionami, przeniósł lunetę na magazyny, w których mniej koron i herbów, a więcej błyszczało złota. Ależ tu właśnie, lśnił klejnot pierwszej wody. Panna Salomea Kruzenberg, siostra znanego nam barona. Wprawdzie przypominał sobie Morski, iż była niezbyt piękną, że raziła nawet silnym zezem; drobny ten wzgląd jednak, wynagradzały zarówno jej krocie, jak bystra inteligencya i błyskotliwe wychowanie.
— Świetny pomysł, — zacierał ręce hrabia Eustachy. — Asymilacya jest dziś w modzie, zresztą któż tam po kilkunastu latach będzie pamiętał, kim była hrabina Morska z domu.
Tegoż dnia jeszcze długi list niósł zaproszenie do barona Kruzenberga, a równocześnie napomknienie o matrymonialnych projektach i prośbę o radę poufną, czy zamiary te mogłyby liczyć na przychylne poparcie.
Dzisiejsza poczta przyniosła właśnie odpowiedź, którą rozpromieniony Morski po raz wtóry z zadowoleniem przebiegał oczyma. Baron, przyjmując zaproszenie, pisał o konie na pociąg, a zarazem upewniał, że połączenie dwóch takich rodzin, jak Kruzenbergowie i Morscy, niewymowną sprawi mu przyjemność; ze swej strony też dołoży starań, by droga Saleia przychylnie zaszczytną dla niej przyjęła propozycyę.
— Salcia, Salcia! Oszaleli z takiem cachet wy-
bitnem. Zmienimy je na Delfinę; to brzmi arystokratyeznie, można zaś będzie nadmienić od niechcenia, że dwa posiadała imiona.
— Panie Tadeusz Opolski i Jan Zaremba, — zabrzmiał przy drzwiach głos lokaja.
Hrabia drgnął niemile.
— Co? — huknął gniewnie.
— Pan Tadeusz Opolski pragnie widzieć się z jaśnie panem.
Ciemna chmura niezadowolenia osiadła na czole Eustachego.
— Prosić do mego gabinetu, — rozkazał krótko.
— Jeszcze jeden wysłannik — mruknął przez zęby. — Pani Kotwiczowa próbuje wszelkich wybiegów, by się od przybycia tutaj obronić. Nic z tego, piękna pani. Przysiągłem, że cię upokorzę, i upokorzyć muszę.
Gdy stanął jednak na progu i ujrzał ceremonialny strój przybyłych, wspomnienie wczorajszego starcia z Jerzym nagle błysnęło mu w myśli.
— Jestem Tadeusz Opolski, — przedstawił się młody człowiek z krótkim ukłonem.
— Mój dawny pupil? — objaśnił Morski, wyciągając rękę.
Opolski udał, że ruchu tego nie widzi.
— Tak, — przyznał. — Mówiono mi, iż nazwisko pana hrabiego figurowało w aktach naszej' opieki.