Strona 62
XVI.
Bryczka, wioząca Kotwiczą, zamiast ku Kalinie do Opola wprost skierowaną została. Miejsce to, łączące dla Jerzego tyle wspomnień szczęścia, stanowiło jedyną ucieczkę, w której, nie kryjąc miotających nim wrażeń, mógł radę i pomoc znaleźć.
— Na progu już, zwabiony turkotem, czekał nań Tadeusz Opolski,
Ręce szwagrów w długim i gorącym złączyły się uścisku. Milczeli. Wymowny wyraz w obliczu Jerzego wskazywał Tadeuszowi aż na zbyt jasno, iż sprawa na nowym, niebezpieczniejszym jeszcze może stanęła przełomie.
— I cóż? — spytał krótko.
— Przyjeżdżam do ciebie z prośbą — rozpoczął Kotwicz.
— Wiesz, że jestem na twe rozkazy.
— Jak niegdyś przy ołtarzu, dziś musisz mi przy innej drużbować uczcie.
— Co to ma znaczyć?
— Wyzwałem hrabiego Morskiego na pojedynek. Liczę, Tadeuszu, iż nie odmówisz mi przyjacielskiej usługi i wraz z drugim świadkiem pojedziesz jutro ułożyć się o bliższe warunki spotkania.
Młody Opolski ręce załamał. — Obawiałem się tego! — zawołał. — Jak można, mając żonę i dzieci, rzucać życie takiemu nędznikowi. Ależ, mój Jerzy szalony jesteś chyba?
Kotwicz wyprostował się dumnie.
— Znieważył mego ojca, dotknął Terenię! Czy ty to rozumiesz? — dodał porywczo — znieważył Terenię i mego ojca! Dwie najwyższe świętości, jakie posiadam na ziemi, ośmielił się obryzgać błotem, a ja, ja miałem może słuchać go w spokoju?
— Racya. Ale, Jerzy, pamiętaj, że masz rodzinę, której praca twa jedynie życie zapewnić może.
— Wpierw byłem synem, niż ojcem; nie zasługiwałbym też na szacunek mych dzieci, gdybym pozwolił zbezczeszczać bezkarnie własnego rodzica. Obowiązek względem nich nawet, każe mi stanąć w obronie ich matki, którą hrabia zdeptać i upokorzyć pragnie. Zresztą — wybuchnął gwałtownie — głucha ta walka dłużej trwać nie może. Dość już tego, dość kajdan przymusu, jakie sobie nakładałem; dziś krew tylko skruszyć je potrafi, a skoro
świat za małym jest dla nas dwóch, jeden ustąpić z niego musi.
W spokojnem zazwyczaj, rozumnem jego oku dziki zapałał wyraz. Ujrzawszy go w tej chwili, hrabia zląkłby się zapewne "niepohamowanej krwi chłopskiej", budzącej się do życia.
— Nie zapominaj — wtrącił Tadeusz — iż Morski jest dziś twoim krewnym.
— Moim? — zaśmiał się Jerzy. — Nigdy. Wobec tego bezdusznego pyszałka tem dumniejszym jestem z rodzinnej strzechy słomianej. Znała ona ubóstwo, nędzę, niewolę, ale nie znała wyrafinowanego zepsucia i podłości. Prosty, lecz uczciwy ród Kotwiczów nie miał i nie może mieć nic wspólnego z przedstawicielami takiej, jak Morscy, arystokracyi.
Głowa Jerzego na piersi opadła; poczem ułagodzony nagle, ze wzruszeniem rękę do szwagra wyciągnął.
— Wy jesteście wyjątki — stłumionym wyznał głosem. — Terenia, to Anioł pojednania, który wyciągając ręce do braci zwaśnionych, chce własnem poświęceniem dzielącą ich przepaść wyrównać. Podnieść i uszlachetnić lud, tchnąć dlań miłość i poszanowanie w serca zasklepionej w sobie, a tem samem upadającej szlachty, oto posłannictwo, jakie polskiej kobiecie Bóg zdaje się wskazywać obecnie. Zarzucić jednak most między dwoma fundamentami; które złączone razem, opoką by się stały, za-
danie to zbyt wiele wymagające inicyatywy, zbyt subtelne, by je z poza wiru zabaw i fatalaszków dojrzeć można. Dlatego też, powtarzam: ty i Terenia do wyjątków należycie.
— Może dlatego, żeśmy na wyjątkowych również trafili ludzi.
Ręce ich znów w bratnim złączyły się uścisku.
— Skoro tak — rozpoczął Jerzy — powinieneś mie tem lepiej zrozumieć i nie odmawiać przysługi.
— Odmawiać? Nigdy w życiu! Próbowałem zwrócić się do twego rozsądku, bo uważałem to za mój obowiązek, skoro jednak postanowienie twe jest niezłomnem, przyznaję, że masz racyę. Co do mnie, byłbym dawno sprawę załatwił w podobny sposób; jedyny to bowiem środek wyjścia z zaczarowanego koła prześladowań i nienawiści.
Kotwicz uśmiechnął się mimowoli.
— Nie posiadam szlacheckiej gorączki do korda — wyrzekł — szczególniej w sprawach pieniężnych, których według mnie, nie powinna nigdy broń rozstrzygać. Zresztą, zapominasz iż hrabia od lat kilku nie pokazał się w kraju.
— Prawda. A zatem jutro rano udam się z Jasiem Zarembą do Orłowa. Zaiste, będzie to niezwykła prezentacya. Pupil, który, jak żyje, nie widział opiekuna, jedzie mu się przedstawić z pudełkiem pistoletów w ręku.
Ze sposobu, w jaki to powiedział, znać było, iż krzywdy własnej i prześladowań rodziny swej pa-
miętny czuł dla tego człowieka, obok wzgardy, głuchą, mimowoli zdradzającą się nienawiść.
— Na kiedy mamy naznaczyć datę pojedynku?
— Jaknąjprędzej; jutro lub pojutrze. Po co odwłóczyć chwilę stanowczą.
— Wątpię, czy to się da ułożyć. Hrabia, nie mający tu przyjaciół, zechce zapewne telegrafować po którego z wesołych koleżków na sekundanta. Będzie więc wypadało zaczekać.
— Zostawiam to tobie uajzupełniej; zastrzegam tylko krótką metę i, o ile się wyzwany zgodzi, pistolety a nie broń białą.
Mówili poważnie, lakonicznie. Walka ta na śmierć i życie zdawała się w tej chwili czemś tak nieunikionem, iż wobec nieubłanej jej konieczności żaden z nich na odmalowanie uczuć swych próżnemi nie szafował słowami.
— Nie potrzebuję cię chyba prosić, byś wobec Tereni całej sprawy najlżejszem nie zdradził słówkiem — zauważył Jerzy po chwili.
— Musiałbym nie być jej bratem — oburzył się Tadeusz Opolski. — Powiedzieć, znaczyłoby to narazić ją na powolne konanie z niepokoju, lub rzucie rozmyślnie do stóp Morskiego. Zresztą kobiety nie powinny ze sprawami podobnemi nic mieć Wspólnego; zawiele posiadają na to serca, za mało hartu i spokoju.
Majątkiem nie potrzebuję rozporządzać, bo