Strona 61
chcąc, byś mię przywiódł do zapomnienia, że jesteś wujem mojej żony i dziadkiem moich dzieci, woię natychmiast progi te opuścić.
Przymrużone oczy Morskiego gniewem strzeliły.
— Powoli, powoli, mości panie, — wycedził sardonicznie. — Prawda, to rzecz niewygodna, kole w oczy, ale wysłuchać jej czasem trzeba. Co do twych dzieci, te zachowaj dla siebie; pokrewieństwa ich nie pragnę bynajmniej; panna Opolska, wypowiadając mi wojnę, zaparła się stosunków rodzinnych, o tej renegacyi pamiętam doskonale. Odwoływanie się więc do dawnych związków, próżnem tu jest zupełnie.
— Moja żona nie myślała też bynajmniej garnąć się do pokrewieństwa pana hrabiego, ani narzucać mu węzłów, które sama uważa nietylko za zerwane, ale za niebyłe nawet. Sądzę jednak, że sprawiedliwość obowiązuje nas zarówno względem swoich, jak względem obcych.
— Nie może być? Takie jest szlachetne pańskie zapatrywanie? Bardzo się cieszę; kierowany niem bowiem, przychodzisz zapewne ofiarować mi zadośćuczynienie, wzamian za ową scenę brutalną, ubliżającą, w której ośmieliliście się znieważyć swego wuja i opiekuna właśnie.
— Zapominasz, panie hrabię, iż bytność moia i mego ojca tutaj, jest już, sama w sobie zadośćuczynieniem.
— Troszkę za małem. Kotwiczowie zbyt długo byli naszymi sługami, abym sobie dla upokorzenia ich zadawał tyle trudu.
— Pan hrabia się myli, ojciec mój nie był nigdy sługą Morskich, plenipotenta bowiem...
— Nie będziemy się sprzeczali o wyrazy; chociaż duma ta w synu znajdy czy sieroty, wychowanego kosztem gminy, conajmniej nieuzasadniona. Zresztą, mówię jawnie: wasze słowa obrazić mnie nie mogły; ludzie niżej stojący, zwykle zawiść ku wyższym czują.
Oczy Jerzego zapałały.
— Mości hrabio! — zawołał drżącemi usty — nie przeceniaj cierpliwości mej, nie naprężaj struny, bo, na honor, zapomnę o węzłach krwi, o wszystkiem, co nas łączy i rozdziela zarazem!
— Na honor? — powtórzył Eustachy Morski sarkastycznie. — Mój Boże, któż nie nadużywa już dziś tego zaklęcia; dawniej było ono przywilejem szlachty jedynie.
— Widocznie zatraciła go, razem z poczuciem czci, — objaśnił Jerzy. — Panie hrabio, skończmy tę bolesną walkę na słowa, — mówił, hamując się ponownie. — Proszę o naznaczenie warunków, na jakich odstępujesz pan od dalszego procesu o nasze mienie?
— Tylko warunki, nic więcej? — szydził dyplomata. — Doprawdy, zamieniamy, rolę, a ja tego nie
lubię, jak się pan przekonać już mogłeś. Z Morskich nikt dotąd drwić z siebie nie pozwalał; panna Opolska pierwsza wypowiedziała im wojnę ona też jedna najbardziej odpokutować za nią powinna. Dziś, gdy widzi, że wybryk ten nie ujdzie jej bezkarnie, niepotrzebnie nasyła mi nowych swych sprzymierzeńców, jej to rzecz bowiem upokorzyć się przed wujem i opiekunem, którego obraziła.
— Mojej żony?
— Tak. Cóż w tem dziwnego? Sprawa toczy się między mną a nią wyłącznie. Niegdyś, mając do wyboru Morskiego i syna chłopa, panu oddała pierwszeństwo; teraz niech się przekona, że prawica tego Morskiego zgnieść i zmiażdżyć ją może, że ona tylko również przywróci jej dobrobyt, spokój i stanowisko, takie przynajmniej, do jakiego dziś ma prawo. Łaska i niełaska moja, oto wszystko, co jej pozostało, niechżeż się raczy sama pofatygować po nią.
— Moja żona, tutaj?
— Ha, ha, ha; jakiż tragiczny okrzyk! Nie jestem przecież smokem, któryby pożerał młode kobiety. A może to, "duma" pani Kotwiczowej nie pozwala na upokorzenie się przed dawnym wujem i opiekunem; bo przecież równi wam ludzie pozują już dziś i na dumę nawet; widocznie modna to choroba, skoro przenika do najniższych warstw społecznych,
— Sądzę, panie hrabio — przerwał Jerzy z goryczą — iż przeciwnie mało jej mamy. Inaczej, szlachetna duma nie pozwoliłaby panu na znęcanie się nad bezsilnymi, nie kazałaby pokonanym wymierzać Ie dernier coup de pied de l'dne.
— Mój panie! — porwał się Morski.
— Nie cofam wyrażenia. Trzeba być nikczemnym, aby w ten sposób nadużywać położenia.
Hrabia posiniał, zapienił się, zielone jego oczy białkami błysnęły; za chwilę jednak zapanował nad sobą, a przechyliwszy się w znak na fotelu sardonicznym wybuchnął śmiechem.
— Ha, ha, ha, co za patos! — zawołał. — Mówiłem, już, iż obrażać się zwykłem tylko na równych sobie. Zresztą za te słowa żona pańska odpowie mi również.
— Mylisz się, mości hrabio. Żona moja za nic odpowiadać nie będzie, noga jej bowiem nigdy tu nie postanie; nie miejsce to dla uczciwej kobiety.
— W takim razie z torbami puszczę was z Kaliny i piękna pani Teresa zajedzie może w miejsce mniej jeszcze dla uczciwych kobiet właściwe.
— Wpierw jednak, panie hrabio, ja lub ty trupem padniemy. Świat zaciasny jest snać dla ciebie i mojej rodziny. Nie mogąc jej innym ocalić sposobem, chętnie życie moje poniosę w ofierze; a jeżeli walka na śmierć z najbliższym krewnym mych dzieci grzechem jest i występkiem, niech występek ten nie
na sumienie, którego nie posiadasz, lecz na duszę twą padnie!
— Co, co? — porwał się Morski.
— Mości hrabio, skoro sam targasz łączące nas węzły, skoro upierasz się przy roli obcego i wroga, pozwól więc, iż odpowiedź na zniewagi, które krew tylko zmyć może, świadkowie moi przyniosą ci jutro,
I, skłoniwszy się ceremonjalnie, Jerzy Kotwicz z podniesioną głową gabinet opuścił.
Hrabia Eustachy stał przez chwilę, jakby ogłuszony, poczem śmiech zgrzytający, szatański wybiegł ponownie na jego usta.
— Zarozumialec! Pyszałek! — wykrzyknął z wściekłością. — Czego mu się nie zachciewa. Poczekaj, mam ja dla chłopów inny rodzaj pojedynku.
Pomimo jednak wzgardliwego tonu, jakoś nie raźno było mu na duszy. Wyginany w ręku cybuszek turecki strzaskał się na miazgę pod nerwowym naciskiem, szybkie bieganie po pokoju nie mogło przywrócić hrabiemu równowagi. Zadzwonił wreszcie i kazał przynieść butelkę Bordeaux, topiąc w niem mimowolny niepokój.