Strona 60
Wyciągnięta prawica starca drzała; długa, biała broda majestatu mu dodawała.
— Żegnam! — zawołał i ku drzwiom się skierował.
W miarę jak się oddalał, Morskiemu wracała przytomność. Jak to, zamiast go zmaltretować, upokorzyć, zmiażdżyć, pozwalał sobie dawać nauki? A gdzież tryumf upragniony? Z drugiej strony jednak, siwowłosy patryarcha dziwną przejmował go obawą. Wtem cnemu dyplomacie zbawcza myśl przyszła.
— Panie Kotwicz! — zawołał. Starzec zatrzymał się u progu.
— Powiedz pan synowi, aby przyjechał tutaj Może... może porozumiemy się jeszcze.
— Słowo, panie hrabio?
— Nie wiem, rzecz względna... W każdym razie spróbujemy ułożyć warunki.
W fałszywych jego oczach zagadkowy jakiś błyszczał wyraz. Starzec patrzył na nagły zwrot ten z niedowierzaniem, poczem, skłoniwszy się, salon opuścił.
Morski zatarł ręce.
— No, teraz będzie taniec — wyszeptał. — Poczekaj zarozumialcze, pogadamy ze sobą.
XV.
Głęboka zmarszczka troski przecinała siwe brwi Kotwiczą, opuszczającego progi orłowskiego pałacu. Niedowierzając ostatniem słowom hrabiego, uważał misyę swą za chybioną zupełnie. Więcej nawet przychylny napozór zwrot uczuć, z jakim wróg zacięty zażądał przybycia Jerzego, strachem go przejmował, bo widział w nim dowód nowego jakiegoś pomysłu, lękał się nawet zasadzki.
Pomimo tego, nie omieszkał wyniku bytności swej zakomunikować natychmiast w Kalinie.
— Pojadę! — zawołał Jerzy. — Spotkanie będzie bolesne, ale jest nieuniknionem. Zresztą, nie lękaj się, ojcze. Zimna krew nie opuści mnie ani na chwilę; wobec niej zaś, hrabia straci sposobność do wybuchów, nie zdoła ku szaleństwu mnie popchnąć.
— A może, Jerzy, ja bym ci mógł towarzyszyć? — zapytał skwapliwie Tadeusz Opolski, szwagier i od lat dziecinnych serdeczny przyjaciel Kotwiczą.
— Widok twój, rozdrażniłby go silniej jeszcze, a tu łagodzić trzeba — zadecydował Jerzy. — Pojadę jutro, lecz proszę, niech Terenia nie wie nie o tem, niepokoiłaby się niepotrzebnie. Powiemy jej po skończonej misyi.
Jerzy od chwili oświadczyn o pannę Opolską nie widział dotąd hrabiego. Pamiętny mu też był gniew jego każda obelga Morskiego, rzucona wówczas, a głęboko w duszy wyryta, odnawiała się dzisiaj, tem silniej jeszcze, iż nie obcą mu była szalona namiętność, jaką Terenia wzbudziła w sercu przeżytego hulaki. Sądząc po prześladowaniu i zemście zaciętej, namiętność ta dzika nie wygasła snać dotąd; do głębokiej też obrazy znającego godność swą człowieka, łączyła się jeszcze w sercu Jerzego, mimowolna zazdrość małżonka, który, wielbiąc żonę? jak najwyższe bożyszcze, cierpiał nadtem, iż ktoś inny niskie i brudne chowa dla niej uczucie.
Eustachy Morski, zawiadomiony o przybyciu młodego Kotwiczą, polecił go już nie do salonu, lecz do swego wprowadzić gabinetu.
Stanąwszy na progu, Jerzy ujrzał szeroką, pulchną postać niedoszłego ministra, pochyloną pilnie nad biurkiem, tak, że plecy tylko i łysina widocznemi były.
Pomimo skrzypnięcia drzwi i głosu anonsującego lokaja, piszący ani drgnął.
Kotwicz stał chwil kilka, czekając w milczeniu; wreszcie spróbował zwrócić na siebie uwagę.
— Panie hrabio — wyrzekł.
Morski odwrócił głowę i prze? ramię przelotne rzucił wejrzenie.
— A, to on — wycedził lekceważąco. — Zaraz; należy poczekać.
Tu był panem położenia. Patryarcha siwowłosy, o barkach atlety i kiju sękatym, nie imponował mu w tej chwili, a Jerzego nie bał się wcale.
I znów głucha zapanowała cisza, przerywana tylko skrzypieniem pióra po papierze. Gdy to zadługo już trwało, czekającemu krew zaczęła burzyć się w żyłach.
— Może pan hrabia raczy przerwać pisanie — zauważył stanowczo. — Trudno mi czekać do końca referatu, a zajmę mu krótką tylko chwilę.
Pióro Morskiego przesuwało się dalej w milczeniu po zdobnym w herb i hrabiowską koronę, wyperfumowanym listowym papierze.
Wreszcie, czując, iż dłużej przeciągać tego nie może, bo Jerzy gotówby odejść zupełnie, zawiesił pisanie i, nie odwracając się jeszcze, sięgnął z zimną krwią po cygaro. Obejrzał je powoli, starannie, ujął wytworną maszynkę, uciął koniec, maszynkę odłożył systematycznie na swoje miejsce, a potarłszy zapałkę, przysunął ją do wonnej hawany. Dopiero gdy kłęb dymu uwieńczył te zabiegi, arogancki pyszałek odwrócił się ku przybyłemu i za rzucając nogę na nogę, wyciągnął się niedbale na fotelu.
Jerzy jak na rozżarzonych stał węglach.
— Cóż, źle się procesować z Morskim? — rzucił gospodarz lekko wydętemi wargami.
— Ja też procesować się nie myślałem — tłoma-
czył młody człowiek, zajmując miejsce, krótkim ruchem ręki mu wskazane.
— Pan wogóle w niczem nie spróbowałeś mi sięsprzeciwić — zauważył ironicznie.
— W niczem przynajmniej nie miałem zamiaru podniecać niechęci pana hrabiego — potwierdził z powagą.
Morski udał, że nie słyszy.
— Tak, proces to rzecz niewygodna; żałuję, iż wypuściwszy go z rachuby, sądziliście sie już wszechwładnymi panami położenia — mówił z sarkazmem. — Arystokratyczna żona nie zmieni pierwiastku krwi; gdy bieda, to pokłon do dworu, gdy nic nie grozi, głowa hardo do góry i ząb za ząb walka z dziedzicem.
— Nie wiedziałam, iż pan hrabia względem własnej rodziny służalcze stosuje pojęcia. O ile pamiętam, Opolscy nigdy nie byli zależnymi od Morskich.
— Ja też mówię o Kotwiczach, a ci wyrósłszy w naszej służbie, na niej się przecież spanoszyli, na niej przywdziawszy surdut, sięgnęli nawet po amory zamiast do garderoby; wprost do pałacowych salonów.
Jerzy bardzo blady podniósł się zwolna.
— Panie hrabio, czy po to żądałeś mego przyjazdu, aby nacieszywszy się widokiem pokonanego wroga, znieważać go dotkliwie? Jeżeli tak, nie