Strona 6
usprawiedliwia wszystko. Nie mogłeś przecież siedzieć w domu dla cudzych interesów. Rysy Morskiego rozpogodziły się.
— Tak, masz racyę. Trudno mi było całe życie przekształcać, z powodu narzuconej nad obcemi dziećmi opieki.
— To dobro dla zwykłych śmiertelników — zakończył baron z dwuznaczną powagą. — Takie rody, jak Morscy, inne mają żądania i wyższe w świecie obowiązki do spełniania; nie wolno im drobiazgami się krępować.
II.
Wśrod długiego obszaru nadbużnych okolic, zwanych zwykle krajem deskami zabitym, istnieje zakątek tak żyzny, iż przed stu laty już zdołał sobie miano spichrza w kraju pozyskać. Wysunięty na południowschód starożytnej ziemi lubelskiej, strojny w malownicze wzgórza i niebotyczne lasy, obdarzony niezmiernem bogactwem flory, odróżniał on się zawsze bujnym ezarnoziemem od dalszych piaszczystych wybrzeży Buga, które w płaskiej swej monotonności dziwnie się nieraz wydają ubogiemi. Zakątek ten, położony około Hrubieszowa, zwrócił na siebie przy końcu zeszłego jeszcze wieku, uwagę zacnego myśliciela i reformatora Stanisława Staszica, który nabywszy tu znaczny klucz dóbr, obdarował nim włościan miejscowych, zakładając słynne swe towarzystwo rolnicze, Stowarzyszeniem staszi-
cowem zwane zazwyczaj. Było to pierwsze tchnie, nie nowej idei, pierwsze ziarno, z którego siewca wielki sobie plon rokował. Wiedział, że w bujną rzuca je glebę, reszta więc od stopnia uprawy tylko i od zewnętrznych, atmosferycznych zawisła okoliczności. Niestety atmosfera ta była tak nieprzychylną, iż słaba roślinka na niezbyt dobrze przygotowanym wzrosła gruncie, nie mogła się nigdy rozwinąć w bujne, daleko konarami swemi sięgające drzewo. Zarówno ścieśniony zakres, jak skrzywiony kierunek Stowarzyszenia, nie pozwolił mu objąć szerszych kręgów i głębiej wpływu swego wywierać. Jakkolwiek też najpiękniejsze humanitarne marzenia Staszica statutem objęte, martwą pozostały literą, w małem jednak kółku włościan hrubieszowskich, uwłaszczenie i nadane im prawa zaznaczyły działalność swą podniesieniem dobrobytu u ogółu, poziomu zaś umysłowego i moralnego u pojedyńczych jednostek.
W obec takiego stanu rzeczy, zdawało się, iż potrzeba tylko było zrozumienia własnego i ogólnego położenia ze strony okolicznych dworów, aby, jeżeli nie w całym kraju, to w granicach fundacyi staszicowej przynajmniej, zadzierzgnąć trwały węzeł braterswa, który stałby się później najlepszą strażnicą wspólnych wierzeń i moralnych interesów. Jedno szczere wyciągnięcie dłoni, poparte obywatelską i cywilizacyjną działalnością, mogło tu cudów do-
kazać, mogło wbić słupy Herkulesowe, których nic później nie zdołalo-by zniszczyć. Miejscowi obywatele innego wszakże byli zdania. Właściciele wielkich, a raczej obszernych majątków, bo mniejszych własności nie ma tu prawie wcale, nie zniżali się do plebsu. Dziwactwo Staszica "co z oyca zrobił oica", mało ich zachęcało; mieszkaniec chaty nie przestawał być dla nich siłą wytwórczą, ale czysto bierną, stworzoną na to, by odrabiała nieodzowne prace w większych gospodarstwach, które pomima udoskonalenia maszyn, bez rąk pomocnych istnieć przecie nie mogły.
Czy wieśniak był takim samym, jak oni obywatelem, w którym należało obudzić świadomość obowiązków względem kraju, czy miał swoje potrzeby umysłowe i moralne, to ich już mniej obchodziło. Dwór powinien był, według nich, utrzymywać przedewszystkiem pozory dawnych praw feudalnych, bo one jedynie zapewniały mu przewagę i powagę Gdy zaś dwór ten, podparty kilku wioskami, wyrastał do rozmiarów pałacu, natenczas nietylko chata już, ale i mniejsze dworki stawały się dlań złem koniecznem, o którem starał się zapomnieć, jakimś ćwierć, czy półświatkiem, nie zaciekawiającym nawet, jak dumasowski prototyp tego nazwiska, bo nie skandalicznym lecz skromnym, ubogim zaściankiem, który prostotą swoją raził na każdym kroku wytwornego mieszkańca salonów.
więc światy, obce sobie zupełnie, i niczem nie złączone, wiodły obok siebie życie, każdy na swoią rękę, a tylko w rzadkich chwilach ogólnych trosk lub radości, zbliżały się nieco ku sobie. Tradycyjne zasklepienie w ciasnych ramach nie ograniczało się wreszcie do stosunku z uboższą bracią tyl ko, którą Staszic chciał podźwignąć i podnieść; hrubieszowscy arystokraci, lub chińczycy, jak ich żartobliwie nazywano, usuwali się z równą wytrwałością od reszty świata, a dumni z rzekomych swych praw do wielkości na partykularzu, patrzyli na obywateli z innych okolic kraju, jako na ludzi bezwa runkowo niżej stojących. W braku muru, któryby na wzór państwa niebieskiego oddzielił wybrańców od pospolitego tłumu, użyli za naturalną granicę rzeczkę Huczwę, tak, iż do dziś dnia w ustach inteligencyi z sąsiednich powiatów, nosi ona satyryczne miano Gangesu, przecięta nią zaś ziemia hrubieszowska dzieli się według tego określenia, na Indye przed i zagangesowe.
Kastowość w Indyach, to rzecz tak naturalna, iż nikogo dziwić nawet nie mogła. Jeżeli zaś wśrod nowożytnych urządzeń, trudno było wskrzesić barbarzyńskie prawa kapłanów i paryasów, niemniej badawcze oko mogło odkryć częstokroć uderzające do nich podobieństwo. Że rolę pierwszych przyjęli właściciele pałaców, o tem chyba nadmieniać nie rzeba. Kilka rodzin, objąwszy w niepodzielne pa