Strona 58
Pamięć ostatniego widzenia złowieszczo mignęła mu w oczach, doznał takiego wrażenia, jak gdyby zawieszony za kołnierz w powietrzu, stopami ziemi nie mógł dostać. Rozgniewany sam na siebie, uderzyli, nogą o posadzkę. Wszak teraz właśnie miał grunt pod nogami, teraz mógł za ową strasznie upokarza jącą scenę odpłacić sowicie. Butny chłop poznał pańską przewagę i przychodził pokłon jej złożyć, błagać litości pewno. Litości? Ha, ha, ha! Hrabiemu zdawało się, iż czuje, jak zwinięty w piłkę i rzucony o drzwi, wytłacza je własnym ciężarem, by w sieni się znaleść. Niech poczeka, będzie on tu miał litość zaraz.
I z oczyma, błyszczącemi chęcią odwetu, z rysami, drgającemi od wewnętrznego wzburzenia, skierował się szybko w stronę salonu.
Szarpnąwszy portyerę, hrabia Morski zatrzymał się przez chwilę na progu, chcąc nasycić wzrok widokiem lwa upadłego. Jan Kotwicz jednak, stojący w pośrodku i na grubym kiju wsparty, nie miał bynajmniej miny ofiary. Siwa głowa jego, podniesiona do góry, i rozumne oczy, z pod brwi krzaczystych poważnie spoglądające, mówiły o spokoju; śnieżysta do pasa spadająca broda, nakazywała mimowolne Poszanowanie, a cala postać wyniosła, przybrana w szarą kapotę, której umyślnie dla pańskich nie zdjął salonów, tchnęła taką siłą, iż hrabiego, wskutek wspomnień niemiłych, ciarki przeszły. Nogi
też jego drgnęły, wykonywając mimowolny ruch ku odwrotowi, powstrzymany przez rozsądek natychmiast. Poczucie wszakże bezsilności tej, jeszcze silniej krew mu wzburzyło w żyłach.
— Grubijanin — wyszeptał — chcąc go olśnić poleciłem prostaka wprowadzić do salonu, aby sobie przypomniał, jak rezydencya Morskich wygląda, a on kij tu swój przyniósł.
Postąpił naprzód, mając zamiar lekceważąco głową kiwnąć; wobec jednak poważnego i nakazującego wejrzenia starca postać jego mimowoli zgięła się niżej.
Stali czas jakiś oko w oko. Białawe wszakże rzęsy i zaczerwienione powieki hrabiego opadły pod badawczem surowem wejrzeniem starca, postać cała poruszyła się nerwowo parę razy. Śmiałek! przychodził błagać litości, a stał i mierzył go takim wzrokiem, jakby na sędziego był tu wezwany.
Jak mu tu mówić? Ty, czy panie? Morski rzucił ukradkowe wejrzenie i postanowił zwyciężyć trudność, omijając oba tytuły.
— Czemuż zawdzięczam tak rzadki zaszczyt? — rzucił szyderczo.
— Rzadki w rzeczy samej — przyznał Kotwicz z krótkiem skinięciem głowy — nie byłem tu bowiem od śmierci nieodżałowanego pańskiego ojca-
A wskazując na wiszący naprzeciw nich wielki portret starego hrabiego, dodał:
— Prawy i uczciwy to był człowiek.
Wiedeński dyplomata drgnął, jak nożyce przy uderzeniu w stół, na którym lożą.
— Cieszy mnie — odparł ironicznie — równie cenne uznanie, bo może część jego i na mnie spaść zdoła.
— Wątpię poprawił starzec poważnie. — Ponieważ jednak błądzić jest rzeczą ludzką, sąd więc będzie zależał od obrotu, jaki weźmie sprowadzający mnie tu interes.
— A, jest i interes? — wycedził Morski, rzucając się na otomanę.
Kotwicz, wysunąwszy pozłocisty fotel, sam zajął na nim miejsce.
Wyperfumowany panek sponsowiał z gniewu. Kapota, wyraźnie szara kapota, na jego złotej ljońskiej brokateli, "chamskie" plecy, oparte o wyrzeźbioną na poręczy hrabiowską koronę.
Kotwicz potrafił jednak na szczęście uchronić to godło arystokratycznej wyższości od podobnej proprofanacyi. Atletyczna jego postać pochyliła się naprzód nieco, ręce na grubym, sękatym spoczęły kiju. Pamiętny jednak form świata, blichtru i elegancyi, z którym zerwał od tak dawna stosunki, zwrócił się zimno, ale grzecznie ku gospodarzowi domu.
Pan hrabia wybaczy, iż pozwoliłem sobie z laską wejść do salonu; nieodstępny to jednak to-
warzysz starości, bez którego członki wypowiadają posłuszeństwo.
Tłómaczenie podejrzanem wydało się Morskiemu. Sękaty towarzysz — pomyślał w duchu.
Kotwicz tymczasem, daleki od chęci wywołania burdy, a nie przypuszczając tchórza w wyświeżonym dyplomacie, ciągnął poważnie.
— Prawdopodobnie domyśla się pan hrabia, iż w progi te, których od zgonu ojca pańskiego i... mojej żony, miałem zamiar nigdy więcej nie ujrzeć, sprowadza mnie dzisiaj jedynie kwestya procesu o Kalinę.
— Rzecz jest na drodze sądowej i tam należy się z pretensyami zwrócić.
— Wiem o tem. Kilkoletnia jednak nieobecność pańska w kraju każe mi mniemać, iż prawdopodobnie obce mu są szczegóły brudnej owej sprawy. Jestem pewny, że nadużyto w niej zarówno upoważnienia pana hrabiego, jak jego dobrej wiary.
— Przeciwnie — wycedził Morski arogancko — byłem o każdym jej szczególe jak najdokładniej informowany.
— Niepodobna. Wątpię bowiem, abyś pan hrabia pozwolił na zbezczeszczanie pamięci zacnego twego ojca i wycieranie po sądach zarówno spraw jego poufnych, jak imienia, zasługującego bądź cobądź na szacunek ogólny.
Kościste palce Eustachego wplotły się gwałtownie w ryże bakenbardy.
— Gorliwość zadaleko pana unosi. Imię i pamięć nieboszczyka hrabiego to moja wyłączna własność, sam tez strzedz jej potrafię. Ojciec niedołężniejąc przed śmiercią, tak psuł służbę, że ta pod rozmaitymi pozorami kraść go tylko umiała, nic więc dziwnego, iż nie mogąc podzielać słabostek zmarłego, staram się powrócić do mojej własności.
Kotwicz chęć przytyku doskonale zrozumiał.
— Najpierw obdarzony nie należał do służby — poprawił spokojnie — powtóre refleksya ta zbyt późno panu hrabiemu przyszła.
— To już moja rzecz.
— Być może. Lecz moją jest znów rzeczą przypomnieć, iż proces, nie dotykając dzisiaj mniemanego winowajcy, wymierzony został przeciwko najbliższym pańskim krewnym, przeciwko siostrzenicy twej i dawnej pupilce, panie hrabio.
— Nie byłem nigdy właściwie opiekunem panny Opolskiej — przerwał wzgardliwie
— Godność ta de facto mnie przypadła w udziele, dlatego też...
— Dlatego też — podjął z aroganckiem wejrzeniem — potrafiłeś ją pan sobie nagrodzić sowicie. — Nagrodzić? Jak to rozumierz, mości hrabio? — Tak, jak świat cały — odparł, wzruszając ramionami. — Trudno żądać, aby mezaljans panny