Strona 57
z nazwiska twej żony, mogę jedynie błogosławić tę chwilę, w którejśmy sobie ręce podali. Najdroższy, pamiętaj, iż wdzięczna za lata szczęścia, jakie przeżyliśmy, ufna w zadowolenie moralne na przyszłość, chętniej z tobą podzielę ubóstwo, niż z kim innym dostatki. Męztwa, ukochany, męztwa, mój Jerzy! Dziś właśnie, w chwili próby, powinniśmy ufnością i uczuciem nagradzając sobie prześladowania losu, pamiętać, iż nie wolno nam rąk opuszczać, bo mamy dzieci, które muszą być tak wychowane, aby potrafiły wpływem swoim zmniejszyć zastępy pasorzytów, Morskiemu podobnych.
Rysy młodego Kotwiczą wypogodziły się zupełnie.
— Dziękuję ci — wyszeptał, tuląc żonę do siebie. — Dziękuję i przysięgam, iż pracą usilną nie dam wam uczuć krzywdy, przez arystokratyczną wyrządzonej rodzinę, że z całą odpornością krwi chłopskiej, a w imię szczęścia żony mej i dzieci, nie pozwolę się zgnieść lub zmiażdżyć!
I w rzeczy samej, wzmocniony tem postanowieniem, Jerzy cudów dokazywał. To też gdy w pół roku później sprawa przeszła do najwyższej instancyi, zabiegi jego, starania i usilne poruszanie wszelkich sprężyn dokazały tyle, iż wskutek świetnej obrony jednego z najpierwszych adwokatów, senat uznawszy w tem sprawę niejasną, nakazał śledztwo na gruncie i przy wznowieniu sprawy powtórne przesłuchanie świadków.
Na smutnym horyzoncie Kotwiczów. zabłysnął-
znów ułudny promień nadziei. Zdawało się, że dokazawszy tyle, potrafią może obalić nieuzasadnione pretensye Morskiego i ofiarą znacznych chociaż kosztów, ocalić skromne mienie swych dzieci. Lecz hrabia Eustachy nie tak łatwo dawał za wygranę. To wyślizgnięcie się zemsty, w chwili, gdy jak sądził, w ręku ją już trzymał, gdy przedsmak jej upajał go, podnieciło tylko szatana zawiści, nurtującego w sercu samoluba. Utracić zdobycz, na którą czekał lat cztery, wyrzec się rozkoszy upokorzenia nienawistnego rywala i tej dumnej kobiety, wzgardą odpłacającej za miłość hrabiego, przechodziło je go siły.
Eustachy Morski zawiadomiony o terminie wznowienia sprawy, postanowił sam zjechać do Orłowa, gdzie go i tak kilkoletnia powoływała nieobecność, by osobiście poprzeć wywody swe i pretensye.
— Niebo i ziemię poruszę, a z torbami ich puszczę — powtarzał zaciekle. — W służbę, piękna pani, w służbę. Tam miejsce dla chłopów i tych, co się z nimi jednoczą. Wzgardziłaś koroną hrabiowską, a więc do igły i rądla, zobaczymy jak ci nędza zasmakuje, jak pieszczone twe ręce od pracy zgrubieją. Chciałaś sielanki, ha niechżeż cię jej bieda nauczy, niech pochyli harde twe czoło.
Była to już kwestya roznamiętnienia, wobec którego Morski zatracał zdrowy sąd nawet. Gotów był największe ponieść straty, byle kosztem ich postawić na swojem i nasycić dzikie zemsty pragnienie, byle zmiażdżyć nieszczęsnych i w otchłań ubóstwa zepchnąć.
Wiadomość o nagłym, przez proces spowodowanym przyjeździe hrabiego, jak zapowiedź niedoli zawisła znów nad Kaliną. Otucha, poczerpnięta z pozornego powodzenia, musiała ustąpić miejsca zwątpieniu, zwiększającemu się wobec pogróżek, jakich nie omieszkano donieść im i powtarzać. Szeptano o szalonych honoraryach, obiecanych przez Morskiego adwokatom, o nowych dowodach, skrzętnie przez niego zbieranych.
Wobec wieści tych, myśl Różyczki, doradzającej osobiste rozmówienie się z wrogiem zaciętym, znalazła nagle silne u starego Kotwiczą poparcie.
— Dopóki Morski działał przez płatnych najmitów — mówił starzec — można było bronić się tylko, dziś jednak rozsądek nakazuje przemówić mu do honoru i sumienia, spojrzeć rozszalałemu szatanowi w oczy i w zbrodni go powstrzymać. Wszak, widząc człowieka w niepoczytalnym stanie, rzucającego się w przepaść, obowiązani jesteśmy ratować go, a hrabia, oślepiony przez namiętność, w takiem właśnie znajduje się położeniu. Kto wie, może zajrzawszy w głąb własnej duszy, wzdrygnie się, by z wdzięcznością schwycić za dłoń, która wyrywając go z labiryntu podłości, na lepszą skieruję drogę i od przekleństwa złego czynu ocali.
— Ty, ojcze, ty chcesz jechać do Orłowa? — zawołała Terenia z przerażeniem. — Ależ od lat piętnastu nie byłeś tam przecież— Tem więcej dziś pośpieszyć powinienem. Do-
póki chodziło o mnie, mogłem unikać przykrego spotkania, gdy jednak idzie o los i byt mych dzieci, równie błahe przyczyny milknąć muszą.
Synowa przysunęła się pieszczotliwie do starca
— Ojcze — wyrzekła — czy pamiętasz, w jakiej strasznej dla ciebie chwili, widziałeś po raz ostatni Eustachego?
— Czy ja pamiętam? — wybiegło na nsta starca z goryczą. — Zdaje mi się, że ją widzę dziś jeszcze, jak wosk bladą i nieruchomą, z ustami krwią zbroczonemi, że patrzę na fałszywy jego uśmiech i zwrok czuie z pod złotych łyskający binokli. Z młodzika zabijającego mi szczęście, wyrósł szatan gnębiący moje dzieci. Dość tego, musimy oko w oko sobie spojrzeć.
— Ojcze, spokojnie, na Boga! — błagała.
— Nie lękaj się, moje dziecie. Potrafię panować nad sobą, nie chcę bowiem, aby siwe moje włosy zbezczeszcznemi zostały; w razie zaś, gdybym dopuścił do silniejszego starcia z tym pyszałkiem, rana serdeczna, tyle lat się krwawiąca, musiałaby na pastwę gawiedzi zostać wydaną, zatruwając mnie życie, a Jerzemu ostatnią chwilę spokoju.
Ile postanowienie to kosztowało starca, o tem on jeden tylko wiedział. Porzucić zakreślone od lat wielu granice, przełamać wstręt swój do pańskich salonów i stanąć znów w progach tego samego Orłowa, który niegdyś opuszczał z przekleństwem na ustach, było to poświęcenie, długą walką zdobyte;
nie cofnął się jednak przed niem. Przeciwnie, szedł z podniesionem czołem, jak człowiek niewinny o krzywdę dzieci swych upominać się idący. A jeżeli droga ta, mocą wspomnień serdecznych, które jak widma szczęśliwej przeszłości, lub jak krwawe upiory na każdym wyrastały kroku, była mu istną Golgotą, z poważnej, surowej nieco twarzy Kotwicza niktby tego nie odgadł nawet. Posiadał spokój i pogodę ducha, wspólną prostaczkom i filozofom. Poczerpnięta w krwi pierwszych, zdobyta doświadczeniem życiowem, nie opuszczała go ona nigdy, to też, gdy wprowadzony do salonów Orłowskich, stał w pośrodku błyszczącej złotem komnaty, czekając na hrabiego, wyglądał prędzej na patryarchę, przed którym chyli się czoło, niż na kornego petenta.
Eustachy Morski, dowiedziawszy się, iż Jan Kotwicz prosi o posłuchanie, drgnął niemile. Oddawna już, coprawda, wyobrażał sobie scenę tryumfu, w której prześladowany przyjdzie ukorzyć się, błagając jego łaski, ale wyobraźnia chęcią zemsty upojona, stawiała mu wtedy przed oczy nie ojca, lecz Jerzego, żonę nawet jego niekiedy, tych dwojga właśnie, których u nóg swych pragnął widzieć. O starym zapomniał, wypuścił go z rachuby; chciał go za ową scenę przy szezlongu umarłej dotknąć biczem zemsty pośrednio tylko, przez dzieci, kierując się instynktowną może obawą naocznego spotkania.
Przyjąć, czy nie przyjąć? Zawahał się na razie-