Strona 56
— Cicho, najdroższy — wyszeptała. — Czyżutrata majątku tak wielkim jest nieszczęściem? Oboje jesteśmy młodzi i silni, oboje pełni wiary w przyszłość. Na razie przyjmie nas ojciec do Leśniczówki, lub Tadzio do Opola, a później potrafimy sobie pracę i chleb znaleść. Zdołamy pokazać temu nędznemu pyszałkowi, iż łatwiej własną zbrukać duszę, łatwiej podłością splamić sumienie, niż zabić szczęście ludzi niewinnych lub prawo do życia im odebrać.
Jerzy spojrzał na żonę z najwyższą miłością.
— Dziękuję ci za słowo otuchy — wyrzekł, tuląc ją do siebie. — Zapominasz jednak, że nas ztąd wyrzucą, że od tej pory nic nie mamy na świecie.
— Mamy własną pracę; ręce zdrowe i imię uczciwe, którego za żadne skarby na tytuł Morskiego nie zmieniłabym dzisiaj.
— A nasze dzieci? A Różyczka? — pytał złamany Śliczne dziewczę poskoczyło żywo, otaczając zaśszyję brata delikatną rączką, złotą swą główkę o ciemne jego oparło włosy.
— Mną się kłopoczesz, Jurku, mną? Ach braciszku, jakiś ty dziecinnyl A cóż ja potrzebuję? Trochę swobody, trochę powietrza i serc kochających. Czy sądzisz, że te kilka tysięcy rubli szczęścieby mi zapewniły? Broń Boże. Składam je chętnie na ołtarzu zawiści jaśnie pana, bo czem więcej czarnych plam kresek znajdzie się na tem wytartem, miedzianem
czole, tem prędzej może miarka się przebierze, a władca piekieł, zatęskniwszy za ukochanym swym synem, uprzątnie go z drogi niewinnie prześladowanych Kotwiczów.
— Różyczko, ty nie wiesz, jak trudno wywalczyć sobie byt niezależny, zwłaszcza kobiecie. Nigdy też, nigdy nie daruję sobie, żeś z mojej winy jedyny straciłu fundusz.
— Nie z twojej braciszku, lecz z winy hrabiego Morskiego. — Być przedmiotem pańskiej nienawiści, to zaszczyt, który warto drożej przypłacić.
Jerzy przyciągnął ją ku sobie ze wzruszeniem.
— Szlachetne istoty — wyszeptał. —Z takiemi, jak wasze, sercami, niedola nawet znośną się staje.
Różyczka klasnęła w dłonie.
— Cicho — zawołała, podnosząc paluszek do ust, — aby hrabia nie posłyszał. Gotówby bowiem o większe dla nas postarać się klęski.
— Jakże stanęła sprawa? — pytała pani Teresa tymczasem.
— Sąd przyznał, iż stary hrabia nie miał prawa czynić darowizny, zmniejszającej własność syna. Eustachy dowiódł przytem braku formalności w akcie nadania, nie cofnął się przed rozmazywaniem drobnych grzeszków ojca i spraw czysto rodzinnych, ściągnął świadków, na których fałszywe prawdopodobnie zeznania prochy nieboszczyka w grobie się musiały poruszać.
— Nikczemny!
— W arystokratycznych kółkach uchodzą takie
rzeczy. Życie codzienne wskazuje nam je często; dość by tu było paru znanych nazwisk. Rzucenie skandalu w oczy gawiedzi, to środek popularności, bez którego, niejedno głośne niegdyś nazwisko, utonęłoby dzisiaj w morzu zapomnienia.
— Więc wolał zbezcześcić pamięć ojca, niż wyrzec się nieuzasadnionych pretensyj?
— Honor ojca, matki, wszystko mu jedno, byle postawić na swojem i wydrzeć nam Kalinę. Dziś została mu ona w zupełności przyznaną.
— A ty Jurku? Ty, któryś za nią najuczciwiej zapłacił i tak już długo w pocie czoła sumiennie tu pracował?
— Zawsze jeszcze nie lat trzydzieści, ta zaś liczba dopiero stanowiłaby o przedawnieniu pretensyj Morskiego.
— Więc cóż ci pozostaje zrobić?
— Poszukiwać strat moich na tym, od kogo wioskę nabyłem.
— Ależ on nic nie ma, pieniędzmi bowiem spłacił długi, sam zaś wyjechał gdzieś do krewnych, umarł już może.
— Jestem też zupełnie zrujnowany, i zarówno jak biedne, niewinne moje dzieci, pociągam Przepaść ubóstwa, a może nędzy za sobą.
Pani Teresa bardzo blada, lecz spokojna podniosła się zwolna.
— Czyż żadnej już niema rady? — zapytała.
— Apelowałem do senatu, ale to czcza tylkoforma. Potwierdza on zawsze prawie wyroki, przez sąd okręgowy wydane. Pomimo tego, sprzedałem zboże na pniu i ostatniej tej spróbowałem ucieczki. Zapewnia mi ona przynajmniej czas na uregulowanie interesów, na wyszukanie pracy i zajęcia. W każdym razie opór taki nader jest kosztownym, wymaga bowiem opłacenia adwokata w Petersburgu, lub mego tam wyjazdu.
Różyczka klasnęła nagle w dłonie.
— A gdyby przemówić do serca i sumienia hrabiego? — zawołała. — Och, żeby tylko powrócił, ja pierwsza podjęłabym się tej roli.
— Na to jabym nigdy nie pozwolił — zawyrokował Jerzy.
— Ach tak, bo mnie macie za dziecko — rzuciła wybiegając z pokoju.
Zostawszy sam na sam z żoną, Kotwicz obie jej ujął dłonie.
— Tereniu — wyszeptał z bólem rozpaczy. — Tereniu, czy ty mi przebaczysz tę otchłań troski i smutków, w jaką pociągnąłem cię bezwiednie? Czy darujesz, że wypieszczoną, piękną, uwielbianą, po to strąciłem z wyżyn należnych, by nie zapewniwszy ci nawet spokoju, narazić na życie walki
i ubóstwa? Och, ukochana, gdy patrzę na ciebie, doznaję takiego wrażenia, jakie odczuwać musi zbrodniarz wobec swej ofiary.
Biała rączka kobiety przysłoniła mu usta.
— Jerzy — wyszeptała z dźwiękiem najtkliwszego uczucia. — Jerzy, jak można mówić podobne rzeczy? Ja, ofiarą? A czemże byś mnie nazwał, gdybym, rzucona na pastwę Morskiego, była dziś żoną tego nikczemnika? Bez ciebie mogło przyjść do tego; miłość twa bowiem tylko, ocaliła mię od pokusy bogactwa i tytułu; zemsta też jego przeciwko nam obojgu zarówno jest skierowana. Nie tyś jej winien, nie ja, lecz straszny egoizm takich Morskich, którzy niezdolni do odczucia obowiązków względem ziemi swej i współbraci, sądzą, iż Bóg poto świat stworzył, aby im było na nim dobrze i wesoło. Stąd wobec pierwszego niezadowolonego kaprysu, pierwszego zadraśnięcia miłości własnej, gotowi są duszę zaprzedać, gotowi w błocie unurzać nietylko siebie i innych, ale ojców swych nawet, pewni, iż błoto nie przylgnie do wysoko urodzonych jaśnie panów.
— Tereniu, chcesz mię uspokoić, tłómaczysz, a być może, że sama nie pojmujesz jeszcze, jakie uczyniłaś poświęcenie, zniżając się do syna chłopa...
— Poświęcenie, ofiara? — powtórzyła z wyrzutem. — Jerzy, zakazuję ci używać wyrazów podobnych. Nie ma poświęcenia, ani ofiary między nami. W rodzinie istnieje miłość tylko; a ja dumna