Strona 55
wniósłszy akcyę sądową, zaczem nastąpi przedawnienie, wyprocesować Jerzego i zrujnowawszy niezbyt zamożnego człowieka, całe wydrzeć mu mienie.
Gdy hrabiemu, szukającemu oddawna środków do zemsty, projekt ten poddano, aż podskoczył, odmłodniał, nowych sił i życia nabrał.
— Zbawco — zawołał — honor mi wracasz! Ja nigdy nie myślałem, żeś ty taki genjalny, Morysiu. Tobie tę myśl musiał ktoś podsunąć? Chociaż co prawda, sprytny być musisz, skoro potrafisz własnym przemysłem tylko, tak się na powierzchni utrzymać. Słuchaj, wiem, iż pragnąłeś mieć zawsze ziemski majątek, otóż koszta procesu sam ponoszę a tobie po wypędzeniu Kotwiczów połowę Kaliny daruję.
Pomysł to jednak w rzeczy samej nie był Morysia, lecz starego, kutego na cztery nogi, wyjadacza w sprawach podobnych.
Obietnica poskutkowała. Hrabia, dawszy carteblanche na koszta, co już samo w sobie gruby stanowiło zarobek, zrzekł się formalnym aktem połowy procesowanej wioski, i zapewniony, iż sprawa będzie w ten sposób z szaloną popierana gorliwością, sam wyjechał do Wiednia, gdzie go jak zwykle, całe Eldorado rozrywek oczekiwało.
W skromnym dworku Kaliny, głęboki zapanował smutek. Z początku bolała ich tylko nikczemność
Morskiego, utrata ostatniej iskierki szacunku dla najbliższego krewnego i opiekuna; nie przypuszczali bowiem, aby za cudze winy pokutować im przyszło" by zapłaciwszy uczciwie za ten kawałek ziemi, wywłaszczeni z niego być mogli. Zapomnieli niestety o starym aforyzmie na cześć bożka Mamona.
Za pieniądze ludzie podli
Za pieniądze patron stawa,
Za pieniądze dobra sprawa.
A pieniędzy tych, niewiele posiadano w domu Kotwiczów. Wyroki niższych instancyi osłabiały im ducha, ale, jak sądzili, była to stronniczość, która wyżej usuniętą zostanie. Nie pojmowali, iż działa tu martwa litera prawa, popierana stosunkami i wpływami Morskiego, wzmocniona hojnie rozrzucanem złotem. Usilne zabiegi i starania Kotwicza zrobiły tyle tylko, iż sprawa przeciągnęła się, pozwalając im łudzić się, że skąd może jeszcze nadejdzie ratunek. Napróżno Jerzy nie zsiadał z wózka prawie napróżno nadludzkie czynił wysiłki; z sumami rzucanemi przez hrabiego, niepodobna było walczyć. Przewyższały one już może wartość Kaliny; butnemu bowiem pankowi nie o nią chodziło, nie o zysk i wioskę, lecz o nasycenie własnej zemsty, o zrujnowanie nienawistnego rywala, który ośmielił się wybraną przez niego posiąść kobietę.
Pieniądze — złotem dałyby się tylko zrównoważyć. Ale zkąd złota tego brać na małym folwarku, lub ubogiej leśniczówce? Groźba też wywłaszczenia, jak miecz Damoklesa zawisła nad cichem domostwem. Ubóstwo nie zastraszyłoby mężnego serca Jerzego i jego żony; za cóż jednak kazano cierpieć dwojgu drobnem ich dzieciom? Za co wydzierano dach i kąt własny niewinnym tym aniołkom, które od wujecznego dziadka nie prześladowania, lecz opieki miały prawo oczekiwać. Za co traciła byt i przyszłość Różyczka, siostra Jerzego, której całą schedę umieszczono na Kalinie?
Jerzy widział to; pojmował, iż nikczemnik mszczący się tak okrutnie, zatruwa i łamie przyszłość tym, których węzły krwi z Kotwiczami łączyły. Bezsilny wobec złota, co nie znalazło w życiu szlachetniejszego celu, nad gubienie i gnębienie własnej rodziny, czuł on się wysoce nieszczęśliwym; wyrzucał sobie bowiem ciągle, iż z jego to po części winy, wszyscy ci, którzy mu miłość swą i zaufanie oddali, cierpieć dzić muszą.
Główną podporą i pomocą w ciężkich tych chwilach był mu serdeczny przyjaciel lat dziecięcych, a brat żony, Tadeusz Opolski. Ukończywszy chlubnie studya zagranicą, osiadł on już od trzech lat na ojczystym zagonie, strzegąc go z całą miłością, jaką ojciec ostatnią przekazał mu wolą. Pomimo jednak szczerego przywiązania do szwagra i siostry,
pomimo oburzenia na niecne postępowanie wuja hrabiego, nie mógł on niestety w niczem dopomódz prześladowanym. Przeprowadzenie procesu wymacało środków finansowych, równych Morskiemu, a tych Tadeusz Opolski nie był w stanie ofiarować. Posiadał wprawdzie znaczny obszar ziemi, wobec jednak ciążących na nim długów ojca nie marzył nawet o zdobyciu sumy, z którą możnaby ex-opiekunowi skuteczną wypowiedzieć walkę.
Proces szedł tymczasem swoją drogą. Oparty na nieprawości legatu, uczynionego niegdyś przez starego Morskiego, któremu syn nie wahał się najniższych zarzucić pobudek, musiał doprowadzić do szczegółowego i mozolnego śledztwa. Sprawa, zbijana przez Kotwiczów, zakładających apelacyę od wyroku, przyszła wreszcie na wokandę najwyższego sądu krajowego, a Jerzy pospieszył sam do miasta, by prędzej usłyszeć o losie, jaki ich miał spotkać, by doborem obrońcy wpłynąć o ile możności na przychylne brzmienie wyroku.
Gdy bryczka, wioząca go z powrotem, zatętniała na dziedzińcu, czekającej nań w progu żonie dość było rzucić okiem, by poznać, że Hiobowe niesie wieści. Długi uścisk, z jakim mąż przytulił ją do piersi, nader był wymownym; obecność wszakże osób trzecich, słowa mroziła im na ustach. Jerzy, powitawszy bawiącą u nich stale siostrę i dzieci swe, które kochał nad życie, dzieci mające z ła-
ski dziadka stać się żebrakami, złote ich główki pocałunkami okrył, poczem żonę i Różyczkę do pokoju swego pociągnął.
Pani Teresa nie czyniła mu nawet zapytań. Kotwiczówna jednak, żywa jak iskra i większą obdarzoną wrażliwością, przysunęła się spiesznie:
— I cóż? — zawołała — może ten nędznik cofnął się nareszcie.
Jerzy wstrząsnął głową.
— Ludzie tego rodzaju nie znają skruchy ani lepszych porywów; nie wyrzekają się słodkiego upojenia, jakiego mozolnie przygotowana zemsta dostarczyć im może.
— Ach, ależ sprawiedliwość musi istnieć na świecie?
— Duch jej nie zawsze z literą prawa się zgadza. Kodeks wreszcie, to drzewo, którego nikt nie złamie, ale każdy silny i sięgający wysoko nagnie ku sobie z łatwością.
— A więc? — szepnęła pani Teresa, patrząc z niepokojem w oczy męża.
— Jesteśmy zrujnowani — odparł z bólem najwyższym. — Zrujnowani zupełnie, nędzarze bez dachu i chleba.
Ruchem pełnym rozpaczy, oblicze ukrył w dłoniach.
Terenia z niewypowiedzianem uczuciem osunęła się przy nim na kolana.