Strona 54
XIV.
Czas, pędzący na skrzydłach nieskończoności, cztery w księdze swej przewrócił karty. Cztery lata upłynęły od opowiedzianych wypadków. Zaręczyny Jerzego Kotwicza z panną Teresą Opolską silne wśród przedgangesowej i zagangesowej arystokracyi hrubieszowskiej wywołały oburzenie. Lubiono go i szanowano, dopóki po jedną z gwiazd powiatu nie wyciągnął ręki; wydawanie jednak siostrzenicy hrabiów Morskich za syna chłopa zdawało im się czemś anormalnem, wybrykiem prądów zgubnych, które mogły zachwiać ustrojem społecznym całej ziemi bełzkiej. Wystygła krew błękitna burzyła się na myśl połączenia z czerwoną i gorącą krwią ludu, jakby czuła, iż tamta potęgą swą przewyższy ją i opanuje. Można lubić chłopów, zdaleka, przy niwie; ale bratać się z nimi, fi, que c'est mauvais
genre — wolały dystyngowane panie, przecinając strony francuskiego romansu.
— Mości dobrodzieju — dowodził zagorzały jakiś szlachcic. — Piękna to rzecz równość i jedność, ale zawsze co rasa, to rasa; tego mi żadne wasze nowomodne teorye z głowy nie wybiją. Przecież wyżeł to pies, i kundel też pies, a dlaczego wyżeł do kuropatwy nie stanie? Tak samo z chłopem i szlachcicem. Jeżeli się nawet z wierzchu ogładzi to w gruncie będzie jakobinem, czującym zawsze pociąg do szlacheckiej kieszeni.
— I jeszcze podobno miała do wyboru takiego Morskiego. Trochę hulaka, no, ale my to lubimy; wada narodowa, dowód dobrej krwi. A zawsze hrabia, przytem dyplomata; w Wiedniu olbrzymie ma wpływy, na rękach go noszą.
Sądy podobne jednak, mało obchodziły młodą parę. Bolała ona srożej stokroć nad oporem starego Kotwicza, który zamiast okazania radości, ręce załamał na wieść o zaręczynach syna.
— Co powie Opolski na tamtym świecie, co duch jego pomyśli sobie o mnie — powtarzał z wiarą głęboką i żalem. — Ha, Bóg świadkiem, żem nie zamierzał brać takiej zapłaty! Zniżamy się moralnie, marniejemy i słabniemy duchowo, to nasze nieszczęście, nasze przekleństwo za winy dawne. Zamiast olbrzymów, przy pierwszem zetknięciu z cywilizacyą miękniemy i w karłów egoizmu się przeradza-
my. Jam z Jerzego chciał mieć bojownika idei, tytana któryby ofiarą całego życia masy ciemne choć o jeden szczebel dźwignął i podniósł, a on własnego zapragnął szczęścia... Krew matki, wosk a nie żelazo.
— Stal, która zczasem zahartuje się w ogniu walki życiowej — szeptało mu coś wewnątrz.
Starzec nie zdawał się temu dowierzać. Długiego tez trzeba było czasu, aby go przekonać, iż syn abstrakcyjne pojęcia jego w czyn jedynie wprowadza, że ożenienie nie przeszkodzi mu szerzyć dalej światła wśród braci ciemnej, że on się nietylko od niej nie oddala, ale przeciwnie, na pole walki nową przyprowadza bojowniczkę.
Szalony opór dopiero, stawiany związkowi temu przez Eustachego Morskiego, zelektryzował starego Kotwicza i odrazu na stronę narzeczonych zjednał. Jakto, niecny ten pyszałek, złamawszy życie ojca, zabiwszy matkę, zdruzgotawszy szczęście ich całe, dziś zawiścią swą ośmielił się ścigać jeszcze Jerzego? I on, który przez lat dziesięć opieki nad sierotami, nie zapytał się nawet, czy one z głodu nie pomarły, on, który rzucił je haniebnie na pastwę ubóstwu i zapomnieniu, dziś, pod naciskiem nikczemnej namiętności, ośmielał się na prawa tej opieki powoływać?
Próżnemi też były miotania się pana hrabiego, próżną prawna opozycya. Zdołały one Zaledwo opóźnić nieco ślub Tereni i Jerzego, którzy usławszy
sobie w Kalinie skromniutkie, ale śliczne gniazdko dziś od lat czterech już w niem zamieszkiwali. Czując wszakże, iż mała dzierżawka nie zdoła im ani bytu, ani widoków na przyszłość zapewnić, stary Kotwicz zebrał fundusz, przeznaczony dla młodszej córki, która ówcześnie na pensyi jeszcze była i połączywszy go zaraz po ślubie z sumką, jaką pani Opolska mogła dać Tereni, wspólnemi siłami Kalinę na własność dla młodej pary nabył.
Niewielka, ale czysta, bez długów i żyznymi gruntami wyposażona wioseczka, gorąca chęć pracy, młodość, pełna zapału, miłość wreszcie i spokój u rodzinnego ogniska, wszystko to zdawało się wróżyć szczęście długotrwałe i przyszłość Kotwiczów w różowych zapowiadać barwach. Ci wszakże, co świetlany obrazek, mocą najgorętszych starań i zabiegów, z takiem układali staraniem, zapomnieli wziąść w rachubę pychy Morskiego, tej pychy szalonej, szatańskiej, która raz podrażniona, wszelkie inne zabija uczucia. Jeżeli zazdrość powstaje, według francuskiego przysłowia, z miłości, jak popiół z ognia, po to, aby ją stłumić, to zazdrość i zawiść hrabiego Eustachego doszła do takiej potęgi, iż nietylko miłość, ale poczucie uczciwości i honoru nawet zabiła w nim doszczętnie. Jak chroniczna choroba, jak rak nieuleczalny, tak nienawiść ta nurtowała mu duszę, gangrenowała i tak jaż jadem zepsucia zakażone serce.
Patrzeć na szczęście Jerzego i tej butnej dziewczyny, która nad niedoszłego ministra, syna prostego chłopa przeniosła, to przechodziło jego siły. Zemsty, zemsty mu było potrzeba. Leniwa, zniewieściała natura, zbudziwszy się z długiego uśpienia, w tem jednem pragnieniu skoncentrowała wszystkie siły, zjednoczyła władze umysłowe i moralne.
Znaleźć doradzców w złem, rzecz nader łatwa; na dwór wreszcie tak możny, a nielubiany, jak Morskich, cisnął się cały szereg rezydentów, z szumowin społeczeństwa po większej części rekrutowanych. Chciwi łaski pańskiej i łatwo zarobionego grosza, za pomocą pochlebstwa i schlebiania złym jego instynktom żyjący jedynie, potrafili oni wynaleść wkrótce broń "na tę chłopską szajkę zuchwałych Kotwiczów."
Kalina, jak wiele innych okolicznych wiosek, należała niegdyś do klucza Orłowskiego. Poprzedni jej właściciel otrzymał ją niegdyś drogą legatu od starego hrabiego i wkrótce odprzedał. Nowo nabywca, działając w dobrej wierze i nie przypuszczając, by legat mógł być kiedykolwiek zakwestyonowanym, nie bardzo przestrzegał hypotecznych formalności kupna, które za niego jakiś skrybent, pseudo-jurysta załatwił. Dziś folwark w trzecie przeszedł już ręce. Nie przeszkodziło to jednak jednemu ze szlachetnych totumfackich Morskiego, wpaść na pomysł skorzystania z braku formalności, by,