Strona 53
— A ja myślałam, że pan mie kochasz? — wyrzekła z prostotą.
— Czy ja cię kocham? Och, mógłbym tu tylko powtórzyć słowa, czytane niedawno razem z panią: "Ofiarowałem ci serce moje, jak gromnicę, którą się stawia przed świętym obrazem. Gaśnie ona wtedy dopiero, gdy się całkiem spali." Czy ja cię kocham? — mówił z mocą zapału i rozrzewnienia. — Ależ miłość ta, to moje życie, moje tchnienie, po za nią istnienia nie rozumiem już dzisiaj. Dom bez promienia twojej obecności dziką wydaje mi się puszczą, dzień, w którym cię nie widzę, straconym na próżno.
Obie jej rączki wyciągnęły się ku niemu.
— A więc zabierz pan promień swój — wyszeptała cichutko.
Ponura zmarszczka przecięła brwi Jerzego.
— Przysiągłem, iż nigdy nie wyciągnę ręki po skarb podobny; że nie mogąc dać ukochanej przezemnie kobiecie dostatków i stanowiska, do jakiego ma prawo, nie zażądam, aby z wyżyn swych zeszła pod moją strzechę ubogą. Sądziłem, iż tajemnicy, ukrytej na dnie duszy, nikt się nie domyśla; hrabia Eustachy okiem zazdrości wyśledził ją i zdradził; od przysięgi jednak nie uwalnia mnie to wcale.
— Dotrzymałeś jej, panie Jerzy, boś przecie "nic nie żądał." Ja jednak nie składałam równie
--------------------
* Czawczawadze, poeta gruziński. (Przyp. autora).
samolubnych ślubów i dlatego pierwsza do ciebie dłoń wyciągam. Czyż złoto, stanowisko, czczy blichtr ma nam życie złamać? Nie, my zadośćuczynienie za te światowe mamidła sami w sobie znaleść potrafimy. Zresztą — dodała, podnosząc ku niemu z niewysłowioną tkliwością źrenice — nie trzeba się zbyt długo dać prosić, nie trzeba utrudniać mi zadania, bo wszak i pan bierzesz we mnie żonę bez posagu, duma więc, równa twojej, powinnaby mi także nakazać milczenie.
Jerzy patrzył jakby z niedowierzaniem w śliczne, uczuciem opromienione rysy dziewczęcia, poczem ruchem pokory i uwielbienia rączki jej do ust podniósł.
— Więc ja wszystko, wszystko zawdzięczać mam tobie? — mówił z uniesieniem. — Druzgoczesz przesądy, łamiesz przekonania, wiekami ustalone, odrzucasz należne ci prawa i przywileje, aby podzielić los dziecięcia ludu, przyszłość chłopskiego syna, który nie ma nawet tej zasługi, że cię wywalczyć i zdobyć potrafił. Okowy uprzedzeń bowiem, nie pozwalały mu względem ciebie z biernej wyjść roli, a duma i poczucie własnej wobec świata niższości, nierozerwalną pieczęć kładły na usta. O, ukochana, za szczęście, jakie mi dajesz, duch matki mojej błogosławić ci będzie!
Dach matki? Terenia drgnęła. Rozpromienione, głębokiem uczuciem tchnące rysy Jerzego świadczyły, iż podając mu rękę, spłaciła po części dług cięż-
ki, jaki przez śmierć matki tej Morscy względem Kotwiczów zaciągnęli.
— To ja — wyszeptała — powinnabym raczej błogostawie chwilę, która mnie tak niewypowiedzianie, tak bardzo uczyniła szczęśliwą.
— Tereniu, co tu się stało? — zabrzmiał nagle od progu głos pani Opolskiej. — Wracając ze szkółki, spotkałam Eustachego, który, pędził jak szalony, i z miną wściekło-złowieszczą, przelotny tylko złożył mi ukłon. Tomasz powiada, że słyszał jakieś krzyki. Co to ma znaczyć?
Czar marzeń, złota tęcza ułudy, zawisła nad głową narzeczonych, prysnęły nagle. Czarnobrewa czarodziejka wysunęła rączki z dłoni Jerzego, a podbiegając do matki, tkliwem otoczyła ją ramieniem.
— Co się stało? — odparła, tuląc się ku niej. — Rzecz zwykła, jak na hrabiego Morskiego. Cny opiekun przybył po to, by mi w gorących, na obelgę zakrawających wyrazach miłość swą oświadczyć.
— To być nie może? Nikczemnik! Dziecka mego nawet uszanować nie umie. A mnie, mnie tu nie było! Jakąż dałaś mu odpowiedź?
— Powtórzyłam wczorajsze opowiadanie dziadzi Kotwicza. Ale nie gniewaj się mamo na Mor skiego; dzięki bowiem zniewagom, jakie nam rzucał, dziecię twoje najwyższe znalazło szczęście.
— Szczęście, Tereniu?
Dziewczę skinęło na Jerzego, a ujmując dłoń iego wyrzekło poważnie:
— Mamo, oto mój narzeczony.
Zdziwienie, rozczarowanie, gniew, wszystko to z kolei błysnęło w rysach pani Opolskiej. Zaczem jednak niechętne uczucia skrystalizować się dały, już główka Tereni z przymileniem na piersi jej spoczęła.
— Matuchno — wyszeptała błagalnie — nie zatruwaj mi niechętną miną pierwszej chwili szczęścia, z którego ojciec mój takby się cieszył. Dosyć już imamy złorzeczeń hrabiego, pobłogosław ty przynajmniej jedynaczce; wszak Jerzego jak syna kochasz.
Gorąca pieszczota i wspomnienie męża rozbroiły panią Jadwigę. W oczach jej łza zabłysła, ręce wyciągnęły się ku nim.
— Kotwicz i Opolska — wyszeptała — tak, marzenia ojca twego zostały w części choć spełnione. Pierwszy to może przykład mrzonek jego w czyn wprowadzonych; wyjątkowy, lecz silny dowód zbratania się z ludem. Nie śniłam ja nigdy dla ciebie, dziecie moje, o bogactwach i zaszczytach, skoro więc szczęście w związku tym widzisz, niech błogosławieństwo niebios towarzyszy ci zawsze!
— I zatrze przekleństwo hrabiego, który wie-
czną poprzysiągł nam zemstę — zaśmiała się Terenia, przytulona do ramienia matki.Śmiech jej niewinny, pełen szczęścia, miał z czasem, wskutek tej zemsty właśnie, w requiem żałobne się zamienić.