Strona 52
nów, pozwalam sobie wyrazić prośbę, abyś nas na przyszłość raczył uwolnić od swej obecności.
Zaczem na zbielałe wargi Jerzego zdołała jakakolwiek wyjść odpowiedź, portyera została szarpniętą gwałtownie i w progu stanęła wyprostowana postać Tereni.
XIII.
Czarne oczy panny Opolskiej pałały, blade lica głębokie zdradzały wzburzenie.
— Za pozwoleniem, mości hrabio — zawołała głosem drżącym — sądzę, iż przywłaszczasz sobie atrybucye, jakich nikt ci w naszym domu nie nadawał, że szczególnie po dzisiejszej naszej rozmowie — dodała z naciskiem — nic cię nie upoważniało, nietylko do rządzenia, tu, ale nawet do przekroczenia naszych progów.
Była tak piękną z oburzeniem, pałającem w źrenicach, ż nozdrzami, drżącemi lekko i zorzą rumieńca, jaki stopniowo rysy jej oblewał, iż na widok ten i przypomnienie strasznej odprawy, na myśl o matce Kotwicza, której widmo stanęło mu przed oczyma, wzrok Morskiego zamigotał namiętnemi uniesieniem.
— Ach, melodramat! — zasyczał. — Filis ujmie się może za Filonem? Mam nadzieję jednak, że panna Opolska nie zatraciła jeszcze reszty godności własnej, iż odzyskają pewno, gdy się dowie, że śmiałek ten raczył na nią zwrócić swe oczy, darząc romansowemi uczuciami córkę dawnych swych panów!
Pod nową tą krwawą obelgą Jerzy drgnął i porwał się, jakby chcąc mu rzucić wyzwanie; w tejże jednak chwili drobna rączka kobiety z nakazującą mocą spoczęła na jego ramieniu.
— Masz racyę, panie hrabio! — zawołała. — Panna Opolska odzyska poczucie godności własnej krępowane zbyt długo względami świata, dumna zaś z szlachetnej miłości uczciwego człowieka, jaką jej Bóg niezasłużenie może zesłał w udziale, znajdzie dość siły, aby cię poprosić o opuszczenie na zawsze tego domu, który niegdyś rzuciłeś haniebnie na pastwę ubóstwa i nieszczęścia, a dziś zatruwasz jadowitymi wyziewami złych uczuć, pychy i nienawiści.
Rączka jej lewa wsunęła się równocześnie pod ramię Jerzego, prawa nakazująco ku drzwiom się wyciągnęła.
Morskiemu zielone oczy zdawały się z orbit wychodzić. Posiniał, w kącikach ust, pod rudemi podczesanemi w górę wąsami, piana się ukazała.
— Tereniu, strzeż się! — ochrypłym krzyknął głosem. — Pamiętaj, że wobec prawa, jestem twym
opiekunem, że zmiażdżyć cię mogę. Nie przypuszczam zaś, abyś poniżyła się aż do...
— Aż do strachu, wobec pańskich pogróżek — podchwyciła szybko. — Nie lękaj się, hrabio, bądź pewnym, że nie dotkną mnie one; nie mogę bowiem zwracać uwagi na słowa człowieka, dla którego ostatnią iskrę szacunku straciłam. Uprzedzając też pana, iż od dziś dnia jestem narzeczoną pana Jerzego Kotwicza, proszę i żądam, abyś dom ten opuścił natychmiast.
— Ja nigdy na związek podobny nie pozwolę; prawnie mu przeszkodzę!
— Potrafimy poczekać. Za rok będę pełnoletnią i panią mej woli.
Mówiąc to, przytuliła się do ramienia Jerzego, który rękę jej do ust podniósł.
— Ha, zobaczymy! — ryknął siny z wściekłości Morski. — Poznacie jeszcze moją zemstę, odpowiecie mi za dzisiejszą zniewagę!
I, trzasnąwszy drzwiami, wybiegł na dziedziniec, a turkot powozu oznajmił wkrótce, iż pieniący się z wściekłości niedoszły minister opuścił na zawsze Opole.
— Pani — mówił tymczasem Jerzy podnosząc ku Tereni oczy, w których dusza cała jednoczyć się zdawała. — Jak ci podziękować za szlachetność twą bezgraniczną? Zrozumiałaś, że za porywcze słowa hrabiego nie mogę żądać satysfakcyi; że tam, gdzie
ojciec twój śmierci swej karać nie kazał, a mój na ołtarzu wspólnego ich posłannictwa nie jednę srogą, złożył krzywdę, ja nie powinienem za czcze wyrazy dumnego pyszałka, krwi rozlewać. Pojęłaś, iż nie wolno mi ani niweczyć rozpoczętego przez nich dzieła miłości i braterstwa, ani doprowadzać do zabójczej walki między mną a najbliższym twym krewnym. Serce niewieście, odczuwszy, w jak trudnem znajduję się położeniu, przyszło mi z pomocą, ocalając honor mój i godność własną. Dzięki ci za to. Ofiary twej jednak przyjąć nie mogę.
Terenia tak stanowcza, tak imponująca przed chwilą, stała teraz jakby zmieszana i zawstydzona własną śmiałością. Splecione jej rączki, liliową białością od ciemnej odbijały sukni, kruczymi splotami uwieńczona główka na piersi się pochyliła.
— Dlaczego? — wyszeptała cichutko.
— Bom jej niegodny. Bo niejestem dość szalony, ani zarozumiały, aby słowa twe brać na seryo. Dziękuję za szlachetną obronę i... i... uznając słuszność dowodzeń hrabiego, nie pokażę się tu więcej, aby ci nie przypominać chwili... w której niebo zabłysło mi na krótko.
Głos jego stłumiony, w cichym rozwiał się szepcie.
Długie rzęsy Tereni podniosły się zwolna, odsłaniając głębię czarnych, wzruszeniem błyszczących oczu.