Strona 51
ją, prosząc o wytłómaczenie, skąd ten honor spada na nas tak często?
Jerzy pobladł silniej jeszcze.
— Daruj, panie hrabio, ale najpierw muszę ci odmówić prawa do podobnego pytania, tem więcej, iż dziś przybywam tu na wyraźne, przysłane mi przed godziną zaproszenie pani Opolskiej.
Ex-dyplomata na równe zerwał się nogi.
— Prawa? Zapominasz pan, że jestem opiekunem mojej kuzynki, a zatem panem tego domu.
— Odkąd, panie hrabio?... bo dotąd ojciec mój godność tę piastował.
Wrzątek kipiący, w zepsutym hulace, zaczynał na wierzch się wydobywać.
— Odkąd uznałem za stosowne we własne ująć ją ręce, płatnego odprawiając najmitę. Przerachowaliście się, sądząc, iż zaślepienie mej siostry i mnie ogarnie. Myśleliście, że nie poznam, do czego prowadzą te natrętne usługi, jaki haracz macie zamiar nałożyć za mniemane swe poświęcenie, po jaką sięgnąć nagrodę?
— Panie hrabio!..
— Hola! — ciągnął, błyskając wściekle okrągłemi oczami. — Hola! Na szczęście, ja tu jestem. We mnie nie wmówisz pan bezinteresownej przyjaźni, rachuby twe bowiem przejrzałem oddawna. Panna Opolska, to za wysokie trochę progi na Kotwicza. Morscy nie zwykli się bratać...
— Dosyć, panie hrabio! — zabrzmiał wyniosły głos Jerzego, który o krok jeden posunął się groźnie naprzód.
Był tak w tej chwili do ojca podobny, iż Morski, pamiętny sceny, w której napróżno usiłował ziemi nogami dosięgnąć, cofnął się o krok w tył mimowoli.
— Dosyć! Ani słowa więcej. Jakiem prawem rzucasz pan podejrzenia, do których żadnej nie masz podstawy? Z jakiej racyi wciskasz się do tajników cudzego serca?
— Ach, więc istnieją tajniki! — zaśmiał się pan Eustachy szyderczo. — No, co prawda, nie trzeba było zbytniej przenikliwości, aby je odkryć; bogate dziedziczki nie często spotykają się na drodze parweniuszów.
Krwawa purpura oblała rysy Jerzego.
— Strzeż się pan — zawołał — bo jakkolwiek jesteś bratem pani Opolskiej, jakkolwiek dom ten czczę, jak świętość, niemniej mógłbym zapomnieć o przynależnych mu względach.
Pan już zapomniałeś o nich wtedy, gdy się ośmieliłeś oczy na moją pupilkę podnieść. Stąd też, jako najbliższy i jedyny jej krewny, widzę się zmuszonym prosić, byś raczył uwolnić Opole od dalszych twych wizyt.
Kotara, dzieląca salonik od przyległego gabinetu i pracowni Tereni, zadrżała lekko w tej chwili.
— Daruje pan hrabia — przerwał dumnie Jerzy — wobec jednak wyraźnego zaproszenia, otrzymanego przed godziną od pani Opolskiej, wyrok podobny mógłbym tylko z jej ust przyjąć.
W miarę jego chłodnego spokoju, wściekłość Morskiego coraz trudniej pohamować się dawała.
— Chcesz-że pan więc, aby kobieta w tak delikatną mieszała się sprawę? Zresztą dobrze. Przypuszczam, że odkąd porzuciliście chłopską sukmanę,. pojęcia klas, do których się wdzieracie, obowiązywać was muszą. Daj mi więc pan słowo honoru, że nie bywasz tu w celu zdobycia ręki panny Opolskiej.
— Jakkolwiek nie przyznaję ci, panie hrabio, prawa do podobnych zapytań, jednakże wobec roli najbliższego krewnego, nie cofani się przed odpowiedzią. A więc, daję słowo honoru uczciwego człowieka, iż zamiar starania się o jej rękę, nigdy nie powstał w mej głowie.
Zapuszczona portyera tym razem zadrżała silniej jeszcze.
W oczach Morskiego gniew i radość migotały na przemian.
— I wtedy, gdy zdradza cię każde słowo, każde spojrzenie, pan powiesz mi może, że jej nie kochasz?
Walka straszna dumy, uczucia i oburzenia odbiła się w pobladłych rysach młodego człowieka.
Szarpano mu serce, przykładano żelazo gorące do rany której on sam dotknąć nie śmiał. Eustachy Morski walkę tę zobaczył i, jak dzikie zwierzę widokiem krwi upojone, z podwójną zaciętością rzucił się na swą ofiarę.
— Powtórz pan — wołał — daj słowo honoru uczciwego człowieka, że ci jest obojętną, że ciągnie cię tu tylko życzenie pani Opolskiej, a cofnę żądanie moje natychmiast.
— Nie mogę — wybiegło po chwili wewnętrznego pasowania się na usta Jerzego. — Nie mogę...
— Ha, ha, ha! — rozległ się zjadliwy, gryzący śmiech półpanka. — Tak więc wygląda wasza bezinteresowność i osławione poświęcenie? Syn chłopa Kotwiczą, naszego dawnego sługi i poddanego, sięga po rękę panny z najpierwszej rodziny w gubernii; ależ to koniec świata!
Jerzy, którego każde ze słów wymienionych na moralne brało tortury, który na obelgi butnego pyszałka, ale zarazem jedynego krewnego Tereni, nie chciał i nie mógł odpowiedzieć wyzwaniem, ręce tylko skrzyżował na piersiach, a podnosząc z godnością głowę, przerwał potok słów sarkastycznych.
— Mylisz się, panie hrabio. Syn chłopa właśnie zbyt wiele ma godności własnej i honoru, zbyt wele dumy, by wdzierać się tam, gdzieby go ktokolwiek o interesowność mógł posądzić. Wobec
nalegań pańskich nie zapieram się uczucia, którego przed samym sobą nie śmiałem wyznać dotąd. Tak, kocham ją od lat dziecięcych jeszcze, miłość moja jednak zbyt jest głęboką, zbyt świętą i wielką, by w niej cień egoizmu mógł istnieć. Kocham ją — ciągnął z mocą — równocześnie jednak nie swego, lecz jej pragnę szczęścia! Ubogi też, nieznany chłop Kotwicz, nigdy nie miał zamiaru sięgać po jej rękę, nigdy wzamian za dzisiejsze stanowisko nie ofiarowałby jej miłości swej tylko i pracy, przez wasze kółka za wstyd uważanej. Wiem, iż siostrzenica pańska posiędzie z łatwością tytuły i majątek, że wobec nich uczucie ubogiego człowieka, który nad cześć dla niej, nad byt skromny, zdobyty mozolnie, nad honor i uczciwość nic więcej nie posiada, że uczucie takie śmiesznem by się wydało; prędzej też własne złamałbym serce, niż zdradził wobec niej walkę, jaką w niem zbudziła.
— Ha, ha, ha, cóż to za patos tragiczny! Mój panie, dość tej donkiszotowskiej deklamacyi. Jeżeli mojej siostrze podoba się być ślepą, mnie ani obowiązek opiekuna, ani dbałość o honor naszego imienia nie pozwalają tolerować podobnych wybryków. Pomimo też wzruszającej jego tyrady, która trąci trochę prowincyonalną sceną, mam zaszczyt pożegnać pana, a przypominając, iż kobiety z naszej rodziny, nie są wychowywane dla ekonomskich sy-