Strona 50
miętności, pochyliła się tak naprzód, iż palący jej oddech musnął po twarzy kobietę.
Ujrzawszy tuż przy sobie te rysy, wykrzywione wstrętnem uniesieniem i oczy, pałające dziko, posłyszawszy oddech chrapliwy, przy którym piersi podnosiły się mozolnie, Terenia cofnęła się z okrzykiem przerażenia, i blada, oparta o furtkę ogrodową, wysunęła jednocześnie ręce przed siebie, jak gdyby ją od niebezpieczeństwa zasłonić mogły.
Morski jedną z nich pochwycił i obsypywał pocałunkami. Terenia szarpnęła nią gwałtownie, a przez zaciśnięte jej wargi wybiegł tylko okrzyk:
— Precz! Czyż mało panu jednego trupa? Mało krwawego widma Kotwiczowej, stojącego między nami?
— Precz? — powtórzył zsiniały z gniewu. — Ha, gdybym dłoń tę mniej kochał, zmiażdżyłbym ją w tej chwili.
— Trzeba być nikczemnym, aby, zapomniawszy o obowiązkach opiekuna, nadużywać w ten sposób położenia kobiety, której strzedz i chronić pierwszym twym było obowiązkiem.
Słowa te jakby wymierzenie policzka, dosięgły wreszcie Morskiego. Cofnął się o krok w tył, i siny z tłumionej wściekłości, zasyczał tylko:
— Odpowiesz mi za to, tak jak Bóg na niebie!
Donośny tentent kopyt końskich przerwał dalsze słowa. Panna Teresa, usłyszawszy go, popchnęła
furtkę i kilku szybkimi krokami znalazła się w otwartych na ogród drzwiach salonu.
Hrabia dygotał; krwawe widmo Kotwiczowej, wywołane w takiej chwili i w oczy podłemu rzucone tchórzowi, ostatecznie odebrało mu przytomność. Nikczemność jakiej się dopuścił, zniewaga, wyrządzona wiernemu słudze i przyjacielowi rodziny, śmierć ojca nawet i krzywda osieroconych dzieci, wszystkie te błahostki, pogrzebane w morzu niepamięci, nie istniały dla niego. Za to jednak pamiętał doskonale uczucie, jakiego doznawał hrabia Morski, trzymany za kołnierz przez chłopa Kotwicza, i trzęsący się ze strachu w uścisku jego dłoni żelaznej. Wstyd i upokorzenie chwili owej, były podstawą jadowitej nienawiści jego do ojca i syna, nienawiści, której nie łagodziło nawet wspomnienie zabitej kobiety, boć on tej kobiety nigdy nie kochał. Jedna z tysiącznych zabawek, jakich hrabiczowi nikt nie mógł wziąść za złe, wyszła mu z pamięci oddawna, aż dziś, w chwili, gdy ambicya jego, próżność, namiętność wreszcie, zostały w grę wprowadzone, dziś widmem tem przestarzałem rzucano mu w oczy.
Ostre zęby rozwścieczonego lowelasa zgrzytnęły przeraźliwie. Więc to stara ta, pleśnią pokryta historya, odbierała mu Terenię, więc za jej pomocą Kotwiczowie sprobowali wrogo dlań usposobić
pierwszą kobietę, której serce pozyskać zapragnął naprawdę.
— Dosyć tego — drżącym wybełgotał głosem — dosyć tego! Teraz potrafię pokazać, żem ja tu panem. Wola Opolskiego i prawo oddały mi nad domem tym wszechwładzę, niechżeż ją poczują nareszcie !
W tej chwili, niby wyzwanie, mignęła mu na koniu wytworna sylwetka Jerzego, który, okrążywszy klomb główny, zeskoczył z siodła i oddając wierzchowca służącemu, sam w drzwiach frontowych zniknął. Jakby przez jadowitą ukąszony gadzinę, Morski porwał się i skracając drogę, w minutę później przestępował również próg salonu.
Jerzy, zdejmujący rękawiczki, stał spokojnie przed stalugami, przypatrując się ostatniej pracy Tereni. Hrabia pałającym go zmierzył okiem. Jeżeli rysy młodego człowieka przypominały matkę, postać za to cała, wysmukła, lecz silna, była wytworniejszym tylko, ale wiernym typem ojca.
Eustachemu Morskiemu błysnęła w tej chwili w oczach scena, gdy stary Kotwicz uniósł go w powietrze i niby piłką wstrząsał. Zdawało mu się, u pamięta uczucie, z jakiem trzepotał cienkiemi nogami, napróżno starając się ziemi dotknąć, i dziki wyraz zielonych oczu złagodniał nagle.
Kto wie, Jerzy musi być równie silnym, a chłopskiej, nieokiełznanej naturze niema co dowierzać.
Hrabia sądził; iż dziś nie lęka się niczego, ale zawsze po co taka kompromitacya? Burdy nie przystoją ludziom utytułowanym; postanowił też hamować się i stanowczą rozmowę z tym przybłędą chłopskim, w spokojnym przeprowadzić tonie.
— Pan Kotwicz znów tutaj? — zapytał głosem drżącym mimowoli od tłumionego rozdrażnienia.
— Jak pan hrabia widzi — odparł młody człowiek z lekkim ukłonem.
Morski postąpił naprzód, a rzucając się na fotel z niedbałą swobodą, przymrużył lekko oczy.
— Dobrze, że spotykam tu pana — mówił. — Pragnąłem pomówić z nim oddawna.
— Szkoda, iż pan hrabia nie pofatygował się do Kaliny, droga niezbyt daleka.
— Interesantów zwykle każę przywoływać do siebie — zauważył Morski wyniośle.
— Co za szczęście, że ja nie mam żadnego do pana hrabiego interesu.
— Dlaczego?
— Bo nie zwykłem odpowiadać na impertynenckie wezwania.
Hrabia Eustachy zżymnął się.
— Mój panie, powietrze Opola musi być niezdrowe, skoro zawróciło ci tak w głowie, iż zapomniałeś, że przemawiasz do opiekuna tego domu i rodziny, który...
— W rzeczy samej o tem zapomniałem — przyznał Jerzy grzecznie.
— Który właśnie zamierzał zapytać, czemu zawdzięczamy zaszczyt zbyt częstych pańskich odwiedzin?
Lekka bladość pokryła męskie oblicze młodego Kotwiczą.
— Nie rozumiem pana hrabiego — odparł dumnie. — I owszem, pozwolę sobie przypomnieć, iż, jak dotąd, nie miałem zamiaru narzucać mu mojej osoby.
Morski założył monokl.
— Panie Kotwicz, po co te omówienia? Nie chodzi tu o mnie, bo ja jako mężczyzna, mogę miewać fantazye i rozmaitych przyjmować gości. Mnie to nie ubliża, ani cienia na dobrą mą sławę nie rzuci. Z kobietami rzecz inna. Opinia ich zbyt krachem jest bawidłem, by im pozwalała ze szrank swych wychodzić; demagogiczne mrzonki to rzecz bardzo dobra, ale zdaleka; można się interesować ludem, lecz nie wolno zbytnio do chłopów zbliżać.
Młody człowiek milczał. Hrabiemu lewe oko zaczynało drgać nerwowo.
— Ponieważ zaś, ile razy jestem tutaj, zawsze prawie zastaję pana, a rozumiem, iż kuzynce mojej wobec wrodzonej niewieściej delikatności, trudno
mu może dom wymówić, pośpieszam więc wyręczyć