Strona 5
Przedstawiono mi moich pupilów, czternastoletniego może wyrostka i tę samą dziesięcioletnią ówcześnie Terenię, którym kazano, aby mi za przyszłą opiekę z góry dziękowali.
Pani Opolska płakała, mąż jej umierał, w domu zamęt.
Przestraszony uciekłem, w parę zaś dni później ojciec mój także zakończył życie. Dotknięty stratą tak boleśna, wyjechałem na czas żałoby do Paryża, skąd już przez lat parę nie wróciłem do kraju.
— No, a cóż się stało z opieką? — podjął baron ciekawie.
— Och, wyjeżdżając poleciłem ją wraz z innymi interesami rządcy.
— I jakżeż się wywiązał z zadania?
— Co prawda, nie pytałem go o to — przyznał hrabia Morski szczerze.
W rysach barona odbiło się mimowolne zdumienie.
— Wiecie przecież — ciągnął gospodarz domu niedbale — iż przebywam tu nader rzadko i to wtedy jedynie, gdy rachunki administracyi potrzebują nieodzownie mej obecności.
— A raczej, gdy ty, panie Eustachy, potrzebujesz pieniędzy — wtrącił baron złośliwie.
— Nie przeczę, i tak kochany baronie, kłopoty moje finansowe tobie najlepiej są znane. Otoż, gdy niedołężna administracya zostawia mnie á sec, do-
wodząc, że nie ma z czego dalszych czerpać dochodów wtedy rad nie rad wpadam tu na krótko; zajęty wszakże własnymi interesami, nie miałem w takich chwilach czasu do myślenia o jakiejś tam narzuconej rei opiece.
Czarne oczy bankiera śmiały się ironicznie.
— Brawo! — zawołał. — I ludzie mają czoło utrzymywać, że stare tradycye giną u nas. Ależ ty, hrabio, uosabiasz je wszystkie; możnaby cię, jako typowy okaz Polaka, posłać na wystawę etnograficzną.
Morski, zrozumiawszy ukrytą ironię, uczuł się nią draśnięty nieco.
— Sądzisz, panie baronie, że zbyt lekko potraktowałem obowiązek; otóż przekonam cię, iż rozkaz raz wydany wiernie spełniony został. Morscy umieją być dżentelmanami.
— I owszem, jestem przekonany — wtrącił Moryś Korybut — że opieka przez cudze sprawowana ręce, stokroć cię drożej kosztowała. Pewno tam administracya sążniste na ten temat smarowała rachunki.
Hrabia Eustachy nie zaszczycił obrony swego rezydenta bliższą uwagą, zadzwoniwszy zaś, kazał przywołać natychmiast głównego rządcę.
Po kwadransie na tarasie stanął wysoki, młody jeszcze mężczyzna. Morski powitał go uprzejmie, nie myśląc jednak przedstawić towarzyszom, zapro-
sił gestem do zajęcia miejsca przy stole. Przybyły podziękował i jakby na dowód, iż nie pragnie przedłużać rozmowy, którą uważał za obowiązek tylko, stanął z ręką o poręcz krzesła wspartą.
— Panie Gorzelski, chciałem cię prosić o objaśnienie, jak stoi sprawa opieki nad nieletnimi Opolskimi? — pytał przesuwając przez palce czerwonawe bokobrody.
— Jaka sprawa, panie hrabio?
— Opieki nad mymi kuzynami, Opolskimi? Nie raczyłeś pan ani razu zdać mi z niej bliższej relacyi lub rachunków.
— Rachunków? Ależ ja pierwszy raz słyszę o niej?
Morski zerwał się gwałtownie.
— Jakto! czyż pieczy nad nią nie zaleciłem panu najusilniej, zaraz po śmierci mego ojca?
Po ustach plenipotenta przewinął się uśmiech lekki.
— Pan hrabia zapomina, że od śmierci ś. p. jego ojca upłynęło już lat z górą dziesięć, ja zaś obowiązki moje od półtora roku sprawuję zaledwo.
— Pański poprzednik jednak, zdając zajęcia, powinien był...
— Moi poprzednicy, bo przez lata ostatnie było ich kilku, nie mieli również, o ile wiem, nie z interesami młodych Opolskich wspólnego.
Eustachy Morski poczerwieniał z gniewu.
Któż się więc nimi zajmuje? — rzucił porywczo.
— Jeżeli się nie mylę, stary Kotwicz. Ten sam,
który za życia nieboszczyka hrabiego zarządzał przez czas długi Orłowem. Zarówno ojciec pański, jak pan Opolski, mieli podobno nieograniczone do niego zaufanie; ztąd też Kotwicz, uważając opiekę za przywiązaną do swojej osoby, zatrzymał ją i faktycznie do tej chwili sprawuje, nie żałując ani kosztu, ani pracy, by ostatecznie uregulować interesa kuzynów pańskich, których fortunę w znacznej już części uratował.
— Któż to jest ów Kotwicz? — zapytał młody bankier półgłosem.
— Dawny sługa mego ojca, prosty chłop. Spotkaliśmy go dziś nawet. Ten sam starzec, który odprowadził pannę Opolską do domu — dodał hrabia po francuzku, sądząc snać, iż język tak dystyngowany nie jest dla plebsu dostępnym.
— Typ bardzo oryginalny i nader w okolicy całej poważany — uzupełnił młody rządca z najczystszym nadsekwańskim akcentem. — Mało się udziela i pokazuje, w Opolu jednak, czczą go jak istnego dobroczyńcę, jak ojca prawie.
Fala krwi znów ostrzej uwydatniła żółte bokobrody pryncypala.
— Trochę się pan za silnie wyrażasz — zawołał porywczo. - Pani Opolska jest hrabianką Morską,
z domu, nikt zaś z naszej rodziny nie zwykł dotąd bratać się z chłopami.
— Tak, dotąd, panie hrabio, dziś jednak czasy się zmieniły, pani Opolska zaś, jakkolwiek hrabianka Morska z domu, nie może zapomnieć, iż w chwili gdy hrabiowie i właśni krewni opuścili ją zupełnie, chłop Kotwicz uratował mienie i zapewnił przyszłość jej dzieci.
— Straszne to, panie Eustachy, ale prawdziwe — wtrącił baron szyderczo. — Herb przestał być monopolem na szlachetne czyny. Tradycya ich tak mu wystarcza, iż w oczekiwaniu lepszych czasów, odpoczywa po trudach praojców. Zresztą czego się kochany hrabio irytujesz? Powinienbyś raczej podziękować Kotwiczowi, że ci taką cudowną wychował pupilkę. Wszak przychodzisz do gotowego; wraz zaś z godnością opiekuna, nie zrzekłeś się bynajmniej praw wuja i to wuja najpiękniejszej pod słońcem siostrzenicy.
— Prawa te nie zapewnią mi...
— Wdzięczności? — podchwycił bankier — napewno, że nie, ale w każdym razie otworzą wstęp do Opola, a to ci wystarczy.
— Pamięć tej opieki... — zaczął hrabia z wahaniem.
— Cóż znowu, mój Eustachy — tłómaczył Moryś Korybut — nieobecność twoja i pobyt zagranicą