Strona 49
właśnie, mój wuju, dźwignąłbyć sobie pomnik wieczysty i stanąłbyś wyżej ponad czczy tłum w oczach całego świata.
Była tak słodką, iż Morskiego zaślepienie coraz dalej unosiło.
— Prócz twoich oczu, o żadne mi inne nie chodzi — odparł, pochylając się ku niej z ogniem namiętnym — one jedne potrafiłyby mnie na dno piekieł zaprowadzić.
— Ale piekieł arystokratycznych tylko.
— Takich, w których niema Kotwicza, ani całej chłopskiej gawiedzi, mogącej umysł twój ode mnie odwrócić; piekieł, które obecność twa i uśmiech w niebiosy-by dla mnie zmieniły.
Terenia uczuła, iż grunt się z pod nóg jej usuwa; kwestya sprzedaży Orłowa schodziła na drugi plan, wobec gorących uniesień hrabiego, zimna też maska pokryła piękne jej rysy. Morski nie widział tego wszakże. Kilka przychylnych słów młodej kobiety podziałało, jak narkotyk, na wzburzone jego uczucia.
Patrząc w rysy jej cudowne, czarem poezyj i młodości tchnące, tracił do reszty przytomność. Po dłuższem niewidzeniu, wydawała mu się stokroć piękniejszą, stokroć bardziej ponętną. Podniecony, zapomniał, po raz pierwszy może w życiu, o zwykłej donżuaneryi, a pragnąc bądź co bądź pozyskać ten posąg klasyczny, gotów był pod naciskiem namiętności, wolność swą nawet złożyć jej w ofierze.
W tej chwili stanęli nad wąską kładką, łączącą brzegi małego, lecz bystrego strumienia, poza którym ogród się rozciągał. Hrabia Eustachy poskoczył żywo i, stanąwszy w pośrodku, rękę ku towarzyszce swej wyciągnął.
Panna Opolska, która zaimprowizowany ten powietrzny mostek, sama niejednokrotnie przebiegała, teraz, dotknąwszy dłoni jego gorącej i czując palące na sobie spojrzenie Morskiego, zachwiała się i o mało nie upadła.
W oczach niedoszłego ministra błysnął niepokój. Zapomniał o pozowaniu, o urodzie swej i bakenbardach, a przestraszony niebezpieczeństwem, grożącem pięknej kobiecie, wyciągnął szybko ramiona i, ująwszy ją wpół, na drugim postawił brzegu. Był to ten sam ruch, jakim stary Kotwicz zdjął ją wczoraj z wolantu, a jednak; jakże sprzeczne wywołał wrażenie. Z oczów, uśmiechających się wtenczas, teraz błyskawice gniewu i oburzenia strzelały, źrenice się rozszerzyły, lica pobladły.
Wyrywając się z tulących ją jeszcze ramion Morskiego, w których dotknięciu nie cześć starego Kotwicza, lecz jakiś ogień namiętny czuć było, odskoczyła wyprostowana z drżącemi nozdrzami.
— Jak pan śmiałeś, jak śmiałeś? — wykrzyknęła z gniewem tłumionym.
— W rzeczy samej, jak śmiałem dotknąć się pani? — powtórzył szyderczo. — Lepiej było pozwolić,
abyś poślizgnąwszy się, zwichnęła nogę, lub do wody wpadła,
Tergnia zawstydziła się; wyciągając też rękę, wyrzekła:
— Przepraszam i dziękuje ci, mój wuju.
— Czy wiesz — odparł, przytrzymując drobne jej paluszki i śmiało patrząc w oczy — że pierwsze to poczciwe słowo, jakie od ciebie posłyszałem, odkąd się znamy? Pierwsze dobrowolne podanie ręki, pomimo, iż wiesz, że życie oddałbym za ciebie, że jak zaprzedanym niewolnikiem rozporządzać mną możesz.
W miarę, jak się unosił, kobieta odzyskiwała cała krew zimną i panowanie nad sobą.
— Czy mówisz mi pan to dla tego — wyrzekła, zbliżając się ku sztachetom ogrodowym — abym pożałowała przyjętej przed chwilą usługi?
— Nie, ale dla tego, że twoja oziębłość, twoja duma do rozpaczy mię doprowadza. Wszak i przed chwilą wolałaś się narazić na niebezpieczeństwo, niż odemnie żądać pomocy. Na Boga, czyż ja już jestem taki wstrętny, Tereniu?
Ręka jego wrodzonym, zalotnym ruchem rude pogładziła bakenbardy. Na usta panny Opolskiej mimowolny wybiegł uśmieszek.
— O, powiedz mi, że poprostu nie istnieję dla ciebie, że równam się tylko słupowi powietrza — wołał z wyrzutem. — A jednak ten słup powietrza
ma serce, które potrafiłaś opanować od pierwszego wejrzenia, które zbudziłaś, pomimo, iż przedtem żadna inna kobieta wzruszyć go nie zdołała.
W duszy Tereni straszny w tej chwili odzwierciedlił się obraz. Zdawało jej się, iż widzi wyciągniętą na szeslongu piękną, bladą, suchotnicę i Morskiego na kolanach, tulącego do ust ręce jej wychułe, że słyszy ten sam, co w tej chwili, głos wypieszczony a fałszywy, prawiący czułości matce Jerzego, dlatego jedynie, że cudzą była żoną. Ofiara nikczemnej donżuaneryi śmiercią scenę tę odkupiła, ale cóż to mogło go obchodzić? Szukał poprostu wrażeń i zbierał je wszędzie, gdzie się to bezkarnie uczynić dało, a że umarła, tem gorzej dla niej, pocóż zwykłą farsę na seryo brała?
— Powiedz tylko, iż będziesz moją — ciągnął Morski tymczasem — na jedno zaś twe skinienie zerwę pęta konwenansu, skruszę złote okowy i razem nowe rozpoczniemy życie.
Terenia wyprostowała się dumnie.
— Panie hrabio, zechciej się nie zapominać! Pamiętaj, że mówisz do twej siotsrzenicy i pupilki zarazem, że każde twoje słowo obelgą się dla mnie staje!
Obelgą? — zasyczał, blednąc z gniewu. — Więc miłość hrabiego Morskiego jest dla pani obelgą, moja ty dumna królowo. A pocóż wydarłaś mu serce, zamąciłaś spokój temi twojemi czarnemi oczyma,
tym wzrokiem bazyliszka? I ty myślisz, że ja się dam zbyć teraz kilku wyniośle rzuconemi słowami że mnie odstraszy twój chłód oziębły? O, nie! Ja wiem, co się pod tą lodowatą kryje powłoką... Spojrzyj na mnie raz tak, jak spoglądasz na Jerzego Kotwicza, a zrobisz ze mną wszystko, co zechcesz; odtrącaj wzgardliwie, a poznasz, jak się mścić potrafię.
Słowa te, malujące całą niskość wstrętnej natury, doprowadziły dziewczę do ostatecznego oburzenia.
— Pozwól mi pan przejść, proszę — zawołała nakazująco, postępując krok naprzód.
Zielone oczy Morskiego zapałały złowieszczo.
— Porzuć pani ton wzgardliwy — wyrzekł z uniesieniem, — bo tym razem jesteś na mojej łasce i nie łasce. Dawno już czekałem na sposobność swobodnej rozmowy, więc teraz wysłuchać mnie musisz. Poznaj nareszcie jak bardzo cię kocham, dowiedz się, iż dla miłości tej, duszę zaprzedać bym gotów.
— Zaprzedałeś ją, mości hrabio, wtedy już, gdy na sumienie twoje spadła śmierć niewinnej ofiary, gdy równie gorącemi, jak dziś, wyznaniami, zabiłeś żonę uczciwego człowieka i matkę dwojga dzieci.
W brzydkich jego rysach zaszła straszna zmiana, na szerokie policzki ceglasty wystąpił rumieniec, postać zaś cała, drżąca od tłumionego gniewu i na-