Strona 47
— Podły! — wybiegło na usta Tereni. Kotwicz nie słyszał jej nawet.
— Ogień zapłonął mi w żyłach, żar wściekłości mózg wypalał. Nie umiałem, jak mąż ucywilizowany, podać mu karty z wyzwaniem; mnie innej, krwiożerczej, natychmiastowej trzeba było satysfakcyi. Pochwyciłem go za ramiona i podniosłem na nogi, wstrząsając tak, iż hrabia rogatą musiał mieć duszę, skoro nie uciekła z niego w tym uścisku. "Łajdaku! — wykrzyknąłem — idź, powiedz drgającemu jeszcze trupowi twego ojca, jak spędziłeś chwilę jego konania!" Co mówiłem, co się działo dalej, nie wiem już dziś dokładnie; pamiętam tylko, iż hrabia, tchórzliwy z natury, drżał jak liść osiczyny w żelaznem mojem ręku. Gdy wreszcie cisnąwszy go niby piłkę za drzwi, zwróciłem się do niej, leżała jak kwiat podcięty, śmiertelnie blada i bez czucia, a z ust jej zbielałych, tylko wąski strumień krwi się sączył. Napróżno pocałunkami i własnem tchnieniem chciałem ją przywrócić do życia; obudziwszy się z omdlenia, popadła w gorączkę, a w kilka dni później, drugiego trupa trzymałem na rękach. Nie skarżyła się, ani jednego nie wyrzekła słowa. Umierając dopiero, powiedziała mi, że jest niewinna, tak, jak gdybym ja, świętą moją i przeczystą, posądzał był kiedykolwiek. Hrabia narzucał jej podobno oddawna swe wyznania, znosiła je z obawy, bym miejsca nie utracił. Tego dnia, klęcząc, przy-
sięgał, że się poprawi, że dzięki jej wpływowi, inne zacznie wieść życie. Wierzyła mu i wiarę tę okupiła śmiercią, a ja, ja ją zabiłem!...
Głos mu się urwał nagle, głowa na dłonie opadła.
Mała rączka Tereni wsunęła się pod ramię starca, główka pochyliła się pieszczotliwie ku złamanej jego postaci.
— Dziaduniu — mówiła słodko — dziaduniu, przesadzasz własną winę; to nie ty, lecz tamten śmierć jej przyśpieszył.
— Od tej też chwili nie widziałem nigdy hrabiego Maurycego; pojąć zaś łatwo, że i dziś go zobaczyć nie pragnę. Zamknąłem się w tej chacie, a poprzysiągłszy, iż szarej nie zdejmę sukmany, życie całe moim dzieciom i memu poświęciłem ludowi. Za wybiegnięcie nad szranki właściwe, Bóg i tak już zbyt srogo mnie ukarał.
Pani Opolska rękę wyciągnęła do starca.
— Wiedziałam, iż w życiu pańskiem kryje się jakiś dramat, nie przypuszczałam jednak, by Morscy stali się jego powodem. Czyżby rodzina nasza, w zamian za poświęcenie, przynosiła ci tylko nieszczęście?
W oczach Tereni dziwny blask zapałał, kto wie, myślała może o spłaceniu tych długów.
— Wspomnień grobowych i rany, która krwawić się nie przestaje, nie dotykam nigdy, bo nie chcę, by Jerzy dowiedział się o jej istnieniu. Gniew i za-
wiść dość już sprawiły niedoli; nie ideę zemsty, lecz miłości usiłowałem zostawić mu w spuściźnie. Co do mojej krzywdy osobistej, przebaczyłem ją dawno. Chłop, Kotwicz, szczęśliwym będzie, gdy możny hrabia Morski nagrodzi tę krzywdę, rzucając ubogim jego współbraciom zadatek lepszej doli, gdy zamieni garstkę ich chociaż, w obywateli, świadomych obowiązków swych względem tej ziemi, której on złym tylko i marnotrawnym umiał być synem.
— A teraz, dziecię moje — zakończył — czy rozumiesz, dlaczego nie sam, lecz za twojem pośrednictwem chcę mu myśl tę podsunąć, czemu pragnę uchronić go od ostatniej i największej podłości, za; jaką uważałbym sprzedanie ojcowizny, święty spadek stanowiącej, w ręce cudzoziemca?
— Rozumiem — odparła uroczyście, podnosząc ku niemu zapałem lśniące oczy — rozumiem i przyrzekam, dziaduniu, wolę twą wypełnić.
Starzec palce z przestrogą do ust podniósł. Przed lipę zajeżdżał wolancik pani Opolskiej, przez Jerzego kierowany.
— Mój ojcze! — zawołał. — Wierzchowca zostawiam u ciebie, a sam spróbuję służyć paniom za stangreta; panna Teresa i tak się powożeniem zmęczyć musiała.
XII.
Szkarada postępku, opisanego przez Kotwicza żywo podziałała na wrażliwy umysł Tereni. Przypomniała sobie straszną śmierć własnego ojca i zachowanie się hrabiego Eustachego, a rozżalona temi wspomnieniami sieroctwa, w których Morski tak nędzną grał rolę, biegła myślą do dalszych współczesnych wypadków. Wyobraźnia jej widziała z kolei schorzałą postać starego hrabiego, a swego dziadka, konającą samotnie, bez uścisku kochającej ręki, bez słowa żalu lub pociechy, z ust wypieszczonego jedynaka, dla którego wszystko w życiu poświęcił. Później przenosiła się na tego wymuskanego chłystka, prawiącego w takiej chwili madrygały biednej suchotnicy, dla tego tylko, że była ona cudzą żoną; odtwarzała go, trzęsącego się tchórzliwie w ręku olbrzyma i wzgarda głucha przepełniła
jej serce. Zdawało jej się, że widzi matkę Jerzego bladą, nieruchomą, z wąską wstęgą krwi z ust jej spływającą i czuła, że ona sama byłaby w stanie, wobec tego obrazu, duszę z niego wytrząść.
Potrzeba tez odzyskania równowagi, zaprowadziła ją nazajutrz do małego, na skraju lasu wznoszącego się kościołka. Kornie pochylona u stóp ołtarza, długą klęczała tu chwilę. Była to modlitwa, czy tylko rachunek z własnem sercem i sumieniem? Któż odgadnąć potrafi? Terenia czulą bezwiednie, że stoi w tej chwili na przełomie, że życie jej, to istnienie, z uśmiechów i swobody złożone jedynie, naraz poważniejszą przybiera postać, i duch sprzecznymi uczuciami targany, przyszedł ukorzyć się przed Panem nad Pany, u niego szukając rady i wskazówki. Jakby zrozumiawszy prośbę sieroty, Zbawiciel z ram ołtarza zdawał się uśmiechać dobrotliwie ku niej. Dziewczę wpatrzyło się w to cudowne godło męczeństwa. Wszak nie umarł on na krzyżu za hrabiów i bankierów, za szlachtę i plutokracyę, lecz za maluczkich właśnie. Byłaż to wskazówka? Czyżby głos jej serca nieomylną zwiastował prawdę?
Wzmocniona, pokrzepiona, opuściwszy progi świątyni, skierowała się z kolei ku samotnej mogile ojca. Nie pamiętała go dobrze; wrażliwa wyobraźnia dziecka scenę konania tylko na zawsze wyryła