Strona 45
Łuna krwawego rumieńca oblała męskie rysy Jerzego.
— Nie potrzebnie powiększasz, ojcze, dzielącą nas przepaść, bo i tak...
— Ja ci ją przypominam tylko...
— Przypominasz, rwąc serce, jak kawał szmaty bez czucia, a niedawno jeszcze nie pozwoliłeś mi odsunąć się od nich.
— Nędzne to i słabe serce, które zamiast zahartować się w ogniu walki, i nabrać mocy wobec zakazanego uczucia, umie tylko "rwać się na strzępy", lub uledz mu bezsilnie. Zresztą nie krępuję cię dzisiaj: skoro chcesz, możesz się usunąć. Nie dozwolę jednak, by świat powiedział, żem opiekę na naszą wyzyskał korzyść; nie chcę, aby zarzut ten, spadając na włos mój siwy, kazał mi głowę, uczciwie dotąd wśród ludzi podnoszoną, ku ziemi schylić; bym musiał słuchać, jak ciebie łowcem na posagi zowią.
— Ojcze! — szarpnął się młody człowiek gwałtownie.
Twarda prawica starca z siłą żelaznych kleszczy spoczęła mu na ramieniu.
— Ja nie pozwalam i zakazuję ci scen podobnych! Zakazuję, rozumiesz, Jerzy?
Z siwych jego oczu, pod krzaczastemu ukrytych brwiami, błyszczał nieugięty despotyzm pierwotnej
natury, potęga chłopskiego patryarchy, przyuczonego, by wola jego w rodzinie za świętą uważana była. — Ha, haha! — rozległ się od progu śmieszek sresty, kaskadą drobnych spadających perełek. Ha, ha, ha! melodramat spiżarniany! Dzbanek jagód mówi surowe kazanie śliwkom, które skurczywszy się na przypalonych rożenkach, słuchają go pokornie. Ha, ha, ha, żebyście wiedzieli, jak wy komicznie wyglądacie! Pan Kotwicz w lewicy dzierży ucho od dzbanka, prawicę zaś wyciąga ruchem kwakra, głoszącego słowo Boże! Pan Jerzy między dwa słoiki spuścił swoją głowę i ma taką minę, jak gdyby memento mori wypowiadał. A. my czekamy tymczasem. Nie, mężczyzni są stanowczo do niczego. Dziaduniu, spiesz że się z poziomkami, bo teraz one zamarzną od surowego twego tonu.
Zdawało się, iż posłyszawszy ostatnie słowa Kotwicza, chce je rozmyśnie w żart obrócić. Pociągnięty żywo, starzec szedł chmurnie za nią, gdy jednak, chwyciwszy dzbanek, stanęła z nim przed matką w bohaterskiej postawie, i zaczęła naśladować kaznodziejski ruch dziadunia i pogrzebową wśród dwóch słoików minę Jerzego, panowie, uderzeni teraz dopiero komizmem położenia, rozśmiać się musieli i scena, rozpoczęta na koturnach tragedyi, dzięki szczerej wesołości dziewczęcia pogodnie się skończyła.
— Poczekaj, figlarko — mówił stary Kotwicz.
po chwili. — Rozbroić mrukliwego, lecz łagodnego w gruncie niedźwiedzia, to rzecz nie ciężka, dam ja ci tu jednak trudniejsze zadanie. Zobaczymy, czy aksamitna twoja rączka z elegantami również sobie poradzi.
— O cóż to idzie?
— O rzecz nader poważną, którą oddawna już chciałem paniom przedstawić. Oto chodzą pogłoski, iż hrabia Morski ma zamiar sprzedać dobra Orłowskie.
— Nie wiedziałam nic o tem — wtrąciła pani Opolska.
— A jednak tak jest. Nabywa je podobno baron Kruzenberg, który w tych dniach szczegółowo folwark każdy objeżdżał. Nie ubliżam wielkiemu bankierowi, bo go nie znam wcale. Mówią, że deklamuje na cześć wzniosłych idei i za uczciwego uchodzi człowieka. Etyka jednak jego ogranicza się zapewne, jak u wielu finansistów, do kodeksu w jednem, a rachunku w drugiem ręku. Ludzie tacy nie popełniają nigdy rzeczy przeciwnych prawu, lub... nieopłacających się. Honorowi, według swego pojęcia, są oni nawet użyteczni, gromadzą bowiem skrzętnie pieniądze, przez innych rozrzucane i, o ile zjednoczą się ze społeczestwem, stanowią z czasem finansową jego siłę. Tam wszakże, gdzie zysk nie da się ściśle obliczyć, wobec rzeczy nie procentującej, a wywołanej porywem uczuć gorą-
i cych, lub poświęcenia, tam niema co na nich liczyć. Przejście więc dóbr Orłowskich w ręce Kruzenberga uważałbym za stratę dla naszej okolicy.
— Może ich jeszcze nie kupi — zauważyła Terenia.
— Tem gorzej, w takim bowiem razie hrabia Morski sprzeda je niemcowi, żydowi lub pierwszemu lepszemu cudzoziemcowi. Ludzie tacy, jak wuj twój, panno Tereso, wobec egoistycznych potrzeb żadnymi nie krępują się względami, a ziemia ta powinna w polskich pozostać rękach, wszak to trzecia część powiatu nieledwie.
— Cóż na to za rada?
— Przyszedłem jej właśnie u was szukać. Hrabia Morski tyle ma grzechów, tyle lekkomyślności na sumieniu, tyle darów, hojnie przez niebo sobie rzuconych, zmarnował bez pożytku, iż czas by już błędy te, choć jednym rozumnym i uczciwym nagrodzić czynem.
— Nie rozumiem myśli pańskiej wtrąciła dziedziczka Opola.
— A jednak jest ona bardzo prostą. Ustawa Staszica nakazuje najwyraźniej nabywanie nowych włości i włączanie ich do stowarzyszenia. Gdybym stał na jej czele, niepozwoliłbym nigdy, aby dobra Orłowskie, leżące w samym środku naszej demokratycznej rzeczypospolitej, w obce przeszły ręce. Zarząd nie dba o to, zresztą być może, iż niema w tej
chwili dostatecznych funduszów. Czyby jednak hrabia Morski, który i tak sumę szacunkową przemarnotrawi szybko, nie mógł przyjść radzie zarządzającej z pomocą, proponując sprzedaż na raty. Część kapitału zostawiłby poprostu na gruncie, a z czasem wycofał, lub nawet włączył może do sum Staszicowej fundacyi. Wszak niema spadkobierców, ani obowiązków; czyż więc całą spuściznę, przez długie pokolenia zbieraną, a przy pomocy krwawej pracy ludu naszego zdobytą, mają nieodwołalnie pochłonąć karty, wiedeńskie kluby i angielskie wyścigowce? Czy lud ten właśnie nie mógł-by z pańskiej fortuny, hojną rorzucanej garścią, posiąść chociażby okruchów? Wszak tysiąc rubli zapłacone, za wyżła, który, przyjechawszy tu z Londynu, zdechł nazajutrz, są grzechem, wołającym o pomstę do nieba, bo za nie możnaby kilku rodzinom byt i szczęście zapewnić.
— Śliczna myśl — zawołała Terenia — ale jak ją wykonać?
— Tu właśnie odwołuję się do pani; poddaj mu ją, panno Tereso. Najgorszy człowiek miewa chwile, w ktorych idzie za dobrem natchnieniem. Hrabia zawinił względem was srodze i czuć to musi; kto wie, czy wzgląd ten nie każe mu uledz twej prośbie? Wszak nie tracąc nic, albo niewiele, może imię swoje przekazać obok Staszica. Próżność połechtana wiele nieraz może, wymowa pięknej kobie-