Strona 44
sów tych dobrać się dopiero. W tejże chwili na pro gu stanął Jerzy, a objąwszy bystrem okiem śliczny obrazek, ujrzawszy na tle skromnego zakątka, w którym tyle lat życia przepędził, postać wyśnioną w marzeniach tylokrotnie tutaj widzianą, dziwnie uczuł się wstrząśniętym. W oczach jego szalona, gorąca błysła radość, poczem pobiegły one nagle do wizerunku matki, jak gdyby cień jej wzywając na pomoc, i opadły ku ziemi, a w rysach sprzecznemi nacechowanych uczuciami, wstrząsający odzwierciedlił się smutek.
W tej chwili Terenia, odwróciwszy główkę, ujrzała go w progu, wspartego o framugę: nie zdziwiona zaś bynajmniej jego obecnością, patrzyła z dziwnym jakimś wyrazem na rysy młodego człowieka, które obok spuszczonych powiek, wyraz zgnębienia i bólu wyrażały w tej chwili. Wejrzenie jej pobiegło znów mimowoli ku portretowi zmarłej. Z tym wyrazem smutku trawiącego, jakżesz Jerzy zdawał się zdumiewająco do matki podobnym. Boże, czyżby to był ten sam cień śmierci przedwczesnej? Drgnęła. Obok braterskiego dla Jerzego przywiązania, sercem jej po raz pierwszy wstrząsnęło jakieś gwałtowniejsze uczucie, szarpnął ból nieznany. Nie, zacóżby ich Bóg miał karać? Zresztą, ona by go własnem życiem ocalić potrafiła Wszak tyle zawdzięczali Kotwiczowi — dodała — jakby tłomacząc się przed sobą.
W tej chwili magnetyczną silą wzroku jej zbudzony z bolesnej walki wewnętrznej, Jerzy podniósł powieki i oczy ich spotkały się z sobą. Pomimo odległości całego pokoju, patrzyli tak czas jakiś, on — z duszą skoncentrowaną w źrenicach i długo tłumione wypowiadającą uczucia, ona — z lekkiem pomięszaniem i zdumieniem, jak gdyby potęgę tę niemą po raz pierwszy odkryła i zrozumiała.
— Panie Jerzy — wyszeptała wreszcie cichutko. Młody człowiek jednym ruchem znalazł się przy-
niej. I znów stali chwileczkę w milczeniu. Kotwicz z głową podniesioną i wzrokiem obejmującym gorąco, idealnie piękną jej postać; dziewczę — na krześle, z rączkami wspartemi o wysoką półkę szafy, z kibicią lekko przechyloną i czarnemi oczyma w niego utkwionemi.
— Panie Jerzy — wyrzekła wreszcie — wskazując na portret — czy pan pamiętasz swoją matkę?
Pytanie to otrzeźwiło go.
— Bardzo słabo — odparł ręką przesunąwszy po czole i oczy na wizerunek kierując. — Wiem, że piękna i dobra, umarła przedwcześnie...
— A mówiono panu z jakiej przyczyny?
— Ojciec wspomniał mi kiedyś, iż cierpienie piersiowe, zaostrzone zostało pierwszem i ostatniem z nim nieporozumieniem. Święta podobno i anielsko czysta kobieta, dotknięta ze strony męża wymówką, a zbyt dumna, aby się z zarzutu tłomaczyć,
dostała gąrączki, która śmierć przyspieszyła. Ojciec mój zapóźno przekonany o niewinności jej, byłby słowa wypowiedziane chętnie życiem okupił; pamięć też ich złamała go i włosy przedwczesną przypruszył siwizną.
— Aha, więc tak było; i ja coś o tem słyszałam — wyszeptała.
— Skąd pani kwestya ta przyszła na myśl?
— Bo stojąc tam o drzwi wsparty, wydałeś mi się pan dziwnie do matki podobny.
Na chwilę zamilkli, następnie Terenia odezwała się, jakby do siebie:
— Zbyt dumna, aby się tłomaczyć, wolała umrzeć; duma więc zabiła ją poniekąd... Nie rozumiem takiego uczucia; chyba nie kochała pańskiego ojca.
— Miłość nie wyklucza godności własnej — odparł. Przeciwnie, tu więcej, niż gdzie indziej, stanowi ona najsilniejszą tarczę niewinnych i... ubogich
— dodał ciszej.
— Ubogich? A przeciw czemuż ma ich osłaniać? Przeciwko sercu i szalonym jego porywom,
tam gdzie godność osobista poddawać im się nie pozwala.
Patrzyli czas jakiś w milczeniu na siebie. Z oczu Tereni można było sądzić, iż zaczyna teraz dopiero rozwiązywać niepojętą dla siebie zagadkę.
— Więc pan zasklepiony w dumie swojej, także byś prędzej umarł, niż...
— Niż złamał milczenie, które poczucie honoru i uczciwość nakazują mi zarówno — uzupełnił Kotwicz stłumionym głosem.
— Cóż za przesadne rycerskie pojęcia — wyszeptała.
— Rycerskie? Nie, to tylko ambicya chłopa, należyte pojęcie własnego stanowiska ze strony człowieka, który będąc dziecięciem przez długie wieki pogardzonego ludu, po nad zacne, lecz nie znane nazwisko i własną pracę, nic na szerokim świecie nie posiada.
We wpatrzonych w niego, aksamitnych źrenicach dziewczęcia, wilgotny blask zajaśniał.
— Dzielny z ciebie człowiek, panie Jerzy. Chciałabym być twoim przyjacielem, lub istotą, która dumę tę złamać potrafi — dodała cichutko.
Odwróciła główkę i ująwszy dwa słoiki, wyciągnęła je ku niemu żywo.
— Bierz pan — zawołała.
Stał jak przykuty, nie wiedząc czemu wierzyć, czy łezce, którą zdawało mu się, że dojrzał przed chwilą na czarnych rzęsach, czy temu nagłemu przeskokowi do tonu żartobliwego dziecka.
— Miód i suszone śliwki, bierz pan, bardzo dobre przysmaki — mówiła głosem przekonywającym, wyciągając ku niemu dwa słoiki, papierem owiązane-
W oczach jej, wbrew prozaicznem słowom, nieukrywane równocześnie błyszczało rozrzewnienie.
Jerzy, w głębię tych źrenic wpatrzony, słoiki ujął, lecz usta jego nagłym ruchem spoczęły nabiałej, trzymającej je rączce.
— Ostrożnie, bo się miód roztopi — zabrzmiał od progu żartobliwy, pewnem jednak rozdrażnieniem brzmiący głos starego Kotwicza.
Czoło Jerzego ciemna oblała purpura; Terenia, pochwyciwszy orzechy i dzbanuszek z poziomkami, żywo zeskoczyła na ziemię.
— Już gderasz, dziaduniu — zawołała — za to, że królewską szykujemy ci ucztę! Skoro tak, masz, nieś to sam za karę,
I wtłoczyła mu w rękę dzbanek z poziomkami, a zaśmiawszy się, orzechy pędem strzały pod lipę poniosła.
Starzec chmurnem pogonił za nią okiem.
— Czcza zalotność, czy głos serca... gra to zawsze niebezpieczna — wyszeptał, zwracając się zaś do syna, spojrzał mu prosto w oczy.
— Jurek! — z surową wyrzekł powagą — co ma znaczyć ta scena? Jeżeli czułości twoje są żartem, ubliżasz niemi pannie Opolskiej; jeżeli brane na seryo, tem gorzej dla nas, bo ubliżasz sobie. W jednym jak w drugim razie, bolesna odprawa strąci cię do roli zarozumiałego pyszałka i na zawsze z domu ich wypędzi.