Strona 43
I ucałowawszy ze czcią rękę pani Opolskiej, przybliżył się do koziołka, na którym Terenia wciąż jeszcze lejce trzymała, oddał je nadbiegającemu chłopakowi, a wyciągnąwszy atletyczne swe ramiona, ujął obiema rękami dziewczę wpół i na ziemi postawił.
— Boże święty! — zawołał żartobliwie, choć z pod krzaczastych brwi siwych rozrzewnienie mu błyskało, — waży to tyle, co dobre kurcze, a ludziom w głowach zawraca.
Terenia złożyła dyg figlarny.
— Czy i dziaduniowi także? — pytała z przymileniem.
— Oho, my stara gwardya, umiemy się trzymać, zresztą co tam bałamutkom po takim chłopskim inwalidzie? Ale mam ja za to moją policyę i wiem, kto to w Orłowie królował niepodzielnie.
Panna Opolska, zatykając obiema rączkami różowe uszki, szybko uciekła pod lipę.
— To pan dla tego zagadywał o Orłowie — wolała do zdążającej za nią pary — by się zemną nie podzielić przygotowanym tu podwieczorkiem.
Na stole, zasłanym białą, domowej roboty serwetą, stała czarka kwaśnego mleka, sól, masło i czarny, tak zwany sitny, chleb, z którego nasmarowana kromeczka przygotowaną snać była dla siwowłosego gospodarza.
— Taki podwieczorek dla pani? A czyż jabym śmiał gołąbko moja, prosić cię na niego.
Dziewczę odłamawszy tymczasem bez ceremonji kawałek nasmarowanej kromki, białe ząbki ochoczo w nią zapuściło.
— Ja właśnie taki lubię; zresztą, mój dziadziu poco te formy? — dodała wesoło — niby to my w Opolu bażantami cię częstujemy?
W tem bystre oko jej dojrzało porzuconą na ławce książkę i rączki chciwie tomik chwyciły.
— A, mości Kotwiczu — zawołała — złapałam pana na gorącym uczynku! — Wszak dowodzisz zawsze, że nic nie czytujesz, że ogród i pasieka, pole i puszcza leśna, to najmilsza dla ciebie księga.
— O wiele wymowniejsza nad wszelkie ludzkie słowa — przyznał z uśmiechem. — Poezya jej tak mi też wystarcza, iż wierszy, ani romansowych banialuk nigdy do ręki nie biorę. Jednakże są książki, które czytuję i które pani "zalecam. Tę właśnie Jerzy powinien był do Opola zawieść.
— Och, pan Jerzy! — wzruszyła ramionami — nie widujemy go teraz wcale. Musiała-bym go chyba sama szukać.
Rysy Kotwiczą zasępiły się nagle.
Widzisz więc, dziaduniu — skarżyła się — iż pan Jerzy nie mógł mi książek udzielać, choćby dla tego, że w ostatnich czasach tak zobojętniał na
wszystko, jak gdyby już żadnych zamiłowań i dążeń nie miał.
— Lub posiadane ukrył dokładnie — zabrzmiał obok głos pełen młodzieńczej siły.
— Jurek! — wybiegło na usta starego Kotwiczą nutą serdeczną i dłonie ojca wyciągnęły się ku niemu.
Młody człowiek jednak, którego rysy pobladłe poważniejszymi się, niż zwykle zdawały, powitał najpierw panią Opolską, poczem, złożywszy ukłon Tereni, do starca się dopiero przygarnął.
Kotwicz patrzał na nich z niepokojem. Bystre, doświadczeniem zaostrzone jego oko, widziało w obliczu syna ślady walki wewnętrznej i jakąś gorzką, nieznaną im dotąd posępność. Obowiązek jednakże kazał mu słuchać pani Opolskiej, która opowiadając drobne swe kłopoty, spostrzegła ze zdumieniem, iż sprawy w jakich przyjechała szukać rady, z góry już przez niego obmyślone i załatwione były.
Terenia wyciągnęła tymczasem rączkę ku Jerzemu.
— Obraziłam pana, jak widzę — zauważyła. — Skoro tak, gotowa jestem przyznać z góry, że masz aspiracye, tylko je trzymasz w tajemnicy przedemną.
— Bo też tak być powinno — odparł z cicha. — Co zaś do obrazy, ta względem pani była by niemożliwą.
— Nawet gdy-bym panu przykrość wyrządziła?
— Nawet gdy-byś mi pół duszy wyrwała.
— Spróbuję zabrać ją...
— Zapóźno — stłumionym wyrzekł głosem. Panna Opolska, która do rozmowy tej zdawała
się głębszej nie przywiązywać wagi, zwróciła się nagle ku sędziwemu gospodarzowi domu.
— O, niegościnny człowieku — mówiła wesoło — czyż muszę koniecznie sama upomnieć się o podwieczorek dla zgłodniałej rzeszy? Tak się przymawiałam ładnie i wszystko napróżno; sądziłeś widać, że tą skórką chleba pozbędziesz się nas zupełnie.
— Cóż za niedołęga ze mnie! — zerwał się stary Kotwicz. — Ale może panie do pokoju pozwolą?
— Zamknąć nas, dziaduniu, w czterech ścianach wobec zielonego sklepienia tej lipy? Nie, to było-by barbarzyństwo! Daj tylko pozwolenie, a ja wam tu wnet podwieczorek urządzę.
— Czyż ja bym śmiał, panno Tereso...
Dziewczę jednak nie słuchało oporu. Pochwyciwszy pęk kluczy, zniknęło na progu dworku. Stary Kotwicz chciał pobiedz za nią, słowa pani Opolskiej powstrzymały go wszakże.
— Pozwól jej pan gospodarować — mówiła — będzie w swoim żywiole, a my tymczasem sprawy naszę zakończymy.
Terenia zdawała się tu, jak u siebie. Wpadłszy żywo do kuchni, przywitała się ze starą gospodynią kotwiczą, a poprosiwszy o więcej mleka i talerzy,
sama pobiegła do dużej jadalni. Był to pokój widny, z czyściutko wymytą podłogą i jasnemi u okien firankami, a duży na biało lakierowany stół w pośrodku, takież szafy i krzesła do koła, uzupełniały skromne umeblowanie, ożywione tylko akwarelami przez Jerzego robionemi i dużym portretem pięknej, młodej kobiety, z fotografii widocznie wykonanym. Smutne, piętno śmierci noszące na sobie rysy jej" uderzały dziwnem podobieństwem do młodego Kotwiczą.
Panna Teresa zatrzymała się, a wielkie czarnejej źrenice z jakiemś rozrzewnieniem spojrzały w oczy przedwcześnie zmarłej kobiety. Była to jego matka, dziewczę wiedziało, iż zgon jej rzucił cień niezatarty na życie starego Kotwiczą, że łączył się z nim przełom moralny, który kazał mu zamknąć się odtąd w ciasnym tym dworku, dla maluczkich żyjąc jedynie.
— Juraś! — zabrzmiało w tej chwili z pod lipy.
Terenia drgnęła i pochyliwszy główkę, jak gdyby przed portretem uklęknąć chciała, odskoczyła z obawy snać, by jej kto nie zastał tutaj i szybkogospodarzyć zaczęła.
Otwarta szafa zabłyszczała skarbami domowych przysmaków, wśród których miód i orzechy najwięcej pociągać się zdawały. Stały jednak tak wysoko iż panna Opolska musiała, przystawiwszy krzesło, wejść na nie, by podniesionem! rączkami do zapa-