Strona 42
XI.
Mazur ten, będący dla Tereni i Jerzego jednym poematem, przez własną wyśpiewanym duszę, stał się hrabiemu Morskiemu przysłowiową solą w oku, która więcej gryzie i pali, niż ból gwałtowniejszy, a krócej trwający. Wiedział, że dziewczę zachowało taniec umyślnie, a na dobitkę niezręczny Moryś, nie zapytawszy o zdanie pana domu, zadyrygował, iż ci sami tancerze prowadzą damy do kolacyi, hrabia więc, rad nie rad, nie chcąc robić sceny, musiał podać ramię pani Opolskiej.
Widok jednak wesela i swobody, z jaką młody Kotwicz korzystał z chwil tych, pełnych upojenia, wyraz głębokiego zadowolenia w ślicznych rysach Tereni, wreszcie sympatya, jaką towarzysze i sąsiedzi otaczali rej wiodącego Jerzego, wszystko to drażniło go w najwyższym stopniu i podsycało niechęć
jego ku śmiałkowi, którego postanowił ukarać; podniecało chorobliwą, na obrażonej miłości własnej opartą namiętność ku pięknej, lodowatej parafiance, która nad niego, nad lwa salonów stolicy, wyrafinowanego w buduarowych intrygach, ośmieliła się syna prostego chłopa przenosić.
Zręcznie rzucane szyderstwa i sarkazmy Kruzenberga rozdmuchiwały jeszcze ten ogień wewnętrzny. Potrzebował całej siły, aby nie wybuchnąć i nie zdradzić się słowami, które — czuł to dobrze — na zawszeby mu już drogę do Opola zamknęły.
Krótki sen po balu niewiele mu przyniósł krwi zimnej. Widział w nim ciągle dorodną, tryumfującą postać Jerzego, a obok wysmukłe dziewczę w białej szacie, płynące z istną poezyą ruchów w rytm muzyki, która ręce ich i postacie splatała od czasu do czasu, jakby w tkliwym uścisku. Hrabiemu krew uderzała do głowy; byłby w stanie w chwili tej największe popełnić szaleństwo. Kto wie, czyby się nawet nie oświadczył o Terenię, on, który dotąd szydził z ludzi, zaprzedających się w niewolę hymenu, a sam myślał z czasem co najmniej po udzielną sięgnąć księżniczkę.
Jakby na dobitkę, baron stanowczo postanowił wyjechać, chcąc więc zakończyć interes, trzeba było pokazać mu dokładnie majątki, zająć się wykazami i obliczeniami, wstrętnemi dla Morskiego. Sama grzeczność przytem nie pozwalała gościa opuszczać,
co przez dni kilka trzymało go zdala od Opola, w coraz gorszy wprawiając humor.
Jerzy po owej nocy balowej, pełnej upojenia i zachwytu, także się zamknął u siebie, Szlachetna, lecz wyczerpująca siły moralne walka z własnem sercem, strącała go wobec ukochanej kobiety do roli biernej, odbierała całą energię, podcinała skrzydła, nie pozwalała mu być sobą. Uczucie, tłumione siłą woli, mściło się na nim samym; i on, który wsparty poczuciem miłości, sądził się dość mocnym, by złamać wszelkie światowe przeszkody, by istotę wyśnioną wywalczyć sobie i zdobyć kosztem nawiększych choćby ofiar, tu, stał bezsilny, oko w oko z widmem honoru i godności własnej, które mu po skarb ten nie pozwalały ręki wyciągać. Poczucie uczciwości, wola ojca, przysięga wreszcie samemu sobie złożona, kładły mu pieczęć na usta, pieczęć nierozerwalną, szlachetną, nieugiętą, jak duma ubogich i jak ona świętą.
Zwycięzca w walce z samym sobą, Jerzy mógł jednak powtórzyć za Lessingiem; "Nie każdy, kto drwi ze swych kajdan, wolnym nazwać się może. łrzeciw więzom tym bowiem, dobrowolnie nałożonym, cała się jego buntowała natura. Na chwilę nawet przyszła mu myśl, iż kto wie, czy łamiąc życie, własne, nie dotyka również uczuć Tereni; przypuszczenie to jednak odrzucił natychmiast, bo i jakież miał do niego podstawy? Była dobrą dla niego
okazywała serdeczną przychylność i życzliwość — ależ wychowali się razem, zastępował jej prawie brata! Czyż więc dla tego, iż zapominała o dzielącej ich różnicy stanowisk, pochodzenia i majątku, miał jak zarozumialec fałszywe z zachowywania się jej wyprowadzać wnioski?
Zarówno gwałtowne uczucie Morskiego, jak uwielbienie Kruzenberga nie były mu obce, a jeżeli boleśnie szarpały sercem, to z drugiej strony miłość Jerzego zbyt szlachetnych i idealnych sięgała wyżyn, by ulegać podszeptom samolubnego egoizmu. I owszem, ludzie ci zdołaliby jej dać tytuły, rniljony, a może i szczęście, jemu zatem pozostawało tylko trwać nadal w roli biernej, i, czuwając nad nią z daleka, o ile możności na plan dalszy się usuwać.
Zarówno więc hrabia, jak Jerzy, przez dni kilka nie pokazywali się w Opolu. Świętojańska rata Towarzystwa i w ślad za nią idące żniwa zbliżały się tymczasem, tak, iż zmuszona w kłopotach gospodarskich zasiągnąć rady doświadczonej, pani Jadwiga zaproponowała córce wycieczkę do starego Kotwiczą. Projekt przyjęty został ochotnie, i w pół godziny później zręczny wolancik, ręką panny Teresy kierowany, wiózł ją i matkę ku malowniczej, w cichem ustroniu położonej Leśniczówce.
Rzucona samotnie na tle puszczy ciemnej, skromna ta, stumorgowa sadyba, zamieniona dzięki skrzętności i pracy właściciela we wzorową fermę, nader
mile czyniła wrażenie. Nie była to już zwykła, a zamożniejsza tylko od innych osada włościańska, lecz prędzej typowy dworek szlachecki, mały niepretensyjonalny, wzamian jednak wzorowem otoczony gospodarstwem. Stary Kotwicz, rozkochany w pracach rolnych, wziął sobie za zadanie wytworzyć z Leśniczówki przez wprowadzenie wszelkich możliwych ulepszeń i wynalazków, istny model małego folwarczku, który okoliczni wieśniacy mogliby naśladować, stosując u siebie tu już wypróbowane zmiany. Każda więc piędź ziemi, każdy zagon był starannie zużyty i wciągnięty w rachubę; rozumnie zaś prowadzone ogrodnictwo i wielka pasieka, stanowiły znaczną gałęź dochodu, pomnażając ład, porządek i dostatek, skrzętną podtrzymywane pracą.
Gdy kabryolecik pani Opolskiej zatoczył się przed ganek winem opleciony, turkot i warczenie wielkiego psa zbudziły z zadumy sędziwego gospodarza, który, siedząc pod naprzeciw leżącą wielką lipą, zmęczony, od pracy wracał widocznie. Gruba jego, choć kształtna ręka, podniosła się do oczu, od blasku je chroniąc, a gdy poznał przybyłe, wyniosła postać wyprostowała się i zapinając płócienny kitel pod szyję, starzec raźno ku wolancikowi poskoczył.
— Niech będzie pochwalony! — zawołał z serdecznem brzmieniem radości. — A toż moja chata podskoczyła do góry na widok takich gości.