Strona 41
tej sielance, co jak powierzchnia cichej wody, czysta, spokojna i przezrocza, kryła jednak toń niezbadaną i na dnie, rwącym swym prądem, coraz głębsze ryła łożysko, aż z czasem nurtem potężnym, miała oba unieść ich życia.
Metamorfoza Tereni z uroczej, figlarnej towarzyszki zabaw dziecięcych w imponująco piękną królowę balu, była pierwszą chmurką na niebie mozolnie pozyskanego przez Kotwicza spokoju. Patrząc na ten posąg cudowny, tchnieniem poezyi ożywiony, poczuł dziwny w sercu niepokój. Chciałby ją był porwać, unieść i światu niepokazać. Unieść? Gdzie? Czy do Kaliny? Jakżeż by ta bogini w perłach i gazie srebrzystej, z pękiem lilii wodnych w ręku, sama do lilii śnieżnej podobna, wyglądała w skromnych, ciasnych pokoikach małego folwarczku? Jęk jakiś, w śmiech gorzki zmieniony, wybiegł mu na usta i młody chłopiec otrzeźwiał odrazu. Honor, obowiązek, złożona samemu sobie przysięga; wszystko to błysnęło mu w myśli i oprzytomniło do reszty; niechcąc jednak powtórnie uledz podobnej słabostce, postanowił trzymać się dzisiaj zdala od Tereni. Liczne zebranie, gwar i zamęt dopomagały do tego; sądził, iż otoczona nie spostrzeże nawet braku jego hołdów. Tańczył też i rozmawiał z innemi, a oczy tylko nieposłuszne biegły w stronę czarnobrewej, srebrem lśniącej, a kruczymi splotami uwieńczonej czarodziejki.
Pól nocy upłynęło w ten sposób. Drugi kadryl kończono już, Jerzy zaś nie biorący w nim przypadkiem udziału, a zagłębiony we framugę firanką przysłoniętego okna, mógł z całą swobodą śledzić ruchy tańczących, choć Coprawda, z pośród tych par strojnych i licznych widział jednę tylko. Terenia uśmiechnięta, promienna, suwała się lekko, gawędząc równocześnie z nieukrywającym uwielbienia swego Kruzenbergiem. Czarne jej oczy nie opuszczały go ani na chwilę prawie; książę finansów też zdawał się bawić wybornie. Jerzego drażniło to, lecz równocześnie gniewała go własna małoduszność. Rozpocząwszy z nią utarczkę, nie spostrzegł, iż kadryl skończył się tymczasem, a pary na dawne wracały miejsca.
— Biedny śmiertelnik zostaje znów strącony do ciemni Erebu, — posłyszał Jerzy żartobliwy głos barona, odprowadzającego tancerkę.
— Dla czegóż aż tak głęboko? — zaśmiała się wesoło.
— Przysłowie perskie mówi, iż "piękność kobiety jest promieniem Boga", gdy więc blask ten mnie opuści...
— Odzyskasz pan tylko jasność sądu, — wtrąciła szybko. — Aby zaś równie błogą chwilę przyspieszyć, "promień" uwalnia cię, baronie od dalszej wędrówki, a sam spróbuje rozjaśnić czarny humor tego tu samotnika.
I pożegnawszy wdzięcznem skinieniem Kruzenberga, rączką uniosła firankę, by nagle stanąć przed Jerzym.
Spojrzeli oko sobie w oko.
Młodzieniec drgnął i jak winowajca głowę na piersi opuścił.
Terenia badawczo, z jakimś odbłyskiem sprzecznych uczuć, patrzyła na niego sekundę, poczem atłasowym pantofelkiem lekko o posadzkę uderzyła.
— Co pan tu robisz? — zapytała. — Czy sądzisz że koronkowa firanka stanowi pustelnię, po za którą mizantropię doskonale ukryć można? Uprzedzam cię, zdradliwa, jak wszystko, co kobiece nosi imię, ani jednego z chmurnych twych spojrzeń przy sobie nie zatrzymała.
Jerzy, opancerzony już siłą woli, spokojnie podniósł powieki.
— Alboż kobiety są zdradliwe? — zapytał.
— Rzecz prosta... skoro umieją uśmiechać się do barona, a myśleć o niegrzecznych bajronistach, którzy wolą samotne rozpamiętywania nad jeden choć by ze mną taniec.
Pomimo minki nadąsanej i pozornego żartu, w tonie jej dźwięczała nuta serdeczna, która mimowoli wzruszyła Kotwicza.
— Sądziłem, iż Wobec tylu hołdów...
— Bez pańskich obejdę się zupełnie, słuszna, uwaga. Ale ze mnie takie drapieżne stworzenie.. Patrz pan...
W rączce jej, obnażonej po skończonym kadrylu i lekko zmęczeniem zaróżowionej, błysnął karnecik z kości słoniowej.
— Pierwszy mój mazur na wielkim balu... z kim innym nie chciałam go tańczyć i — schowałam dla pana.
Jerzy, nachyliwszy się, by sprawdzić napis, głęboko w oczy jej spojrzał.
Rozsądne postanowienia pierzchnęły; w piersi mu zagrało, w źrenicach nagłe przybiegły płomienie i pchane bezwiednym popędem usta na rączce tej, trzymającej przed nim kartkę białą, gorący złożyły pocałunek.
— Dziękuję — wyszeptał. Tereni nie było już przy nim.
Stała o kilka kroków, zasłuchana w słowa jakiegoś prostodusznego młodziana, który, widząc wargi dziewczęcia rozchylające się w rozkosznym uśmiechu, oraz dziwny promień rozrzewnienia i tkliwości w czarnych oczach, raczył jej zaofiarować z kolei wszystkie kontredansy i mazury, poczem zauważył do siebie:
— Ładna, nie ma co mówić. A jak umie patrzeć, aż mię mrowie przechodziło; przytem kuzynka hra-
biów Morskich... Żeby tak większy posag, kto wie... szkoda, że potrzebuję gotówki.
Gdy mazur, zabrzmiawszy porywającym swym rytmem, zgromadził pary na środku, długie rzęsy Tereni podniosły się ku Jerzemu.
— Czy gniewasz się pan na mnie? — zapytała.
— Szczęśliwy jestem, — stłumionym wyszeptał głosem.Śliczne jej rysy opromienił wyraz cichej radości.
— Trzeba cię, widzę, panie Jerzy, wbrew własnej twej uszczęśliwiać woli, — odparła cichutko, główka jej bowiem, ruchem tańca wiedziona, tuż przy jego piersi znalazła się w tej chwili.