Strona 40
— Ostrożnie, panie Eustachy — zaśmiał się bankier. — Piękne parafianki mają tę wadę, iż biorą życie poważniej od nas; lekką galanteryą do niczego tu nie dojdziesz. Panna Opolska wygląda na tragiczną bohaterkę; można też z góry odgadnąć, iż sercem jej zdoła tylko wstrząsnąć wielkie uczucie, lub wielka ambicya. Pierwszego ludzie w naszym wieku nie umieją już wzbudzić; ku drugiemu ołtarz i stuła jedyną są drogą.
— Jak widzę, baronie, Terenia zaciekawiać cię musi, skoro studyujesz ją tak sumiennie — szydził Morski.
Kruzenberg wzruszył ramionami.
— Cóż chcesz! Według indyjskiego przysłowia, Stwórca dwa popełnił błędy, tworząc złoto i kobietę; ale ja błędów tych nie myślę potępiać. Kocham złoto i kobiety, więc znać je muszę, tylko — wolę operetkę, niż tragedyę.
— Operetkę... wydekoltowaną — podsunął hrabia Eustachy.
— Tę, na której spotykaliśmy się tak często — zaśmiał się wytworny finansista. — Lubię wesołość przedewszystkiem; w oczach zaś pupilki twojej umiem sobie tylko lodowy chłód, lub żar wyobrazić. A jednak spójrz — dodał nagle — jaki promień tkliwości spływa z nich w tej chwili na Kotwicza. Stanowczo nie jest arystokratką. Syn pro-
stego chłopa dokona podobno tego, czego-by żaden z nas nie potrafił.
Hrabia Morski poruszył się, jak gdyby mu kto żelazo rozpalone do serca przyłożył. Rachuby na Kruzenberga mało go w tej chwili obchodziły, szyderstwo zaś dopięło swego. Zerwał się i w stronę rozmawiających skierował.
— Phiu! — świsnął po cichu bankier — dogodziłem mu. Ten człowiek nie czuje nawet, iż wpada powoli w szpony namiętności. Miła to rzecz; każdy głupieje przy niej do reszty. No a kto zazwyczaj nie wiele miał rozumu tego w podobnych warunkach jak wosk miękki zgnieść potrafię. W tych dniach dobijam interesu i wyjeżdżam; willegiatura i tak kolosalne może mi przynieść zyski. On by to wcześniej czy później zmarnował, a ja utrzymać potrafię. Kto wie, gdyby ta mała miała znany jaki tytuł, możebym się z nią sam później ożenił. Jest dumna, musi więc być ambitna, a dwóch Kruzenbergów nie ma w kraju. Wcale nieźle reprezentowałaby firmę i baronowstwo; ale na to czas jeszcze.
— Jakżeż panu baronowi, przybywającemu z wielkiego świata, wydało się nasze hrubieszowskie? — zabrzmiał obok głos jednego z współbiesiadników. — Czy traci na porównaniu?
— Broń Boże! patrząc na to świetne zebranie, doznaję takiego wrażenia, jak gdybym mocą lasecz-
ki czarodziejskiej przeniesiony został do najpierwszych salonów paryskich.
— O, ja nie o tem już mówię — przyznał szlachcic z cala powagą — ale ziemia bogata, panie, nieprawdaż?
— Istne Eldorado; co do mnie przecież wyznać muszę — objaśnił bankier z właściwą mu wielkopańską powagą i szlachetnem brzmieniem szczerości — iż cenię samo przywiązanie do ziemi bez względu na to, czy jest ona biedna, lub bogata.
— Dzielny człowiek — myślał szlagon później. — Powiadają, że "z naszych. " No, jeżeli tak, to jak Boga kocham, niema jak assymilacya. Kraj zyskuje od razu żydowskie miliony i jednego obrońcę więcej.
Wytworny finansista powiódł tymczasem okiem po sali, przedstawiającej barwny i uroczy widok. Rzęsiste światła, woń kwiatów, istna orgia barw żywych, błysk ramion śnieżnych i dyamentów iskrzących się snopami promieni, wszystko to mogło upoić. Baron zbyt jednak dobrze znał widok podobny, by się poddawać jego urokowi. Dla niego muzyka nie była tu pieśnią zachwytu, lecz mierną, fałszywie czasem grającą orkiestrą, zabawa — złem koniecznem, któremu poddawał się faute de mieux. Trzeźwe też jego oczy badały spokojnie obraz ruchliwy; widziały Morskiego, który wywiedziony w pole żartem jego, nie znalazłszy Jerzego przy Tereni, stał teraz
wśród grupy panów; błysnęły złośliwie spotkawszy wydekoltowaną, wyperfumowaną, przesadną postać pracującego w pocie czoła Morysia, przesunęły się po ukrytym w cieniu portyery Kotwiczu i wreszcie idąc za kierunkiem jego wzroku, zawisły na pięknej, w wirze tańca unoszącej się Tereni.
— Marzyciel — wyszeptał. — Nie dojdzie nigdy do niczego; w głowie roją mu się wielkie projekty, a w sercu miłość. Nie wie, iż zakochać się, to zbytek, na który nie każdy może sobie pozwolić. Jeżeli kupię Orłów, mocą wielkich haseł zyskam w nim nader użyteczne narzędzie.
— Fipciu, tu danses? — zabrzmiał obok niego cienki, stłumiony dyszkant.
— Non, maman — odparła grubym szeptem szpetna jakaś dziewica, spuszczając skromnie więcej, niż trzydziestoletnie powieki.
— Wysuń się naprzód, może kto prędzej przyjdzie — nauczała mama w rodowitym już języku — i wachluj się, tak, aby te zawistne gąski myślały, że odpoczywasz po zmęczeniu.
— Trzeba sobie wszędzie zjednywać przyjaciół — pomyślał bankier, a zwróciwszy się złożył ukłon przed nadobną.
— Mademoiselle, puis je solliciter l'honneur d'un tour de valse! — zapytał.
Zaawansowana w liczenia wiosen swych dziewi-
ca, powstała z wdzięcznością, a równocześnie troskliwa jej rodzicielka mówiła do sąsiadki.
— Fipcia tańczy z baronem Kruzenbergiem, z tym prawdziwym, wielkim Kruzenbergiem. Bardzo dystyngowany i szlachetny człowiek.
— Podobno pochodzi z żydów?
— Ale cóż znowu, to plotki zawistne. Miliony jego kolą w oczy i stąd go obmawiają. Wiem z autentycznego źródła, że to stara szlachta saska. Jeden z przodków barona słynął przecież męztwem i wpływami podczas trzydziestoletniej wojny jeszcze.
Trzeźwy finansista umiał grzeczności swoje na dobry umieszczać procent.
Jerzy Kotwicz wbrew swej własnej woli, a na wyraźne tylko żądanie ojca i naleganie pani Opolskiej będący tu dzisiaj, dziwnego doznawał wrażenia. Równowaga, odzyskana po owej samotnej na Bogu z własnem sercem rozprawie, groziła nowem zachwianiem. Wyspowiadawszy się przed sobą z najgłębszych tajników duszy, sądził, iż silniejszym będzie nad bezwiedne, ciche, lecz potężne uczucie, które z coraz większą mocą w sercu się jego budziło. Duch, posłuszny woli potrafił je opanować chwilowo i Jerzy, złudzony tym pozorem własnej siły, przybywał, jak dawniej do Opola, gdzie wspólne wycieczki gra i czytanie, ułudna kraina pieśni, i księga przyrody, zbliżały ich coraz bardziej, nadawały czar nieporównany temu braterskiemu uczuciu