Strona 4
ca to nie na takie malutkie dłonie; niech mi wolno będzie dopomódz pani.
Dziewczę skinąwszy w milczeniu głową, usunęła się na bok nieco.
— Wszak pani pozwoli wyręczyć się? — pytał z ręką, wspartą na wrotach, pochylając ku niej zalotnie twarz, rudawemi zdobną faworytami.
— I owszem, wdzięczną będę za tę drobną przysługę — brzmiała zimna odpowiedź.
— Cudowny wieczór, nieprawdaż? — ciągnął hrabia. — A co za poetyczne otoczenie! Stworzone do marzeń dla pięknej kobiety. Nie znalem dotąd okolicy tej; dziś wszakże niebo chciało snać obraz jej wyryć w myśli mej na zawsze, skoro mi pozwoliło na tle zachodu ujrzeć wspaniale wschodzącą gwiazdę.
— Racz mi pan pozwolić przejść — zabrzmiał zimny głos nieznajomej.
Hrabia lekko uniósł i popchnął wrota.
— Szczęśliwym będę odprowadzając panią — mówił najsłodszym swym głosem.
— Dziękuję, ale jestem u siebie w domu prawie-
— Piękna kobieta sama o tej porze, wśród pól i zmroku? Za kogoż nas pani masz, skoro sądzisz, że pozwolimy na to? Królowe stworzenia mają prawo do honorowej straży przybocznej.
Wyniosłym zmierzyła go wzrokiem.
Proszę, pozwól mi pan przejść — powtórzyła.
Hrabia usunął się mimowoli pod siłą karcącego tego wejrzenia, zaledwo jednak dziewczę minąwszy wrota, znalazło się wśród wiodącej do dworu alei, Morski ponownie stanął przy niej:
— Gwiazdom pierwszorzędnej wielkości towarzyszą zwykle satelity — mówił z przesadną galanteryą. — Niechże i mnie ta sama rola przypadnie w udziale; a może piękna moja gwiazda z blasku swych oczu, choć jeden łaskawy rzuci mi promyk.
Od wioski ukazała się w tej chwili wysoka postać starca, w długą szarą kapotę ubrana. Książka w ręku zdradzała, iż wracał także z kościoła.
— Panie Kotwicz! — zawołała kobieta donośnie. Siwy jak gołąb starzec poskoczył do niej żywo.
— Panie Kotwicz, bądź łaskaw odprowadzić mnie do domu; cicha bowiem nasza wioska przestała być bezpieczną dla swych mieszkanek, — wyrzekła.
A oparłszy drobną rączkę o szarą siermięgę białowłosego wieśniaka i lekko do ramienia jego przytulona, wyprostowała się, podnosząc zaś ruchem królewskiego majestatu kształtną swą główkę, zawołała dumnie:
— Panowie! Zapomnieliście, że wiejskie zacisze to nie miejsce popisu dla Don-Juanów. Hrabio Eustachy Morski, dziękuję ci, iż zaniedbawszy przez lat tyle opiekę nad powierzonemi sobie sierotami, dziś po raz pierwszy czynnie w przynależnej wystąpiłeś roli; dziękuję, ie zawitawszy po długoletniej
niebytności na ziemię twych krewnych, raczyłeś rozpocząć działalność kochającego wuja i sumiennego opiekuna, rzucając siostrzenicy i pupilce zarazem dotkliwą na powitanie zniewagę! Żal mi, panie hrabio, rycerskich, wspólnych naszych przodków, którym postępowaniem takiem wstyd przynosisz !
— Nozdrza jej drżały lekko, oczy pałały. Odwróciwszy się wzgardliwie, pociągnęła starca za sobą i wraz z nim zniknęła za furtką ogrodową.
Morski stał osłupiały, jakby w ziemię wryty. Wymuskane jego rysy zdradzały, iż zbity z toru, zgłupiał na razie.
Szyderczy, niepohamowany śmiech oprzytomnił go dopiero.
— Sapristi! — wykrzyknął gniewnie. Czyżbym taką popełnił pomyłkę? Janie, jak się ta wieś nazywa?
— Opole, proszę jaśnie hrabiego.
— Terenia Opolska, moja pupilka! I ja ją wziąłem za jakąś guwernantkę! A któż mógł przeczuć, że ta mała poczwarka na boginię wyrosła!
.............................................................
— Ha, haha! Ha, haha! To paradne było, śmiał się z całego gardła baron Kruzenberg, siedząc w godzinę później na tarasie wielkiego pałacu
w Orłowie, gdzie służba wznosiła właśnie stolik z przyborami do herbaty,
— Ha, haha, to paradne! Takiej miny, hrabio, nigdy jeszcze u ciebie nie widziałem. Stanowiliście istne tableau, scenę, z komedyi wyjętą!
Hrabia Morski, słynny znawca łudzi i salonowiec, zaczepia bliską swą krewne, własnej pupilce mówi komplementa podejrzanej wartości.
I rozbawiony bankier poruszał w takt śmiechu wytwornym fotelem na biegunach.
— Wina Morysia, czemu dowodził, że to pewno jaka guwernantka — rzucił hrabia kwaśno.
— Dajże pokój. Spełniając swą rolę starał ci się dogodzić. Il fiairait une auefiture, et voilà tout.
— Nie przypuszczałem, że masz równie piękne pupilki, Eustachy — tłómaczył się Korybut, który, jako jeden z tych zagadkowych okazów złotej młodzieży, co to obdarzona dobrami na księżycu nie orze, nie sieje, a jednak bez pracy i trudu żyje, lawirując między pańskiemi klamkami, spędzał pół życia na rezydencyi u Morskiego i nieraz gorzkiem to musiał opłacać upokorzeniem.
— W rzeczy samej ukrywa się tu jakaś tajemnica, wyjaśnijże ją teraz, hrabio, nalegał Emil Kruzenberg żartobliwie.
— Ależ nie ma żadnej tajemnicy; poprostu sam zapomniałem o całej tej sprawie. Stryjeczna siostra-
moja, hrabianka Morska, poszła przed dwudziestu paru laty za...
— Nie wiedziałem, że już wtedy mieli tytuł hrabiowski — mruknął baron przez zęby.
— Poszła — ciągnął Morski, nie dosłyszawszy uwagi — za mąż, za najbliższego naszego sąsiada, pana Opolskiego. Ponieważ wychowywała się prawie w domu moich rodziców, stosunek więc i po ślubie bardzo pozostał zażyłym, niesłusznie jednak, bo hrabianka Morska powinna była pod względem majątkowym swietniejszą zrobić partyę. Otóż przed dziesięciu laty, gdy stary hrabia dogorywał, a ja, zawezwany z zagranicy, po raz pierwszy dłuższy tu czas bawiłem, szwagierek mój Opolski umiera nagle, pozostawiając interesa w nader powikłanym etanie. Wpierw jednakże przysyła list, błagający stryja o opiekę nad dwojgiem swych dzieci. Wieść ta pogorszyła tylko stan mego ojca, który widząc się bliskim śmierci, sam opieki nie przyjął, lecz, przywoławszy mnie, polecił uroczyście, abym starał się obowiązek ten za niego spełnić. Sądziłem na razie, iż Opolscy odmówią, nigdy bowiem nie byłem u nich en odeur de sainieté, pomimo tego wszakże musiałem na żądanie mego ojca zaraz w nowej roli do Opola pojechać.
— No i cóż, jakże cię tam przyjęto? Hrabia skrzywił się gorzko.
— Z wylaniem, godnem biblijnych czasów.