Strona 37
współzawodnicząc z nim również na torze wyścigowym, hrabia Eustachy zaprosił go na parę tygodni do dóbr swych nadbużnych, gdzie roztaczał przed nim cały arsenał starodawnej gościnności, połączony z wielkopańskim zbytkiem i przepychem. Kawalerskie śniadanka, zebrania i polowania, wysoka gra w karty, wszystko to zostało wprowadzone w rachubę. Baron bawił się, przegrywał i wygrywał wielkie sumy z miną nababa, któremu marne złoto nie może zepsuć humoru, szlachtę o wybitniejszych nazwiskach ściskał i całował, a pozując na gentelmana-plutokratę, głosił wielkie hasła o bogactwie narodowem, pracy organicznej, przemyśle krajowym i finansach, jako jedynej legalnej dźwigni, za pomocą której przy odrodzeniu dobrobytu i rozumnej gospodarce pieniężnej cudów dokazać można było. Równocześnie wszakże do kupna klucza orłowskiego nie zapalał się wcale i od dość twardych, w Warszawie jeszcze postawionych warunków, ani na włos nie odstępował.
— Rachunek przedewszystkiem, to moja zasada — powtarzał na delikatne nalegania Morskiego — zresztą, kto dla fantazyi chce się ekspatryować — dodawał z uśmiechem — kto dla błyszczących, wiedeńskich salonów porzuca własne pole działania i obowiązki, ten na zachciance podobnej musi tracić; rzecz to wiadoma.
Niespodziane spotkanie Teresy Opolskiej ożywiło
nagle nadzieje hrabiego Eustachego. Kruzenherg nie ukrywał zachwytu swego dla pięknej Wenery z Milos, jak ją nazywał żartobliwie. Morski sądził więc, iż podsycając ogień ten, prędzej zamierzonego dopnie celu. Lecz i tu rachuby go zawiodły. Bankier podziwiał uroczą jego pupilkę, tak jak się podziwia piękny obraz lub rzeźbę; chłodna jej wszakże duma i powaga, wyniosłe i obojętne obejście nie pociągały go wcale. Zbyt zużyty, zbyt wystygły, by idealniejszemu poddać się uczuciu, wolał kobietki żywe, wyzywające, czułe na brzęk jego złota i słówka pochlebne, lubił kokieteryę i zalotność, śmiech poufny i dwuznaczna żarciki; przenosił pulchną buzię o figlarnych dołeczkach i zadartym nosku, nad klasyczne rysy Galatei, której ożywić nie posiadał mocy. Podziwiał chłód i powagę królewską, ale ona go nie przykuwała, nie znosił bowiem, by obok niego, księcia finansów, ktoś inny jeszcze ośmielał się dzierżyć berło. Czemuż wreszcie miałby tracić czas na rozgrzewanie lodowca, gdy tam w balecie, lub w wytwornych buduarach kółek, dla których zloty cielec bóstwem był nieledwie, na jedno skinienie dziesiątki ramion białych zalotnie wyciągały się ku niemu.
Baron posiadał tę filozofię życia, która na rzeczy nie opłacające się nie kazała zużywać zbyt wiele energii. Znając więc tyle kobiet w swoim guście, po co się miał trudzić dla pozyskania względów tej
jednej? Czuł przytem, iż złotem jej nie zaimponuje, frazesem nie olśni, i... dał pokój. Morski zawiódł się przeto w projektach, a zawiódł tem dotkliwiej, iż w zastawione sidła sam wpadł niechcący. Piękne dziewczę olśniło go i przykuwało; chłód jej drażnił, obojętność zdawała się niemem do walki wezwaniem. Obraz uroczej postaci Tereni budził w jego duszy jakieś zagasłe wspomnienia przeszłości, echo marzeń dziecięcych i młodzieńczych porywów. Patrząc na nią, żałował mimowoli zmarnowanego życia, chciałby był karty jego odwrócić i księgę rozpocząć na nowo. Trwało to jednak któtko. W ślad za tym szłachetniejszym porywem przychodziła głucha nienawiść i zawziętość, odczuwana zwykle dla tych, którym wyrządziliśmy krzywdę. Darowujemy winy naszym nieprzyjaciołom, lecz, — jak słusznie zauważył jeden z myślicieli francuzkich, — nie przebaczamy tym, względem których sami czujemy grzechy na sumieniu. Upokorzeni niższością swą, doprowadzeni do ostateczności wyrzutami, które jak niedelikatny towarzysz, zatruwają nam każdą siestę, każdą błogą chwilę dolce far niente, nienawidzimy wreszcie istoty, odbierające nam prawo do szacunku we własnych oczach.
Smutne to, ale prawdziwe. Zamiast krzywdy wyrządzone nagrodzie, zwiększamy je jeszcze bezmyśl ną urazą; a to przekleństwo złego czynu każe nambrnąć w nim coraz dalej. Hrabia Eustachy takich
też uczuć doznawał na widok Tereni. Myśl, iż mogła ona z jego winy utracić majątek, stanowisko, wykształcenie, że jednak, wbrew zaniedbaniu nieuczciwego opiekuna, wyrosła na pierwszorzędną gwiazdę okolicy i dziś wzamian wzgardliwe okazywała mu lekceważenie, myśl ta drażniła go, piękność jej podniecała. Byłby chciał upokorzyć dumę wyniosłą, zmiażdżyć chłodny spokój, z jakim niby z wyżyn olimpijskich spoglądała na niego. Ile razy jednak spojrzał w cudowne jej rysy i oczy gwiaździste, niewinną tchnące prostotą, tyle razy przeżyły Don-Juan brał górę nad próżnym pyszałkiem i hrabia nie wiedział właściwie, czy ją więcej kocha, czy więcej nienawidzi. W chwili gdy zgrzytał ostremi zębami, a podrażnione zielonawe oczy takie rzucały płomienie, jak gdyby ją zmiażdżyć chciały, Morski czuł, że dośćby jej było wyciągnąć pojednawczo rączkę, aby ją z rozkoszą ujął w ramiona i do serca przytulił. Rączka ta jednak nigdy niewysunęła się ku niemu; czarne źrenice dziewczęcia umiały na wymuskaną postać podtatusiałego eleganta, który z opiekuna zmienił się wobec niej w dantysa, patrzeć jedynie z posągowym chłodem lub drwiącą, nieukrywaną niechęcią. Wyszukane grzeczności, przesadna galanterya, sarkazm nawet, wszystko rozbijało się o tę samą nieubłaganą obojętność.
Hrabia, nie mogąc gniewu swego wywrzeć na
niepokonanym, pięknym lodowcu, mścił się wzamian na Jerzym. Lekceważenie jednak, okazywane młodemu Kotwiczowi, wręcz przeciwny wywierało skutek. Na pierwsze słowo gryzącego szyderstwa w czarnych oczach Tereni zapalała się iskra tkliwości lub zapału i oczy te, zwracając się ku Jerzemu serdecznem swem uczuciem, zdawały mu się nagradzać przykrość doznaną.
Morski widział i czuł, iż drażniąc tego parweniusza, tego chłopa, jak go wzgardliwie nazywał, zbliża doń tylko Terenię. Czy był to zwrot rzeczywisty, czy też chęć uczynienia mu na przekór, nie mógł odgadnąć, doprowadzony jednak do ostateczności, postanowił raz temu położyć koniec. Bal miał po części posłużyć ku jego celowi; nie wątpił bowiem, iż przepych i zbytek, jaki rozwinie przed wzrokiem skromnie wychowanego dziewczęcia, powinien je olśnić i zaślepionej otworzyć nareszcie oczy, wskazując, do czego stworzoną została.
Gdy na prośbę o podjęcie roli gospodyni, pani Opolska odmowną dala odpowiedź, tłumacząc się, iż od śmierci męża na żadnem dotąd większem nie była zebraniu i że obowiązek przewodniczenia mu przykrość by jej sprawił, Morski, korzystając z pożaru w sąsiedniem miasteczku, spróbował na rzecz pogorzelców składkową wydać zabawę. On podejmował gości, dochód zaś z biletów na biednych przeznaczonym został.