Strona 35
ca twego rzadziej widujemy. Unika nas z obawy, by tu Morskiego nie zastać.
— Skoro tak, my będziemy częściej jeździli do Leśniczówki — wtrąciła Terenia żywo.
— Nie wiem, dlaczego rzecz ta niepokoić mnie zaczyna.
— O, to nie słuszne — przerwała pani Opolska słowa Jerzego. — Znając prawość twego ojca, wiesz, mój chłopcze, iż go żaden nie może dotykać zarzut. Jeżeli zaś, powodowany zbytnią draźliwością, nie zdołał przebaczyć jakiego grzeszku Eustachemu, to jaż ich sprawa. Powiedz mi lepiej, co sądzisz o baronie Kruzenbergu? Typ ten, związany przyjaźnią, z moim kuzynem, zagadkowo się przedstawia.
— Bo też podstawą stosunku ich jest niezawodnie interes pieniężny. Pan bankier, pomimo całej deklamacyi, zdaje mi się należeć do tych szczytnych egoistów, którzy, poświęcając wszystko i wszystkich dla własnego interesu i dla własnego szczęścia, dowodzą równocześnie, że chodzi im tylko o dobro ogółu, którego zasoby chcą pomnożyć. Praca organiczna, przemysł krajowy, bogactwo narodu, to wygodne hasła, po za któremi rycerze tacy ukrywają zwykle chciwość, żądzę złota i wyniesienia, filisterską wreszcie małoduszność i filisterski patryotyzm.
— Ależ surowo ich pan sądzisz.
— Nie mówię tu wyłącznie o Kruzenbergu, bo go znam za mało, lecz o całej tej kategoryi ludzi. Co
do barona, pochodzenie jego, którem z pewną uczciwą dumą lub wyrafinowaną zręcznością szczycić się zdaje, utwierdza mnie jeszcze w tem przekonaniu. Nie przeczę, iż tacy, jak on ludzie, takie dźwignie handlu i przemysłu, użyteczne bardzo mogą być u nas, lecz użyteczne do czasu i pośrednio. Rzucą oni tysiącem rubli na powódź lub pogorzel, bo o tem pisać będą w gazetach, bo czują wreszcie potrzebę ekonomicznego podtrzymywania ludności, na której pracy fortuny swe oparli.
— Takich ludzi poprawić można przez związek małżeński — wtrąciła Terenia, i dodała żartobliwie: — Gdybym wiedziała że zmienię Kruzenberga, poszłabym za niego.
Kotwicz spojrzał na nią badawczo, jakiemś niedowierzaniem bolesnem.
— Straciłem całą jasność sądu — wyznał — nigdy bowiem nie mogę teraz rozróżnić, kiedy pani żartujesz, a kiedy mówisz seryo.
— Uprzedziłam cię już, panie Jerzy — objaśniła — iż związki takie stworzone są dla istot umiejących się lepiej niż ja poświęcać, lub... lub nikczemniejszych odemnie. Potrafię uszanować obce, garnąco się do nas żywioły, nawracanie ich jednak, to rzecz nie moja. Wierzę w demokratyzm, ale w demokratyzm na naszym ludzie tylko oparty.
— W takim razie i ja nie jestem wykluczony
z ogniwa wierzeń pani? — pytał, kryjąc myśl poważną, pod tonem lekkiego żartu
— Pan? och! to rzecz inna! Pan do nas należysz. Ciemnym wąsem przysłonięte usta Jerzego poraz pierwszy w szczerym rozchyliły się uśmiechu.
— Dziękuję za poczciwe słowo — wyrzekł. — Uczyni mi ono pożegnanie łatwiejszem, a czas już wracać do moich kosarzy, którzy gotowi mniemać, żem zginął w falach Bugu.
— Co się stało Jerzemu? — pytała pani Opolska, po wyjściu młodego Kotwicza. — Nie był czas długi, a dziś wydał mi się jakiś nieswój, zgorzkniały.
— Nie wiem — odparła Terenia, tuląc się do matki. — Mówił mi, iż wskutek zachowania hrabiego, sądził, że lepiej uczyni, pokazując się tu rzadziej. Szanowny wujaszek na wstępie już spróbował zasiać niezgodę. Jerzego zaś traktuje w sposób lekceważący, ktory musiał go dotknąć i oburzyć.
— Jeżeli o to tylko chodzi, potrafię dać stosowną nauczkę Eustachemu. Sądziłam — dodała patrząc badawczo w czarne oczy córki — że między wami co zaszło, że może zadrasnęłaś Jerzego?
— Ja, mamo? — zaśmiała się swobodnie. — Ależ ja go tak przywykłam za brata swego uważać, iż obrazić go, znaczyłoby to samo, co obrazić Tadzia. Zanadto ich cenię i kocham obydwóch.
Ta szczerość, stwierdzona pogodnem jasnem spojrzeniem, które zdawało się głębię duszy dziew
częcia odsłaniać, uspokoiła jakieś niewypowiedziane i nieokreślone obawy pani Opolskiej. Odetchnęła swobodniej, a przyciągnąwszy ku sobie jedynaczkę, z miłością ucałowała jej lica.
— Kiedy tak — wyrzekła — hrabia zostanie przywołany do porządku. Nie pozwolę, aby on właśnie jedynych, najlepszych, odstręczał nam przyjaciół. Niech nas uwolni od swej obecności, lub ich cenić się nauczy.
Jerzy, wskoczywszy tymczasem do czółna, chwycił za wiosło i silnem umiejętnem uderzeniem łódkę, przez prąd unoszoną, rączo ku Kalinie skierował. Czuł potrzebę ruchu, pracy fizycznej, któraby zrównoważyła dziwny jakiś niepokój, serce mu szarpiący. Wyczerpawszy dopiero część palącej go gorączki na energiczne wiosłowanie, zwolnił biegu, próbując zimniej w serce własne zajrzeć.
Co jemu było? Czemu od dni kilkunastu czuł się rozstrojonym i nieszczęśliwym? Wszak nic się do koła nie zmieniło, nic nowego nie stało. Świat był ten sam, co dawniej, taki piękny i uroczy, a jednak brzemię nędzy dźwigający. Młodość nie odmawiała mu sił ani zrowia, celów tyle podniosłych uśmiechało się do koła, pracy tylko wymagając i wytrwania; życie wszakże dziwnie naraz pustem, dziwnie smutnem mu się zdało. Gdzie tego przyczyna? Czy w niespodziewanem przybyciu Morskiego? Jerzy drgnął. Tak, nie mógł wątpić: tu ból się
cały ukrywał. I z okrucieństwem wyrostka, wbijającego na szpilkę motyla, by mu się lepiej przyjrzeć, młody Kotwicz sprobował to miejsce krwawiące się właśnie, zbadać zbliska i ranę wypalić. Nie był dzieckiem, po cóż miał więc grać w nieświadomość z samym sobą? Dlaczego wpłynęło tak na niego ukazanie się Morskiego? Czy dla tego, że po raz pierwszy przyszło mu się spotkać z lekceważącem obejściem, na które w skutek wieku hrabiego i pokrewieństwa, jakie go łączyło z Opolskimi, nie mógł w należny odpowiedzieć sposób. Wstrząsnął przecząco głową. Nie — cóż go obchodziło złe wychowanie zarozumiałego pyszałka? Tacy ludzie nie są w stanie obrazić. A więc dla tego, iż usunął go na czas jakiś od Opola? Serce Jerzego pod badawczym skalpelem znów mocniej drgnęło. Tak, niema wątpliwości, tu leżała przyczyna zaszłej w nim zmiany. Ale wszak dziś wolno mu już tam było wracać, choćby najczęściej. Wzywano go i jak dawniej za trzecie uważano dziecko; miał przeto prawo odzyskać całą swobodę, cały dobry humor. W tem zdawało mu się, iż słyszy glos ojca: "Jerzy, pamiętaj, żeś dziecię ludu, syn chłopa. Oddać dla nich możesz wszystko co drogie, żądać jednak niczego ci w zamian nie wolno. To nasze wyznanie wiary, nasz punkt honoru!" Głowa młodego Kotwicza smutnie na piersi opadła, brzemieniem własnej przygnieciona winy.