Strona 34
snać długoletniem zaniedbaniem, stara się pamięć jego z podwójną zatrzeć gorliwością.
— To mnie gniewa właśnie. Co prawda, wolałabym, aby nas rzadziej usczęśliwiał swą osobą.
— W takim razie trzebaby usunąć magnes, który go tu ciągnie.
— Magnes?
— Rzecz prosta. Teresa z Opolskich hrabina Morska, to brzmi wcale nie źle.
Kaskada szczerego, srebrnego śmiechu wybiegła na usta dziewczęcia.
— Na litość, panie Jerzy, co tobie wujaszek zrobił złego, że drwisz tak z niego niemiłosiernie?
— Nie widzę w tem nic śmiesznego — mówił z brwią ściągniętą. — Pan hrabia pragnie prawdopodobnie przywrócić pani tytuł, jaki matka twoja utraciła, wychodząc za mąż.
— Jakto przywrócić? Bez mojej woli może? Sądzisz pan więc, iż jestem biernem stworzeniem, któremu dość brzęknąć kieską, lub błysnąć hrabiowską koroną, by w zamian życie i duszę swą oddało?
Talizmanom takim mało kobiet oprzeć się potrafi.— Być może — przyznała z lekkiem rozdrażnieniem. Są to jednak istoty, umiejące się lepiej niż ja poświęcać, lub, lub... nikczemniejsze odemnie. Po co ta ostateczność?
— Ależ pan chyba zapominasz, że hrabia Morski mógłby być ojcem moim. Stary, wyziębły hulaka, kosmopolita, egoista, który prócz siebie, nic innego nie umiał ukochać na świecie; człowiek bez serca i honoru, próżniak bezmyślny! Brr!... Nie! To za wiele jak naraz zaszczytów. Wad tylu nie umiałabym przebaczyć, nawet... nawet gdybym go kochała.
— A czy to byłoby niemożebne?
— Nie wiem, zobaczę, — zaśmiała się figlarnie. Czoło młodego człowieka wypogodziło się nieco.
— Strzeż się, pani — wyrzekł stłumionym głosem — bo miłość ślepą podobno bywa. Kto wie, może wady, które dziś potępiasz tak stanowczo, zamieniłyby się pod wpływem uczucia na przymioty w oczach pani?
Panna Opolska dumnie podniosła główkę.
— Nigdy! — wyrzekła w mocą. — Mogłabym człowiekowi ukochanemu przebaczyć wszystko, wszystko, prócz odstępstwa i podłości.
— A ubóstwo? — pochwycił z niepokojem
— Ubóstwo? Alboż to wada lub występek, by je przebaczać trzeba? Ubóstwo dzieli się tylko i osładza, a jeżeli to możliwe, zmniejsza własną pracą. Nie mówiliśmy przecież o złych losach, bo te istotę wybraną droższą nam jeszcze czynią, wzmacniając węzły uczucia...
— Poświęceniem — uzupełni?.
— Nie ma poświęcenia, tam gdzie chodzi o ukochanych. Szczęście ich naszem jest szczęściem; a marnem zaiste byłoby serce, które nie potrafiłoby zrzec się żadnej cząstki własnego egoizmu, nie zdołało w zaparciu siebie widzieć korony uczucia...
W rysach Jerzego rozrzewnienie błysnęło.
— Nie wiedziałem, że taka szlachetna z pani entuzjastka. W życiu jednak istnieją pewne granice, których, jak to zauważył słusznie hrabia Morski bezkarnie nikomu przekraczać nie wolno.
— Och, on sam ich tyle przekroczył, a jednak nieba nie zemściły się dotąd na jego pyszałkowatej hrabiowskiej mości.
— Bronią go tam, podobno, niezwykłe stosunki. Z za karminowych warg dziewczęcia białe błysnęły perełki.
— Ach, tak, "Nie lękaj się kuzynie, bo ja tu jestem." Pamiętasz pan jeszcze jak widzę, starą tę anekdotkę?
— Tereniu, Tereniu, znów się wyśmiewasz z biednego Eustachego — zabrzmiał od progu z lekką wymówką głos pani Opolskiej.
Strofowana poskoczyła żywo i, objąwszy kibić matki serdecznym uściskiem, z pieszczotą przyciągnęła ją ku sobie.
Złączone tak z pełnem tkliwości uczuciem, czarowny tworzyły obrazek. Śliczne, jak pączek rozchylający się do słońca, pierwszem tchnieniem mło-
dości opromienione rysy Tereni, znajdowały poważne odbicie w obliczu matki.
W utkwionych w piękną tę grupę oczach Kotwiczą smętny zabłysnął płomień.
— Co tak patrzysz na nas, panie Jerzy — pytała łagodnie pani Opolska. — Pewno gorszysz się tą jawną pieszczotą, wobec osób trzecich; ale wszak ciebie nie uważmy za obcego.
— Dziękuję — odrzekł — i przyznaję, iż w tej chwili uległem podszeptowi zazdrości; przyszło mi na myśl bowiem, że ja nigdy takiego uścisku matki nie zaznałem.
— Prawda, — potwierdziła zacna matrona, wyciągając doń rękę dobrotliwie. — Pan, jako mężczyzna, mniej to wszakże odczuwasz, więcej mi żal twej siostry.
— Och, Różyczka to dziecko jeszcze; jej gwar pensyi i przyjaźń koleżanek wystarcza zupełnie.
— Bo nie zapamiętawszy wcale pieszczot matki, nie wie, jaką stratę poniosła. Ha, postaramy się wszyscy, gdy powróci do domu, by zanadto nie odczuła sieroctwa, które wam Bóg wynagrodził po części, dając takiego nieporównanego ojca.
— Zacna i prawa dusza — przyznał młody Kotwicz — poczem jakby naglą uderzony myślą, dodał żywo:
— Czybyś mi pani nie raczyła powiedzieć, dla czego ojciec mój unika starannie hrabiego Morskie-
go? Pani, która go znasz dobrze, musisz wiedzieć przyczynę tej, jeżeli się nie mylę, czysto osobistej niechęci?
Poważne oblicze kobiety sposęniało nieco.
— Eustachy tak przywykł lekceważyć wszelkie
względy ludzkie, iż nietrudno mu było zapewne dotknąć czemś i zrazić p. Kotwiczą.
— Czy przyczyną nieporozurnienień tych nie była jaka kwestya pieniężna, wynikła z administracyi dóbr Orłowskich?
— Nigdy! Interesa te prowadzone były wzorowo, ojciec zaś twój, panie Jerzy, zrzekł się plenipotencyi z chwilą śmierci mego stryja, a w ostatnich czasach prowadził ją jedynie na usilne żądanie starego hrabiego. Z Eustachym nie miał on nigdy żadnej styczności; odesłał mu tylko rachunki, stwierdzone podpisem świadków i nieboszczyka.
— A jednak dziś unika stanowczo hrabiego Morskiego i widocznie spotkać się z nim nie chce. Na dnie więc tego, kryje się jakaś inna zagadka.
Jadwiga Opolska milczała.
— Pani wiesz coś o tem? — nalegał młody człowiek.
Być może. Ale po co poruszać stare popioły? Wierzaj panie Jerzy, iż rozdmuchiwanie ich bolesnem tylko być może. Zresztą nie wolno mi dotykać cudzych tajemnic. Dziękuję ci tylko, żeś mi to powiedział. Pojmuję teraz bowiem, dlaczego oj-