Strona 33
— Czy to nas taniec pana tak smutno usposobił — pytał z lekkim wyrzutem — że aż łzami dźwięczącą gra twoja musiała zwrócić uwagę wszystkich, nawet starego Jędrzeja?
— Nie wiem — wyszeptał. — Taniec mnie odurzył, a pieśń wytrzeźwiła.
Hrabia, któremu w zamian za "nudną sielankę" pani Opolska oddawna już zaprojektowała partyę winta z Morysiem i Kruzenbergiem, ujrzawszy Terenię i Jerzego razem, zerwał się od stolika, by dalszej ich przeszkodzić rozmowie.
— Słuchaliśmy ciekawie pańskiej gry — zauważył. — Ten stary doskonale ją określił, nie wiedziałem dotąd, że lud tutejszy jest muzykalny.
— Czy skrzypce moje miały dopiero zaszczyt przekonać o tem pana hrabiego?
— Po części tak, jakkolwiek znać tu głównie zasługę czasu i pieniędzy, obróconych na naukę.
— Przeciwnie, grałem już, mając łat osiem. Wszak wioskowe nasze orkiestry składają się przeważnie tylko z samouczków; niejeden z nich przy stosownym kierunku, mógłby na niepospolitego wykształcić się artystę.
— Co by mu tylko w głowie przewróciło! — syknął Morski. — Ludzie nie powinni pod żadnym pozorem wychodzić ze swojej sfery, ani się zniżać, ani piąć do wyższych; nielogiczny ten wybryk bowiem, wcześniej czy później mścić się na nich będzie.
— To nauczka dla mnie — zaśmiała się Terenia, nie chcąc, by Jerzy wziął, przytyk do siebie. — Nauczka za zabawę z weselnymi gośćmi.
— Pięknem kobietom wolno miewać fantazye — zapewnił hrabia z ukłonem.
— O, to nie fantazya. Ja o tyle taniec lubię, iż pomimo niewygodnej murawy byłabym w stanie w tej chwili walca naszego powtórnie rozpocząć.
— Skoro tak, kuzyneczko, najgorętszemu memu życzeniu stanie się zadość. Oddawna już pragnąłem przypomnieć się sąsiedztwu i zapoznać z niem barona Kruzenberga, zanim strony te opuści. Chodziło tylko o to, czy zechcecie wziąć udział w balu, czy matka twoja raczy przyjąć rolę gospodyni domu przy otwarciu zamkniętych oddawna salonów Orłowskich?
Rysy panny Opolskiej zesztywniały nagle.
— To już rzecz marny; uprzedzam jednak, że nie lubi licznych zebrań.
— Ha, jeżeli mi zaszczytu tego odmówi, urządzimy zbiorową zabawę na cel dobroczynny. Chodź jednak kuzyneczko, spróbujemy ją wpierw namówić.
— Pokornie dziękuję — zaśmiała się figlarnie. — Jestem taka egoistka, iż nie lubię w obcym mi przemawiać interesie. Woię tymczasem zagrać z panem Jerzym poloneza Chopin'a.
Pochwyciła smyczek, i wskazawszy młodemu człowiekowi skrzypce, zniknęła na progu salonu.
W zielonych oczach Morskiego gniew błysnął.
— Cóż, panie Eustachy, dostałeś kosza — rozśmiał się bankier, rzucając karty. — To wszystko kara za przełamanie form, z jakiem pozwalamy sobie bawić tu tak długo. Nawet niespodziewane wesele nie powinno nas było zatrzymać.
— Och, Eustachy jest w Opola na wyjątkowych prawach — wtrącił Moryś, powstając od stolika.
— To widać — przyznał bankier złośliwie. — Wenus z Milo bowiem za każdem przybliżeniem się jego zamienia się w lodowiec. A na honor, taki to piękny lodowiec, iż na rozgrzanie go gotówby człowiek stopić wszystko złoto, jakie posiada.
— Zapominasz baronie — przerwał Morski zimno — że kobiety naszej rodziny, nie złotem się rozgrzewają.
— No, bo w waszej rodzinie mężczyźni tyle go potrzebują/iż marnego kruszczu nie starczyłoby już dla nich.
Wesoły śmiech zawtórował jego słowom.
W kwadrans zaś później, panowie pożegnawszy wszystkich, wracali wśród poufnej gawędy do Orłowa.
IX.
Gdy turkot powozu, uwożącego wielkoświatowych gości zamilkł w oddali, Terenia Opolska usiadła w milczeniu do fortepianu, a z pod ręki jej popłynęła cudowna trzecia ballada Szopena. Pierwsze dźwięki nerwowe, ostre nieco, zdradzały mimowoli rozdrażnienie grającej. Stopniowo dopiero śpiewne mezzatoce i żartobliwym rytmem kołysząca część druga, uspokoiły dziewczę, które z półuśmiechem na koralowych ustach, z marzycielskim wyrazem w pięknych oczach zapominało o świecie całym, by przelawszy duszę swą w tony, nimi żyć tylko przez chwilę. Pełna tajemniczego uroku balada porywała ją, unosiła, ilustrując widocznie myśli dziewczęcia, w klasycznych bowiem rysach Tereni, wypogodzonych zupełnie, rozmarzenie, zapał i ciche jakieś upojenie przebijały się z kolei.
Zapatrzony w nią jak w obraz cudowny, Jerzy Kotwicz bezwiednie prawie przysunął się do fortepianu.
— Lica pani tak ciekawe tworzyły studyum — wyrzekł, gdy ostatni akord cichem echem rozbrzmiał w powietrza — iż dużo dałbym za świadomość, o czem myślałaś, odtwarzając ulubioną swą balladę?
— O czem? — źrenice Tereni podniosły się ku niemu z prostotą. — Doprawdy nie wiem sama. Szopen jest najcudowniejszym muzykiem przyrody, nikt tak, jak on, nie potrafił pochwycić i odtworzyć nieśmiertelnej jej pieśni. Otóż... otóż, grając, zdawało mi się, że jesteśmy znów na rzece, sami, zgubieni tam, w głębi lasu, że słyszę tajemniczy szum sosen, że śpiew ich, połączony z szumem rzeki, do snu mię kołysze i dziwne, dziwne opowiada cuda. Tak mi tam dobrze było...
— Teraz, czy przedtem? — wyszeptał z cicha.
— Obydwa razy — odparła, a zrywając się dodała:
— Przepraszani za koncert nieproszony; musiałam jednak ułagodzić nerwy, rozstrojone wizytą tych panów. Widocznie Pan Bóg nie stworzył mnie na wielką damę, przedstawiciele bowiem modnego świata drażnią mię po prostu.
— Dlaczego? Wszak wuj pani, zawstydzony