Strona 32
i, zatrzymawszy się nagle, promienna, cudownie piękna, dodała:
— A tośmy się zatańczyli, wszak mama z podwieczorkiem czeka.
Do zastanowionego na ganku stołu wódka, piwo, chleb i owoce ściągnęły już biesiadników, których pani Opolska częstowała według wieku i godności, dla każdego uprzejme znajdując słówko.
Terenia szybko podążyła matce na pomoc. Panowie z Orłowa, z cygarami w ustach, ciekawie przyglądali się tej improwizowanej biesiadzie.
W szczerej uprzejmości, z jaką pani Opolska z córką usługiwały swym gościom i w poufnej, prowadzonej z nimi rozmowie, gdzie coraz wracały na usta imiona żon ich, dzieci lub jakichś ważnych dla nich wydarzeń, znać było nić serdeczną, szacunek, i zaufanie z jednej, przywiązanie i przyjaźń z drugiej strony. Nie słyszałeś tu gwaru; państwo młodzi bowiem zwykli milczeć w takich razach, tylko dygnitarze weselni z kolei głos zabierają. Kruzenberg przez ciekawość zbliżył się do stołu.
— Wy, gospodarzu, dawno we wsi tej mieszkacie? — zagadnął siwowłosego starostę, na którego piersi wójtowska błyszczała blacha.
— Odkąd się urodziłem, wielmożny panie, lat siedemdziesiąt będzie na świętego Jędrzeja.
— Jak wy dobrze mówicie po polsku?
— A po jakiemuż miałbym mówić, wielmożny panie? Toż poganin nie jestem, jeno tutejszy z Hrubieszowskiego państwa.
— Tak, ale słyszałem, że wy tu najwięcej po rusińsku...
— Niby po chachłacku — przerwał lekceważąco — a no, od pospolitości to tak jest. W chałupie do dziewki, do parobka to po takiemu, a we dworze to po inszemi!. Przecież też człowiek nie z jednego pieca chleb jadał i swoje poznanie ma, inaczej wójtem by nie był.
Bankier zrozumiał, iż dygnitarz o tytuł swój się upomina.
— To wy, panie wójcie, może pamiętacie nieboszczyka Staszica? — zapytał.;
— Pamiętać, pamiętani, ale jeno troszkę, bo to człowiek za młodości głupim był i przez żadnej kalkulacyi, mało co na starszych uważał. Pomnę, bywało, ksiądz dobrodziej do chaty przyjdzie, a siadłszy przy kominie, z gospodarzami rozprawia i uczy, jak to on nic nie chce, jeno, żeby nam dobrze było. A żebyśmy się wspomagali, żebyśmy mieli murowane domy, swoje młyny i szkoły, swoje fabryki. Wyście obywatele — mawiał — odtąd te grunta wasze będą. Ale za to każdy powinien umieć czytać, bo inaczej zkądżeby wiedział, że go Pan Bóg na swoje podobieństwo stworzył, że ma być
poczciwym człowiekiem, że za wszystko, co mu ta ziemia daje, kochać i strzedz jej jak najwyższego dobra powinien. Oj, z przeproszeniem wielmożnego pana, mądry to był ksiądz i siłać dobrego mówił, ale to wszystko na marne poszło.
— A dzisiaj? Wieśniak machnął ręką.
— Lepiej nie gadać o tem. Żeby nie Kotwicz, to by człowiek, niby bydle żył, i nawet nie wiedział, jak być powinno.
W tej chwili pani Opolska zbliżyła się z butelką. — Panie wójcie, szklaneczkę piwa. Siwowłosy wieśniak odebrał napój z rąk jej i duszkiem go wychylił.
— Za zdrowie naszej panienki — zawołał — żeby nam prędko gołąbka za mąż poszła, a nie za jakiego zamorskiego farmazona, tylko za naszega tutejszego pana.
— Kochacie waszą panienkę? — wtrącił Kruzenberg.
— Toż się sierotka na naszych rękach wychowała, ona i Juraś — dodał, jakby umyślnie łącząc te dwa imiona.
Juraś, pogoniwszy tymczasem rozniarzonem okiem za białolicą swą tancerką, chwycił porzucone przez biesiadującego muzykanta skrzypki i w powietrzu popłynęła tęskna, rzewna, wstrząsająca namiętnym swym smutkiem ludowa piosenka.
— Pan Kotwicz grywa nawet, jak widzę — rzucił lekceważąco Morski do stojącej obok gospodyni domu.
— O, natura to nawskróś artystyczna. Uderzyło cię pewno, hrabio, że w nędznych tych skrzypkach potrafił duszę obudzić.
— Duszę? Nie. Co prawda nie zauważyłem jej dotąd.
— A jednak tak odegrać ludową piosenkę może tylko człowiek...
— Z ludu powstały — uzupełnił Morski. — Człowiek, w którego żyłach chłopska krew płynie. Temu nie myślę przeczyć. Kto inny nie dotknąłby się przecież równie pospolitego brzękadła.
Pani Opolska poczuła się urażoną za swego ulubieńca. Na skinienie jej lokaj wyniósł z salonu pudełko z cennemi staremi skrzypcami i podał je młodemu Kotwiczowi.
— Hm, jak widzę, domorosły artysta wozi nawet instrumenty ze sobą — żartował hrabia Eustachy.
— Pan Kotwicz jest tak grzeczny, iż grywa czasem z Terenią, ztąd jego Stradivarius był tutaj.
— Stradivarius?
— Najoryginalniejszy.
Jerzy ujrzawszy ukochane swe skrzypce, pochwycił je i wsparty o kolumnę gankową, motyw poprzedni powtórzył, rozwijając go z artystycznym ogniem i zapałem. Muzyka była mu potrzebą duszy w tej chwili, wyśnionem i ukochanem boży-
szczera, przed którem spowiadał się z najtajniejszych swych uczuć, z marzeń nieokreślonych. Struny śpiewały pod jego palcami porywającą pieśń miłości i nadziei, aż nagle w tony te wmieszała się fałszywa nuta, jakby jęk krótki, urywany, jakby walka z samym sobą. Jęk ten coraz silniejszy, złamał radością brzmiące dźwięki, stargał je, skrzypce zaś zadźwięczały bólem stłumionym i żałośnie, rzewnie płakać zaczęły.
— Jak on gra, niebożę, sokół nasz — mruczał siwy wieśniak. — Coś jemu nie do śmiechu, nie do radości.
I, chcąc snać przerwać smutny ten nastrój, zbliżył się, dotykając z lekka ramienia Jerzego.
— Paniczu, paniczu — zawołał. — Cóż to wasze skrzypce tak płaczą? Toż to wesele, nie godzi się, jakby w kościele grać; zresztą nam już czas do domu.
Poruszyli się wszyscy, bębenek i dzwonki zabrzmiały na nowo, starosta zaś podziękowawszy dziedziczce w tradycyonalną przemowie za chleb, soi i łaskę, okazaną nowożeńcom, w tym samym porządku, ze śpiewem i muzyką, pochód do wsi poprowadził.*
Przed Kotwiczeni stanęła równocześnie wysmukał w białą szmatę ubrana postać Tereni.
--------------------
* Opis ten zgodny ściśle ze zwyczajami miejscowymi. Piesni weselnych nie podajemy: bo tych przy odwiedzinach, dworu nie śpiewają. (Przyp, aut.)