Strona 31
stając przed nimi z lekką zorzą rumieńca na licach — panowie, czy żaden nie raczy przetańczyć z panną młodą?
Eustachy Morski zmierzył pogardliwem okiem czerwoną i Lożą dziewczynę.
— Cousine, me voulez-vous rendre ridicule? — podjął z wymówką. — Sport tego rodzaju nie leży bynajmniej w moim guście.
— Sport? Nie znajdujesz więc hrabio innego wyrażenia na życzliwą prostotę, z jaką ludzie ci przychodzą podzielić radość swą z nami? Czy sądzisz, że przetańczenie z tem śliczneni dzieckiem ujmęby ci przyniosło?
— Śliczne dziecko, qui trait les vaches. Brrr! Nie, kuzyneczko, choćby mię z twych pięknych oczu pioruny miały spotkać, je ne me declasse pas, pour si peu de chose.
— Gdy chodzi o degradowanie się, wolisz pan większej szukać stawki. W rzeczy samej tutaj ani order, ani zyski spaśćby na hrabiego nie rnogły. Panie Korybut, może pan..
— Ach, i owszem, służę pani — zapewnił modny Młodzian, zginając się w półkole przed Terenią.
— Nie, nie ze mną — rozśmiało się dziewczę — ecz z panną młodą. Wszak powinniśmy drużynie weselnej pierwsze robić honory.
— Nie wiem, czyby księżna Jerzowa... — wy-jąkał.
— Pannuńciu, jeszcze jednego, teraz z drużbą, żeby i panniuńci szczęśliwie wydrużbował — prosił, całując ją w rękę wysoki, zręczny chłopak, pierwszy tancerz w wiosce.
— Zaraz — odparła uprzejmie — tylko wpierw szukam.
— Zapomniałaś pani o mnie — zauważył Jerzy, wysuwając się naprzód, i pochylony nad strojną w ślubny wianek dziewczyną, powiedział jej słów parę, od których ogorzałe jej lica pokraśniały silniej, poczem ująwszy smukłą i zgrabną postać ochoczo w wir się rzucił.
— O, ten o Ia bonne heure; tańczy równy z równą, Kotwicz z Bartoszówną — rozśmiał się Morski szyderczo; nawłaściwszem on miejscu tam, niż tutaj.
— Żałuję, że go zastąpić nie umiem — wtrącił bankier — patrz, hrabio, jaka ta mała apetyczna.
Morski cmoknął językiem.
— Ładna bestyjka; no, ale kompromitować się tak publicznie...
Terenia tymczasem przechodziła z rąk do rąk, z każdym bowiem z całujących ją po dłoniach we-selników musiała choć raz przetańczyć. Skrzypki śpiewały nawet czyściej, bębenek huczał raźno z twarzy zaś wieśniaków szczera biła radość.
Morskiego ta przedłużająca się sielanka drażnić zaczynała. Czerwonawe jego brwi głęboka przecięła zmarszczka, biała ręka szarpnęła niecierpliwie bakenbardy.
— Il ne sont pas meine gantés — wyszeptał i, korzystając z chwili w której Terenia usiadła, aby tchu zaczerpnąć, wyjął szybko rękawiczki, a zbliżywszy się do niej, mówił:
— Jakkolwiek na takiej posadzce i przy takiej orkiestrze nigdy jeszcze nie walcowałem, jednakże, jeżeli raczysz, kuzyneczko...
— O, nie — zaśmiała się — kto nie przetanczył z panną młodą, ten nie ma prawa w godach jej brać udziału.
— Choć jeden tour, kuzyneczko; wyobrażam sobie, iż ze zręcznym danserem musisz bosko wyglądać.
— Chcesz pan zobaczyć? Zaraz — i, skinąwszy figlarnie na Kotwiczą, dodała, podnosząc ku niemu cudowne swe oczy:
— Panie Jerzy, teraz my spróbujemy. Już tak dawno nie tańczyliśmy razem.
Stanęli, tworząc najpiękniejszą wśród zebranych parę. Silne ramię Kotwiczą wysmukłą jej otoczyło kibić, ciemna jego głowa nad kruczemi pochyliła się splotami; obie pełne młodzieńczego wdzięku postacie poruszały się z harmonią, stanowiącą istną ru-
chów poezyę. Tęskne tony prostych skrzypiec, miękka murawa w miejsce posadzki, powietrze balsamiczną wonią kwiatów przejęte i rozradowane oblicza wiejskich biesiadników dokoła, wszystko to, budząc w duszy Jerzego jakieś przebrzmiałe echa dzieciństwa, podniecając pierwiastki, z krwią może odziedziczone, czyniło go w tej chwili dziwnie szczęśliwym i rozmarzonym. Zdawało mu się, iż z wysmuklą tą postacią w bieli mógłby w wieczność popłynąć, że trzymając ją w ramionach, upojony, raju uchylił zasłonę. Było to jedno z tych wrażeń wstrząsających, mimowolnych, które, odurzając, w niebo nas bezwiednie unoszą.
Czarne, promienne oczy Tereni podniosły się w tej chwili ku niemu.
— Lubię tańczyć z panem — wyszeptała. — Do nikogo nie umiem się tak zastosować, z nikim nie jest mi tak dobrze...
— Czy tylko w walcu? — podchwycił mimowolną jakąś popychany silą.
Nie; zawsze, pan wiesz o tem — odparła z całą szczerością prawej natury, bez najmniejszego nawet zmieszania.
Ręka Kotwiczą ruchem bezwiednym silniej przyciągnęła ją ku sobie. Dziewczę, oparłszy się z ufnością na jego ramieniu, nie broniło się zupełnie.
— Nie trzeba mi tego mówić — wyszeptał. — Nie należy rzucać żartem słów szalonych...
— Istnieją czasem szczytne szaleństwa — przerwała. — Zresztą po co na mnie gderać, panie Jerzy? Sądzisz, że jestem zbyt śmiałą, gdy mówię, że z tobą razem zawsze mi jest dobrze? Wszak komu innemu nie powiedziałabym nic popobnego ale pan jesteś dla mnie odrębną zupełnie istotą czemś pośredniem między Tadeuszem, a... a...
Zająknęła się nieco.
— A obcą zupełnie osobą?
— Nie, bo wiem, że nas kochasz. Wszak prawda? Kaprysisz i nie przyjeżdżasz, ale w gruncie serca kochasz nas wszystkich?
Ciemne, jak przepaść niezbadana, głębokie jej źrenice z pewnym niepokojem w oczy mu spojrzały.
Powieki Jerzego opadły, niby nagłym blaskiem olśnione.
— Wszystkich? — powtórzył z wahaniem.
— Och, jest nas tak niewiele, iż serce życzliwe z łatwością małą tę obejmie gromadkę. Widzisz
panie Jerzy — ciągnęła uspokojona — że hrabia nie taki straszny. Proszę też więcej przed nim nie uciekać, bo... bo mi bardzo pusto bez pana.
— Skoro pani każe, zostanę. Ale nuż popełnię jakie szaleństwo.
— Naprawimy je razem — zapewniła słodko