Strona 30
drużbowie, a od pasów ich, mosiężnymi nabijanych gwoździkami, białe spływały szarfy. W ręku, jeden trzymał dary' dla dziedziczki, drugi, na dwa łokcie może wysoką, formę rozłożystych rogów mającą, palmę, całą pokrytą zielenią i kwiatami, wśród których drobne dźwięczały dzwoneczki. Przyrząd ten, pod barwinkiem i rutą, ciastem weselnem opleciony pieczony wraz z korowajem, służy drużbie za oznakę godności. Nie rozstaje się też z nim w tańcu nawet, a potrząsając do góry, dźwiękiem dzwonków i śpiewem dodaje ochoty zebranym.
Za nimi dopiero postępowała para młoda; on, czarnowłosy, dziarski chłopak, w nowiuteńkiej, kolorowemi sznurkami naszywanej szarej sukmance; ona, onieśmielona, istna krew z mlekiem, hoża dziewoja, o długich, płowych włosach, po raz ostatni rozpuszczonych pod wiankiem weselnym. Korona ta sztucznemi kwiatami i pawiemi piórami piętrząc się wysoko nad jej czołem, opadała na plecy pękiem wstążek różnobarwnych, mających świadczyć mnogością swą i długością o bogactwie rodziny, z której pochodziła dziewczyna.
Dalej starościna i starosta, swat i swacha, marszałek, chorąży i wreszcie najbliższa rodzina państwa młodych; goście weselni bowiem do dworu nie przychodzą, dlatego może, by zbytnią wrzawą nie odejmować hołdowi temu uroczystej cechy.
Pani Opolska zeszła ze stopni ganku, młoda zaś
para do stóp jej się schyliła, podczas gdy starosta ze swadą, właściwą takiemu dygnitarzowi, prosił wielmożnej dziedziczki i matki o błogosławieństwo dla nich na nową drogę życia, o życzenie, aby im się wszystko wiodło, zgoda kwitła w domu, zboża zaś i dobytek wzrastały pomyślnie.
Pani Opolska, wzruszona na myśl może, że niedługo własną jedynaczkę pobłogosławić jej tak przyjdzie, główkę dziewoi, strojną w barwny wieniec, przycisnęła do piersi, nowożeńcowi zaś rękę do pocałowania dala. Poczem, kazawszy im powstać, na oracyę starosty odparła, iż pannie młodej, jako sierocie, krowę z własnej obory przeznacza i parę korcy żyta na jesienne zasiewy. Zaczęły się podziękowania i ofiarowanie przyniesionego w darze korwaju, przyczem oblubienica łzami rzewnemi wzruszenie swe okazała.
— Ależ to istny melodramat — zawołał hrabia Morski, zwracając się do Kruzenberga. — Na Jowisza! Mogliby nam przynajmniej tego rzępolenia oszczędzić. Co, znów kłanianie się? Mais c'est embetant, sauve qui peut, wycofajmy się powoli i umknijmy do salonu od tej pospolitej hałastry.
— Merci, mnie to bardzo zajmuje. Ciekawa próbka obyczajów i tradycyj ludowych, zupełnie mi nieznanych — objaśnił bankier.
— Ach, traktujesz to baronie, jako studyum etnograficzne? W takim razie jednak, wolałbym
badać eskimosów lub chińczyków, bo przynajmniej narody dalekie a nieznane.
— Dla człowieka tak jak ja realnego, rzeczy
bliskie posiadają większą od oddalonych wartość; finansiści lubią to tylko, co może bezpośrednie przynieść korzyści. Co prawda zaś, panie Eustachy, eskimosi lub chińczycy, czy lud tutejszy, to dla ciebie i dla mnie jednakowa terra incognito.
Panna młoda, milcząca zawsze na dowód skromności, pokłoniwszy się już Tereni, teraz schyliła się do kolan hrabiego z Orłowa i Kruzenberga, który wyręczając cofającego się niechętnie arystokratę, kilku uprzejmemi słowami szczęścia jej powinszował.
Gdy przyszła kolej na Korybuta, Moryś zmieszał się, chrząknął, poprawił szkiełko, przestąpił z nogi na nogę, a wreszcie wyciągając rękę do hrabiego, rzucił półgłosem:
— Proszę cię, Eustachy, pozwól mi twojej portmonetki, bo nie mam drobnych przy sobie.
I otrzymawszy żądany pugilares, wyjął z niego rubla, ofiarowując go z najspokojniejszą miną na czepeczek pannie młodej.
Oddani ci w domu — zapewnił, zwracając resztę pieniędzy.
Rodowity szlachcic — wyszeptał baron wzgardliwie — pożyczy, ale musi się pokazać.
I jakby na dowód, że szlachcic izraelski lepiej
się jeszcze "pokazać" potrafi, w dłoni jego różowy zaszeleściał papierek.
Zachwyceni hojnością niespodzianych darów i poczęstunkiem, jaki służba ustawiała na boku, drużbowie skinęli na muzykę, by zagrała "pańskiego". Napróżno pani Opolska zapraszała wewnątrz domu; starosta, dziękując za zaszczyt, tłómaczył, iż w upał lepiej tańczyć na trawniku, że przytem na śliskiej podłodze nie mogliby tak śmiało wywijać.
Skrzypki zapiszczały, bębenek zahuczał rytmem mierzonym i ów "pański" taniec zabrzmiał dźwiękami starego, znanego ogólnie walca*. Równocześnie pan młody przyszedł kornie się pochylić przed Terenią.
— Bardzo prosimy — tłómaczył za niego drużba "dworskim" językiem — żeby panienka raczyła z nami na szczęście zatańczyć.
Panna Opolska powstała ochotnie.
— Chére cousine, comment, avec ce rustre la? — oburzył się hrabia Morski.
Piękne dziewczę wsparte tymczasem o ramię
-------------------
* Lud lubelski i hrubieszowski niema żadnego odrębnego narodowego tańca. Rodzaj powolnego walca i zręcznie na lewo wywijanej polki, a niekiedy oberek, oto wszystko, co na weselach i dożynkach zdarzało mi się widzieć.
(Przyp, autora.)
parobczaka, który z czcią i nieśmiałością dotykał się jej kibici, płynęło rytmicznym ruchem po miękkiej murawie trawnika. Hrabia nie ukrywał oburzenia swego i zgorszenia.
— Mais positvement elle se declasse. Jak można się tak poniżać i degradować?
— Wiesz, panie Eustachy, ja znajduję, że to bardzo ładny i patryarchalny widok — wtrącił Kruzenberg. — Dlaczego nie okazać równie drobną rzeczą, że dzielimy ich radość. I owszem, zwyczaj ten tak mi się podoba, iż odtąd wprowadzę go u siebie, w zakładach i fabrykach, próbując brać udział w rodzinnych uroczystościach moich podwładnych.
— Za co zmniejszysz im pewnie pensyę, baronie — szydził Morski.
— Wyzyskiwanie nie leży w mych zasadach — zapewnił Kruzenberg — nie znoszę bowiem złych pracowników; pieniądze jednak, muszę żelazną trzymać dłonią, inaczej zkądżebym ich brał na ratowanie przyjaciół w potrzebie.
Hrabia Eustachy połknął pigułkę. Odwracając się, mruknął tylko przez zęby:
— Na gruby procent, piękne mi ratowanie! Kruzenberg pochwycił słowa te w przelocie.
— Racya — przyznał z uśmiechem — gruby, bo ci co potrzebują na grę w klubie lub totalizatora, płacą podwójny; to stała zasada naszego domu.
— Panowie — zawołała w tej chwili Terenia,