Strona 29
a jednak inni dojrzeć tego nie chcą. Dla nich przybłęda Kruzenberg i chłop Kotwicz, będą zawsze jakimś niższym gatunkiem człowieka, współrodakami faute de mieux, parweniuszami, których tolerować trzeba, bo jeden imponuje pieniędzmi, drugi siłą woli i wiedzą. Od jednego można pełną garścią czerpać ruble, drugiemu narzucać najświętsze nawet osobiste obowiązki, których nam samym spełniać się nie chce. Wobec tego, sądzę, iż parweniusze ci, mocni poczuciem obowiązku, który na jednej, lub drugiej niwie sumiennie względem kraju spełniają, dumni świadomością własnej siły moralnej, mają prawo podać sobie rękę mówiąc: przyszłość do nas należy.
Ożywione zapałem piękne rysy Kruzenberga wymownymi się stały; wyciągnięta dłoń jego silnym uściskiem ujęła rękę Kotwiczą.
— Cóż to za sojusz nagły? — zabrzmiał obok nich glos Morskiego. — Czyście panowie na poczekaniu jaką pieniężną załatwili sprawę?
— Eustachy jest tego przekonania, iż do bankiera i przemysłowca, wtedy tylko wyciąga się prawicę, gdy chodzi o "załatwienie sprawy pieniężnej" — powtórzył baron z ironicznym naciskiem.
— Cóż chcesz, mój drogi, kogo Bóg uczynił szafarzem wielkich skarbów...
— Ten powinien strzedz ich i używać rozumnie; inaczej złoty cielec mógłby się pewnego razu, po
oddaniu mamony w zwyczajne zamienić... cielę, a to rola nie do zazdrości. Rozsunęli się obydwaj.
— No, baronie, moja ucieczko w potrzebie, nie rób się gorszym, niż jesteś — zakończył żartobliwie hrabia Morski.
Na drugim końcu salonu, ożywioną tymczasem prowadzono rozmowę.
Moryś Korybut, poprawiający ciągle buntownicze szkiełko w oku i rzucający zwycięzkie spojrzenia w przeciwległe zwierciadło, mówił z przejęciem.
— I pani ani jednej zimy nie spędziłaś dotąd w Warszawie? Ocb, czyż godziło się upośledzać tak naszą stolicę.
— Pan na dłużej przyjechał w te strony? — wtrąciła pani Opolska.
— Tylko na parę tygodni.
— Och, czy godzi się upośledzać tak nasze hrubieszowskie? — pochwyciła Terenia z komiczną powagą.
Wytworny kawaler nie spostrzegając żartu, Przyjął zupełnie seryo jej uwagę.
— Zabawiłbym tu chętnie dłużej, szczególnie dziś — dodał ze znaczącem z za monokla wejrzeniem — obowiązki wszakże wzywają mnie gdzie indziej. U hrabiego Alfreda zbiera się w tych czasach większe towarzystwo, muszę więc śpieszyć tam, bo inaczej nie wiem nawet, czyby sobie radę dali.
— Grasz pan tam rolę wice - gospodarza?
— Nie; nie zupełnie — zająknął się lekko — ale wszyscy wiedzą, że bezemnie żadna nie uda się zabawa. Jestem głównym arrangeurem pikników wieczorków, teatrów amatorskich, nie mówiąc już nie o wycieczkach konnych, bo co prawda, mogę śmiało wyznać, że stajnia — to moje królestwo.
— Jak to szczęśliwie — wtrąciła Terenia z niewinną minką.
— Właściwie — poprawił — chciałem powiedzieć, że w stajni czuję się, jak u siebie.
— Znać, to znać — potwierdziła uprzejmie.
— Trudy te sprawiają mi wiele przyjemności, a zarazem przynoszą zaszczytne wyróżnienia — ciągnął dalej, chcąc do reszty olśnić piękne dziewczę. — Niedawno jeszcze księżna Jerzowa, uderzywszy mie wachlarzem po ramieniu, rzekła przy wszystkich: Cher monsieur Korybut, możebyś przyjechał wjesieni na parę tygodni do nas?... Poczem odwróciwszy się ku reszcie towarzystwa, dodała: Moryś w liczniejszem zebraniu jest nieoceniony. Il fait et frais de Ia compagnie, co bardzo wesoły nastrój podnosi. Nazwała mnie wobec gości swych Morysiem; odmówić też nie było sposobu.
— Ależ w takim razie, pan ani na chwilę nie będziesz w domu? — wtrąciła pani Opolska.
— Ha, cóż robić, człowiek nie dla siebie żyje tylko; obowiązki względem społeczeństwa przede
wszystkiem; trzeba się umieć poświęcać niekiedy. A dla mnie to tem cięższe, iż chętnie pojechałbym odetchnąć trochę rodzinnem powietrzem, zobaczyć moje posiadłości...
— Gdzie? — wtrącił zbliżając się Morski. — Wiesz co, Moryś — dodał lekceważąco —jak tak pozwolisz dobrom twojem wojażować, to ci gotowe kiedy na księżyc uciec.
Korybut udał, że nie słyszy, a ujmując jednę z lilii białych, mówił do Tereni:
— Nénuphare, cóż to za piękny kwiat! Szkoda, że bez woni. Ileż by zyskał, gdyby mu dać zapach takiego corylopsis du Japon. Była to perfuma najmodniejsza tego karnawału, wszystkie panie z arystokracyi innej nie używały.
— Wszak wolno rni kuzynko, korzystać z otrzymanego przeszłą razą przywileju i zapalić cygaro?— pytał hrabia Eustachy pani Opolskiej, a wydostawszy srebrne pudełko, ruchem mimowolnym wyciągnął je ku Kory butowi.
— Ja tutaj nigdybym nie śmiał — zauważył Moryś — pozwolisz jednak wziąść na później.
I wyjęte zręcznie dwa cygara odrazu, zniknęły w głębokościach jego kieszeni.
W powietrzu rozległy się w tej chwili dźwięki wpół dzikie, wpół smętne, które nabierając stopniowo coraz większej wyrazistości, zamieniały się w ryt. miczne tony tanecznej muzyki. Skrzypki piszczące,
niezbyt umiejętną kierowane ręką, wzmacniał odgłos w takt poruszonych dzwonków i monotonne nieco uderzenia małego bębenka.
— Co to? — podjął Kruzenberg żywo.
— Wesele włościańskie — objaśniła z uśmiechem pani Opolska. — Wieśniacy tutejsi, po kilkodniowych godach, przychodzą zakończyć je we dworze, a przynosząc w darze chleb i ręcznik, tkany przez pannę młodą, proszą dziedziców o błogosławieństwo. Zwyczaj ten poetyczny, kończy się zwykle tańcem i poczęstunkiem. Dzisiejsza para tem większe ma do niego prawo, iż narzeczona jest sierotą, dla której dwór piekł korowaj.
— Korowaj? Quelle est cette machine la? — podjął Morski.
— Nie pamiętasz, hrabio? Ciasto weselne, którego piramidalnie poustawiane i zielenią ubrane wysokie skrzydła, tak nas bawiły w dzieciństwie. Ale może wyjdziemy na spotkanie młodej pary?
I zaprosiwszy skinieniem barona, skierowała się ku drzwiom. Terenia w towarzystwie Morskiego i Kotwiczą, poszła za przykładem matki, a oczy ich malowniczy uderzył widok.
Od bramy wjazdowej, okrążając trawnik, szła zwolna ku gankowi weselna drużyna, rozochocone zaś twarze jej i śpiewy, wtórujące muzyce, świadczyły, iż dworski poczęstunek będzie już tylko ostatnią w uciesze tej kroplą. Na czele postępowali