Strona 27
Spojrzenie też, jakiem obejmował wysmukłą tę postać w bieli, musiało gorącą moc posiadać, bo zbudzona ze słodkiej zadumy, Terenia, od niebios szczytu, czarne swe oczy nagle na młodego przeniosła mężczyznę. Promienne gwiazdy jednak, jakby spłoszone dojrzanym wyrazem, w tej chwili ku rzece opadły.
— Zamyśliłam się, przepraszam — wyrzekła — ale tak tu pięknie, tak uroczo, iż co prawda, zapomniałam na chwilę o panu.
Młody człowiek milczał.
— Cisza przyrody i ta pieśń jej niepojęta, dziwnie wpływa na mnie — mówiła. — Zdaje mi się, iż duszę moją wyrywa i na jakichś skrzydłach przeczystych w nieznane unosi przestworza.
Jerzemu cisnęła się na usta odpowiedź gorąca, w uszach jednak zabrzmiał jednocześnie wyrok ojca:
— Pamiętaj, żeś dziecię ludu, syn chłopa. Oddać dla nich możesz krew nawet i życie własne, żądać jednak, nic ci w zamian nie wolno. To nasze wyznanie wiary, nasz punkt honoru!
W śnieżną szatę przybrana postać pochyliła się, wyciągając białą rączkę po kielich lilii srebrzystej, która, jak toni tych królowa, bogatą swą koroną powierzchnię jej wieńczyła.
Jerzy poruszył szybko łódkę, i w kwiat zaklęta rusałka, wyrwana z kryształowego swego pałacu, w jego znalazła się dłoni.
— Jeżeli nie wolno mi wtargać w marzenia pani — stłumionym wyrzekł głosem — chciałbym w zamian, aby kwiecie, jakie spotkasz na twej drodze, przezemnie było ci podanem.
— Nie wolno? — podjęła. Dlaczego?
— Hrabia Morski lepiej odpowiedziałby na to.
— Czy dla tego, że pan nie masz odwagi w krainę marzeń sięgać?
— Nie, przypuszczani jednak, iż są granice, których duma patrycyuszowska nigdy dla plebsu dostępnemi nie uczyni.
Kruczymi splotami uwieńczona główka Tereni podniosła się żywo.
— Co tobie jest, panie Jerzy? - zapytała. — Nie poznaję cię dzisiaj. Skąd ta obca panu zazwyczaj nuta żalu i goryczy? Skąd pan, przybrany prawie brat Tadeusza, a najstarszy mój przyjaciel, w zastosowaniu do nas, do najbliższej swej rodziny nieomal, używasz porównania o plebsie i patrycyuszach? Kto cię zadrasnął niebacznie? Komu chcesz ubliżyć, mnie, czy sobie, bo uprzedzam, iż w pierwszym, jak drugim razie, bolesną wyrządzisz mi przykrość.
Spojrzała mu w oczy z łagodnym, promiennym uśmiechem. Jerzy ręką po czole przesunął.
— To jakaś zła mara — wyszeptał. — Masz pani jestem doprawdy niewdzięcznikiem.
— A więc jedźmy do Opola. Serdeczne słowa
mojej matki, która pana tak kocha, czarną tę marę zażegnają może i odpędzą.
— I owszem, dom wasz, to jedyne miejsce, w którym lepszym i szczęśliwym czuję się zawsze — przyznał Kotwicz, i chwytając za wiosło, silnie posunął łódkę.
— O, przepraszam — zadźwięczał srebrzysty śmieszek Tereni. — Musimy wpierw uzbierać białych lilii, by naszej dobrej wróżce kwiatów przywieźć w dani.
Wesoło, jak gdyby mara słowami zaklęta, ukryła już kościste swe oblicze, rzucili się do rwania gwiazd nadbużnych, gawędząc z braterską, zwykłą im swobodą.
VIII.
— A! ty, szkaradne dziecko — wołała pani Opolska w godzinę później, gdy Terenia z całem bogactwem lilii wodnych w rękach, stanęła na progu salonu. — Czy godzi się na tak długo zostawiać mnie samą i to wtedy właśnie, gdy mamy gości? Co widzę, Jerzy? No, skoro tego kapryśnego odludka przywiozłaś ze sobą, przebaczają ci się wszelkie grzechy.
Podczas, gdy Kotwicz dziękował kilku słowami pani Opolskiej, tłómacząc się równocześnie z długiej nieobecności, Terenia, skorzystawszy z trzymanych w ręku kwiatów, na gorące powitanie i wyciągniętą dłoń Eustachego Morskiego chłodnym tylko odpowiedziała ukłonem, przyczem czarne jej oczy badawczo przedstawionych sobie mierzyły gości.
— Kuzyneczko — mówił hrabia — z temi liliami w dłoni wyglądasz na istną królowę kwiatów i wiosny; milo mi też zbliżyć do siebie dwie pierwszorzędne poteneye, prezentując ci księcia finansów, barona Kruzenberga-
— Który, jak każdy książe, może wobec królowej być tylko kornym wasalem — uzupełnił bankier, chyląc się w nizkim przed Terenią ukłonie.
Ten ton przesadnej grzeczności, jakby zapożyczony od Morskiego, podrażnił piękne dziewczę.
— A czy nie znajdujesz, panie baronie, że książe i królowa byliby w takim razie tylko szablonem? — zauważyła drwiącym nieco głosem.
Kruzenberg wyprostowany, bystre swe oczy zatopił na chwilę w jej licach.
— Cela dépend, Albert i Wiktorya angielska umieli znaleść bardzo szczęśliwy punkt wyjścia wobec podobnego szkopułu — odparł z pół żartobliwą, półczelną śmiałością światowca.
— Hien que ca — zaśmiał się hrabia Eustachy. — Brawo! Przyznaj, kuzyneczko, że mój przyjaciel potrafił odrazu ton swój dostroić do nieszablonowych wymiarów... Maurycy Korybut — kończył, przedstawiając drugiego towarzysza — mniej będzie wymagającym.
— Czy nie pozwolisz, pani, uwolnić się od pięknego, ale nużącego ciężaru? — zapytał Moryś, wskazując na pęki kwiatów, trzymane przez Terenię.