Strona 26
miczną powagą. — Circonstances atténuantes, wobec których ferowanie wyroku odłożyć nam przyjdzie.. Czy te same wszechpotężne przyczyny wstrzymywały pana od bywania w Opolu ostatnimi czasy?
— Nie, lecz miejsce to wstrętnem mi się stało wskutek złośliwości pewnej młodej osoby — odparł tonem równie lekkiego żartu.
— Wstrętnem? Wielki Boże, co za czarna niewdzięczność! A nam tęskno było za panem.
Rysy mężczyzny rozjaśniły się nagle.
— Doprawdy? — zapytał. — Więc nieobecność moją zauważyłaś pani?
Piękne oczy Tereni, bez cienia kokieteryi, z całą szczerością podniosły się ku niemu.
— Przyznaję, iż bardzo mi było brak pana — rzekła, wyciągając ku niemu rączkę. — Godność panny dobrze wychowanej kazałaby mi zaprzeczyć — dodała z uśmiechem — sumienie jednak zmusza do wyznania prawdy.
Jerzy drobne paluszki ujął i w silnej swej przez chwilę zatrzymał dłoni.
— Nie miałam z kim pomówić o ostatniej przeczytanej książce — ciągnęła — nie miałam komu pokazać róż, świeżo rozkwitłych. A taka piękna, jedna szczególniej, biała z lekko rozchylonymi listeczkami.
Kotwicz pomyślał, iż ona sama, z alabastrową swą cerą, podnoszącą delikatnie wyrzeźbione rysy,
najlepiej różę białą uosabiała w tej chwili, i popychany dziwnym jakimś magnetycznym prądem, drobne paluszki do ust poniósł.
— Wprawdzie hrabia Morski — mówiła dalej. Rączka nagle wypuszczoną została. Terenia
rozśmiała się mimowoli.
— Aha — zawołała — więc to mój szanowny opiekun wystraszył pana?
Jerzy kilku uderzeniami wprawił w ruch łódkę, poczem zapytał:
— Gdzież popłyniemy?
— W nieskończoność — odparła wesoło.
— Co tłómaczone na język zwykłych śmiertelników, znaczy?
— Do Opola, rzecz prosta. Gdyby nie owo wiosło nieszczęsne, powinnam już była wrócić tam od godziny. Ale nie odpowiedziałeś mi pan, czy to mój wujaszek wystraszył cię na tak długo?
— Czemu pani nadajesz mu to miano?
— Bo jest moim wujem — drażniła się lekko. — Więc to on grał rolę straszka? Biedny hrabia, taki przekonany o swojej piękności; pewno wiadomością tą zmartwiłby się srodze.
— W rzeczy samej — przyznał młody człowiek. — Zdawało mi sie, iż obecność moja drażni hrabiego Morskiego i do niemiłego dla wszystkich popycha sarkazmu. Wobec zaś praw, jakie on w domu pań posiada, sądziłem, że należy mi się usunąć nieco.
— Zapominasz, panie Jerzy, iż praw wyższych nad twego ojca i ciebie nikt inny mieć u nas nie może. Czy po to — dodała — wzrastaliśmy razem, czy po to chwile doli i niedoli wspólnieśmy spędzali, byś pan sądził dzisiaj, że lada arogancki pyszałek, pokrywający brak serca i sumienia werniksem wielkoświatowym, zdoła pierwsze przed wami zająć miejsce?
Słowa jej szczerością tchnące, jakby różczka czarodziejska rozpogodziły rysy Kotwicza.
— Dziękuję — wyszeptał.
— A czy godzi się opuszczać szranki tchórzliwie? — pytała z żartobliwym wyrzutem. — Gdzież animusz rycerski i wytrwałość?
— Szranki rycerskie stanowiły dla nas, chłopów, tak długo niedostępną arenę, iż nic dziwnego, że jako nowicyusze chwiejne na niej stawiamy kroki.
W glosie jego, jakaś dumna przebijała się gorycz.
— Przeciwnie — zawyrokowała — zdobywszy ją siłą i zasługą, powinniście na polu zwycięztwa, z podwójną utrwalić się odwagą. Ale dosyć o tem. Wracasz, panie Jerzy do nas, i pamiętaj — lekko pogroziła paluszkiem — że ci przed wymuskanym elegantem rejterować drugi raz nie wolno.
W ciemnych, wpatrzonych w nią oczach chłopca
błysnął jakiś płomień przelotny i, pomimo natychmiastowego spuszczenia powiek, całe rozjaśnił oblicze.
W tej chwili wjechali do lasu, a potężne, wilgocią podsycane drzew konary, zaplotły się nad ich głowami, w bujne, życiem i młodością drgające sklepienie z zieleni. Znużony wiosłowaniem pod wodę, Jerzy pchnął łódkę ku brzegowi, o tyle tylko nią powodując, by słaby w tem miejscu prąd zrównoważyć. Głęboką ciszę leśną przerywał jedynie świegot ptaków. Olbrzymy, o wyciągniętych ku niebu ramionach, szumiały tajemniczo, a pieśń ich upajająca, smętna, zlewała się w dziwną harmonię z szumem z cicha płynącej wody, jak gdyby tym tęsknym śpiewem przyrody chciała budzić umyślnie w duszy ludzkiej nieokreślone porywy i pragnienia.
Zieleń ta, i głęboki po nad nią szafir niebios, odbite w przezroczystej toni Bugu, zdawały się zewsząd otaczać łódkę, jakby chciały dwoje młodych ludzi od reszty odosobnić świata, unosząc ich w kraj nieznany, tajemny, daleki od gwaru ziemi, od nędz jej, zawiści i trosk drobiazgowych. Urok ciszy tej i samotności dziwnie działał rozmarzająco. Szum drzew kołysał się w powietrzu, potężny, jak hymn miłości i nadziei.
Terenia, z rączką zarzuconą nad głową i czarnemi źrenicami, utkwionemi w błyskający wśród ko-
narów, przestwór niebios, z postacią lekko w tył przechyloną, zasłuchana z upojeniem w tony tej muzyki cudownej, rozmarzona, o całym na chwilę zapomniała świecie. Dla idealistycznej jej natury, poezyą przyrody wykołysanej, samotność ta i otoczenie posiadały czar niewypowiedziany. Urok jej i Jerzego porywał również; Jerzego, który jak prawdziwe dziecię ludu, ciszę leśną, język dębów i klonów, z podwójną pojmował silą. Ileż to godzin samotnych spędził on zasłuchany w ich mowę, ile dni ze strzelbą na ramieniu, błąkał się wśród oddalonych gęstwin i ostępów!
Ogniste oczy jego, śledzące z rozmarzeniem drzewa lub wodę, przeniosły się z kolei na białą postać nieruchomie przed nim siedzącą, i jakby bezwiedną silą przykute, zawisły na tych rysach cudownych, posągowych, tchnieniem zachwytu opromienionych.
Po co miał szukać zbiorowego obrazu poezyi przyrody, kiedy ona sama uosobieniem poezyi była. Doskonała piękność dziewczęcia po raz pierwszy tak silnie uderzyła Jerzego. Dotąd nie wiedział, że usta jej posiadają barwę najczystszego karminu, a oczy blask gwiazd ciemnych; nie zauważył, że profil czystością linii, greckie przypomina posągi, tajemniczego zaś cieniu, jaki długie czarne rzęsy, na delikatne rzucały lica, najcudniejsza Transteweranka pozazdrościć jej mogła.