Strona 25
żując mu obowiązek, dawał zarazem jako tarczę obronną, poczucie godności własnej i honoru, który nakazywał oddać wszystko, niczego wzamian nie żądając.
Dla Jerzego, słowa te były echem radośnem własnych pragnień. Podniecając entuzyastyczne jego marzycielstwo, dawały mu za cel widomy, szerszy horyzont działania. Czuł, że Opole pociąga go i przykuwa, wewnętrzny instynkt wszakże ostrzegał, iż gra tu rolę ćmy lecącej bezwiednie do świecy, po to, by sobie skrzydła opalić.
Gdy chodziło jednak o myśl ogólniejszej doniosłości, cóż znaczyły skrzydła prostej ćmy szarej?
I Jerzy postanowił poświęcić je na możliwe całopalenie, a myśl ta — rzecz dziwna — taką przejęła go swobodą, jak gdyby skrzydła były dla biednego nocnego motyla, narzędziem zupełnie zbytecznem.
Powrót po parotygodniowej nieobecności do Opola niespodziewanie ułatwionym mu został. Dzierżawiona przez niego Kalina, stojąca już po za obrębem posiadłości staszicowskich, była oddzieloną od majątku pani Opolskiej tylko małym owym laskiem, w którym stary Kotwicz rozmawiał z wodnemi liliami i wilgą. Obie zaś wioski, prócz malowniczej, drzewami wysadzanej drogi, idącej do Hrubieszowa, łączyła jeszcze bystra wstęga Bugu, służąca latem za milszą i szybszą nawet, a wprost ogrodów dotykającą komunikację.
Nazajutrz też Jerzy Kotwicz, uwijający się konno wśród zajętych zbiorem siana robotników, którym tu rzucał zachętę, tam żart, poczciwe słowo, lub naganę, posłyszał nagle uwagę jednej z dziewczyn:
— Patrz, patrz, panienka z Opola sama na Bugu, a jak prędko płynie!
Jerzy obrócił się szybko.
Na środku rzeki, prądem unoszone, sunęło w rzeczy samej białe, tak dobrze znane mu czółenko, siedząca zaś w niem kobieta, wiosłem w górę podniesionem, widocznie jakieś znaki dawała.
Wyżej, bo na koniu usadowiony, młody człowiek spostrzegł natychmiast, iż wątła ta łupinka, wirem pchana, bez żadnego biegnie kierownictwa i lada chwila przewrócić się może. Co to miało znaczyć, wszak panna Opolska doskonale umiała łódką kierować. Jeden bystry rzut oka wytłómaczył całą zagadkę. W rączce Tereni nie wiosło, lecz szczątki jego widniały tylko.
Młody człowiek zbladł gwałtownie. Rzucić cugle wierzchowca jednemu z wiejskich chłopców i skoczyć w czółno, które, jak zwykle tam, gdzie więcej robotników pracuje, stało u brzegu, było dla Jerzego dziełem kilku minut zaledwie.
Paru silnemi uderzeniami wiosła odbił od lądu; aby jednak dosięgnąć środka rzeki, trzeba było wpierw przebyć pas gęstego szuwaru i przedrzeć
się przez oczeret, na bardzo płytkiej wodzie wyrosły, a tem samem utrudniający wiosłowanie. O omijaniu przeszkód tych w tej chwili, mowy być nie mogło; każda sekunda zwiększała niebezpieczeństwo, na jakie tu, wśród najsilniejszego prądu i na głębi niezmierzonej prawie, Terenia z konieczności narażona być musiała.
Jerzy nadludzkie czynił wysiłki. Na ręku jego i skroniach grube nabrzmiały żyły, ciemne włosy do lekko ogorzałego przylgnęły czoła. Gdyby o własne szło życie, nie mógłby pracować gwałtowniej. Jeszcze chwila, jeszcze kilka mocnych uderzeń i nareszcie szuwary przerzedzać się zaczęły, a czółno większa uniosła woda. Kotwicz odetchnął, zdawało mu się, że jest panem położenia. Sprawa wszakże niełatwą była. Należało nietylko dostać się na środek rzeki i dogonić niknącą z prądem łupinkę, ale zatamować jej tak drogę, aby bez zbytniego wstrząśnienia zatrzymaną została.
Gorączkowa praca wioseł, które zanurzając się głęboko, lejkowaty po sobie ślad zostawiały, zdołała zrównać wkrótce dwie łódki.
— Panie Jerzy, na Boga, po co ten pośpiech? — zabrzmiał dźwięczny jak srebny dzwonek, glos panny Opolskiej. — Wszak nie ma nic pilnego, mnie ta bardzo dobrze nawet.
A spostrzegłszy, iż długie, proste czółno Kotwi-
cza zabiega jej już drogę, podniosła strzaskane wiosło, dodając żartobliwie:
— Załoga, brana w niewolę, salutuje z pokorą zwycięzcę i... poddaje się dobrowolnie.
Kotwicz przysunął ku sobie czółna, by zręcznym ruchem przeskoczyć wraz z wiosłem do wytwornej-' łódki opolskiej, poczem z wiru na brzeg rzeki ją skierował.
Teraz niebezpieczeństwo minęło nareszcie; naprężenie jednak nerwów, jakiego doznał w przeciąga ostatniego kwadransa, ujawniło się nagle szorstkim wybuchem.
— Jak można być tak lekkomyślną — zawołał — żeby z życiem swojem, jak z czczą igrać zabawką?
Czarne oczy Tereni podniosły się ku niemu zdumione.
— Ależ ja wiosła nie złamałam umyślnie — objaśniła. — Było widocznie pęknięte i stąd...
— Należało obejrzeć je wpierw — przerwał — lub nie wyjeżdżać samej.
Dziewczę ze szczerą prostotą spojrzało mu w oczy.
— Czy pan jesteś zawsze w złym humorze, gdy oddasz przysługę? — zapytała słodko.
Jerzy w milczeniu odwrócił tylko głowę.
— Pozbawiona wiosła, płynęłam spokojnie, bo wiedziałam, że mi nic złego stać się może. Dzień taki piękny, cichy, choćbym więc nikogo nie spo-
tkała na rzece, prąd mógłby mnie tylko donieść do przewozu, zkąd powrót do Opola nie byłby znów tak trudny. Żałuję nawet — dodała miękko — żem niepotrzebnie zaniepokoiła pana, sobie zaś po to zakłóciła samotną przejażdżkę, by pozyskać... nadąsanego towarzysza. Kotwicz zawstydził się.
— Przepraszam panią — wyjąkał zmieszany — ale bo na widok niebezpieczeństwa, jakie pani groziło, krew mi uderzyła do głowy...
— I zagotowała się — uzupełniła Terenia — po to, by wrzątkiem mnie obryzgać. Nie wiedziałam, żeś pan impetyk.
— Nie, tylko...
— Żal panu było strzaskanego wiosła — dodała żartobliwie. — Hm, racya, oszczędność przedewszystkiem: ale w takim razie, pocóżeś pan swoję czółno rzucił na łaskę i niełaskę losu?
Młody człowiek podniósł powieki i nieufne rzucił wejrzenie.
Równocześnie jednak oczy ich spotkały się i po falach rzeki rozbrzmiały dwa wybuchy szczerego, pełnego życia śmiechu.
— Czy uzyskałem już przebaczenie? — pytał. — Byłem brutalem, przyznaję, ale ze względu na nadzwyczajne okoliczności, racz mi to pani darować.
— Tak, złamane wiosło i porzuceni kosiarze, to w rzeczy samej ważne motywa — przyznała z ko-