Strona 24
względnego wykształcenia, sam ręką zapracowaną za kosę i pług chwytałem, by im pokazać, że chłopem jestem i chłopem pozostanę, a żyjąc ich życiem, ciesząc się radością i płacząc nad troskami, szczęścia wszystkich tylko pragnę; — ty nawzajem, by myśl tę krzewić wśród klas wyższych, musiałeś przemawiać ich językiem i właściwe im przybrać formy. Dlatego, Jerzy, ty, syn chłopa Kotwicza, nie poprzestając na kilku klasach przez ojca skończonych, wychowany zostałeś jak pańskie dziecko.
— Nie mówiłeś mi o tem ojcze...
— Nie mówiłem, być może — przynajmniej nie wskazałem ci dotąd tak jasno obowiązku, który sam musiał zarysować się z czasem. Widzisz Jerzy, młode głowy są łatwo zapalne, a ty należysz do entuzyastów, cel więc szlachetny, pokazany zdaleka byłbyś pochwycił z gorączką młodości, i podzieliwszy go z innymi, równie niedojrzałymi marzycielami, zwichnął w zarodzie. Ja zaś nie chciałem ciebie zrobić jakimś błędnym rycerzem, walczącym z wiatrakami, nie pragnąłem widzieć w tobie propagatora krańcowych poglądów.
Czyż mam na niego zacięcie? — podjął z uśmiechem Jerzy.
— Dzięki Bogu, nie.
— A czy ciebie ojcze, ciasne ramy nigdy nie krępowały, czy nie próbowałeś zerwać węzłów, dobrowolnie woli swej narzuconych?
Starzec smutnie pochylił głowę.
— Raz tylko sprzeniewierzyłem się zadaniu memu — wyznał. — Było to wtedy, gdy pokochawszy twą matkę, chciałem dla niej większy zdobyć dostatek. Przyjąłem ówcześnie generalną plenipotencyę u hrabiów Morskich. Uczyniłem poświęcenie, którem nieboga niedługo się cieszyła. Umarła, was mi pozostawiając. Dla ciebie, Jerzy, skuszony dużą pensyą, prowadziłem czas jeszcze jakiś ich interesy. Dzięki temu i skrzętności całego życia, dziś mogłem ci wziąść Kalinę w dzierżawę.
— Dziękuję, ojcze.
— Nie dziękuj, w zamian masz siostrę na opiece, a los jej tobie już zostawiam. Zetknięcie ówczesne z arystokracya i stosunek z Opolskim, podsunęły mi myśl, że i tam możnaby dużo zrobić dobrego. Ja jednak za szorstki byłem na to, za twardy. Salony potrzebują form wykwintnych; tam aksamitna tylko ręka zdoła zetrzeć pył zgnilizny i zastoju. Formy te starałem się tobie nadać, Jerzy. A teraz, czy wiesz, po co ci to wszystko mówię dzisiaj?
— Nie, ojcze.
— By wskazać, że Jerzy Kotwicz nie ma prawa zamykać się w sobie i cofać, dlatego, iż próżny pyszałek zaimponować mu spróbował.
Pociągnął syna i głowę jego ze wzruszeniem do piersi przycisnął. Gdy zaś niemy, wymowny ten
uścisk skończył się wreszcie, lica starego dziwnym płonęły światłem, głos drżał lekko.
— Jerzy — wyrzekł — kwestyę tę nie prędko już z tobą poruszę. Są to rzeczy, które mi za każdym razem kawał duszy wyrywają. A teraz, chodźmy na łąki, powietrze ich i widok pracy do równowagi mię przywróci.
VII.
Słowa starego Kotwiczą, głębokie na synu uczyniły wrażenie. Jerzy znał dotąd ojca, jako niczem niezrażonego idealistę i marzyciela, który ukochawszy rodzinną swą chatę wiejską i ubogich jej mieszkańców, życie całe poświęcił niesieniu im światła poprawianiu doli nieszczęsnych — ale takim nie znał go jeszcze.
Zerwać tamę, nałożoną sobie dobrowolnie, aby potokiem słów, z serca płynących, wypowiedzieć, ca mu oddawna w umyśle nurtowało, rzecz to była niełatwa dla Kotwiczą. Spełnił ją wszakże, bo z jednej strony, dręczony obawą, by urok Tereni nie podziałał zbyt silnie na Jerzego, chciał przypomnieć synowi, iż nie wolno mu marzyć o zbliżeniu do niej; że honor nie pozwala żądać podobnej zapłaty za wyiświadczone usługi, za przyjaźń i opiekę; z drugiej
pragnął zapobiedz odsunięciu się Jerzego od kółek inteligentnych i zamknięciu się w sobie. On sam popełnił już to szaleństwo, pozbawił się dobrowolnie pola do działania, pozostawił je w ręku nieprzyjaciela, by zraniony głęboko w najświętszych uczuciach, jak ślimak we własnej zamknąć się skorupie. Był to jedyny objaw egoizmu z jego strony. Rana jednak, zadana lekomyślną ręką tego samego hrabiego Eustachego, krwawiła się tak boleśnie, iż Kotwicz którego sercu obcymi były porywy zemsty, nie chcąc poruszać spokoju umarłych, odsunął się tylko i wyrzekł raz nazawsze stosunków z pańską sferą.
Powrót Morskiego po długoletniej nieobecności, ranę z trudnością zabliźnioną otworzył nanowoj a choć gorycz przeszłości złagodzoną już była, niemniej starzec, niedowierzając sobie, postanowił unikać z nim spotkania. Aby jednak nie wyrzekać się ważnej placówki, nie porzucać działalności tam, gdzie ona doniosłe znaczenie mieć mogła, spróbował na swojem miejscu postawić Jerzego. Chłopcu przeszłość chcą była, przedstawiał on zaś lepszego na tem polu, niż ojciec bojownika. Mógł walczyć nzbrojony w wyniki wiedzy i nauki, przemawiać ich językiem, imponować wykształceniem, porywać młodzieńczym zapałem. Powinien był więc tam Pozostać. Aby zaś walka ta sił jego nie złamała, by w niej własnego nie stargał serca, starzec, wska-