Strona 23
— Przepraszam cię, ojcze, za opieszałość te i dziękuję, żeś mnie zawstydzić spróbował.
— Przypuszczałem, że wskutek pory roboczej -musisz być bardzo zapracowany i dlatego...
Młody człowiek z pewnem pomieszaniem książkę odsunął.
— Czytałem tylko chwilowo, dla odpoczynku...
— Mój Jerzy, nie tłómaczże się — przerwał stary Kotwicz. — Za kogoż mnie bierzesz? Czy sądzisz, że ci książkę za złe wezmę, że chciałbym cię zaprządz do pługa i kosy tylko? Gdybym tego pragnął, byłbym cię od razu w odmienny wychowywał sposób. Jakkolwiek sam chodzę w szarej kapocie i z kijem sękatym w ręku, miary tej nie myślę do do ciebie stosować. Każdy z nas w innych jest warunkach i inne ma pole do działania, a choć nas wspólność celu łączy, musimy odrębnemi kierować się do niego drogami!
— Przyszedłeś ojcze piechotą, tak daleko?
— To nic. Wiesz, że lubię chodzić, zapewnia mi to swobodę, pozwala zbliżyć się do każdego, wejść do domów mijanych.
— Tak, ale podczas czerwcowego upału...
— Dzieciństwo, przywykłem do tego. Źle byłoby, gdyby chłopskie dziecię, latami sierocej niedoli zahartowane, lękało się ciepłych promieni słonecznych. Widzisz, Jurku, ja należę jeszcze do popolenia wykutego z granitu; od was, przedstawicieli
wyższej, a tem samem więcej zniewieściałej cywilizacyi, nikt by sił żelaznych wymagać nawet nie mógł.
— Może jesteś głodnym, mój ojcze? — zapytałmłody człowiek, powstając żywo.
Starzec uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Patrzcie państwo — mówił żartobliwie — będzie koło mnie, jak około panienki skakał. A może, papo, tego, a może tamtego? Dziękuję chłopcze; wstąpiłem po drodze do Opola, a jak wiesz, ztamtąd nie puszczą starego Kotwicza, żeby się z nim chlebem i solą nie podzielić.
Jerzy milczał.
— Roboty idą gorączkowo — ciągnął ojciec dalej — sianokosy w pełnym rozwoju; pani Opolska sama wszędzie dogląda i dojeżdża, panna Teresa zaś wzięła na swoją głowę dom, ochronkę i wszystkie drobne zajęcia.
Jerzy z pewnem zajęciem rozplątywał łańcuszek od zegarka.
— Dzielne kobiety — mówił stary Kotwicz z zapałem. — Dalibóg, ze świecą nie znalazłby podo-
bnych; dobre, jak anioły, rozumne, szlachetne, przytem obdarzone wysokiem poczuciem obowiązku; żadnych fanaberyj, żadnej próżności...
Syn nie przeczył, ale też nie potakiwał; to wytrwałe milczenie zwróciło wreszcie uwagę Kotwicza.
Zamilkł, rzuciwszy zaś z pod oka badawcze spójrzenie na młodego człowieka, dodał:
— Ale, ale, skarżyła mi się pani Opolska, że i u nich dawno nie byłeś, że cię wcale nie widują teraz. Zkąd ta niegrzeczność, mój Jerzy?
Zapytany zmieszał się lekko. Pod badawczem wejrzeniem ojcowskiem rysy jego przelotna pokryła purpura.
— Upały takie, przytem na łąkach pilna robota — próbował tłómaczyć się.
— Tem więcej należało zaglądać tam, by czemkolwiek dopomódz pani Opolskiej w zajęciach. Nie wolno nam grać względem niej roli salonowych tylko sąsiadów.
W rysach Jerzego sprzeczne jakieś walczyły z sobą uczucia. Starzec przyglądał się temu starciu, jak niepojętej dla niego zagadce.
— Przyznam ci się, ojcze — wyrzekł w końcu — iż umyślnie nie byłem w Opolu. Spotkawszy tam dwukrotnie Morskiego...
— Czyżby ten pyszałek ubliżył ci w czemkolwiek?
— Na ubliżenie nigdybym nie pozwolił — odparł z dumą. — Sarkazmy jednak hrabiego, zwróciły moja. uwagę, iż... iż lepiej może abym dopóki on tu bawi, rzadzej bywał w Opolu.
W siwych oczach starca niepokój odbił się na chwilę
Rób jak chcesz i jak uznasz za stosowne. Znaiąc cię, wiem iż nie zapomnisz nigdy, coś winien godności własnej. Nie przeczę wcale, że ludzie, tego co my pokroju, którzy z niczego powstawszy, prócz pracy uczciwej, prócz serca i głowy, nic świata ofiarować nie mogą, że ludzie jak my ubodzy, względem takich rodzin, jak Opolscy, w nader trudnem znajdują się położeniu. Poczucie też honoru nakazuje nam wszystko dla nich robić, wszystko im oddać, niczego wzamian nie żądając. Słyszysz, Jerzy, niczego nie żądać, ani skarbów pieniężnych, ani moralnych; takiem jest wyznanie wiary chłopa Kotwiczą, takim punkt honoru, pod błogosławieństwem tobie przekazany.
Miody człowiek pojął doskonale myśl, w słowach tych ukrytą; głowa jego pochyliła się, na usta stłumiona wybiegła odpowiedź.
— Ja też ojcze żądać niczego nie myślałem.
— Tem lepiej dla ciebie. Skoro tak jest wszakże, nie widzę dobrej przyczyny, dla której miałbyś z powodu hrabiego przestać bywać w Opolu; pyszałek to obcy zarówno nam, jak im, obcy nietylko rodzinie, ale narodowi, z którego krwi pochodzi. Nie godzi się też dla jego fanaberyi lub docinków zapominać, iż pani Opolska przez wiele lat zastępowała ci matkę i że jej się za to wdzięczność należy. Gdyby nie stanowcze jej rady, kto wie, byłbym cię może po skończeniu klas kilku, odebrał
z gimnazyum i osadziwszy na Leśniczówce, przekazał całą moją tutejszą działalność, a sam w świat wyruszył.
— A więc to dzięki pani Opolskiej, ojcze, nie wzbraniałeś mi dalszej nauki?
— Rzecz prosta, chciała, abyś na równi z jej synem ukończył uniwersytet, a zawód późniejszy sam sobie obrał. Opierałem się z początku, użyła jednak najsilniejszego argumentu, dowodząc, że idea, która całem mojem życiem kierowała, wymaga tego koniecznie. Jeżeli bowiem wziąłem sobie za cel jedyny tchnąć ducha w szczytną a tak haniebnie skrzywioną przez ludzi, instytucyę Staszica, praca moja wśród siermięgowych współbraci, niedostateczną była, By zbliżyć dwa krańce, obydwoma kierować potrzeba; w ten sposób most z dwóch stron narzucany równocześnie, prędzej przepaść pokryje.
— Więc tym drugim działaczem, ja miałem być, mój ojcze?
— Tak. Ideę wspólnej na polu obowiązków pracy, ty, nie w chatach już, lecz w dworach i pałacach, powinieneś z zaparciem siebie nadal krzewić.
Jerzy z czcią nieledwie patrzył w rysy starca, ogniem zapału rozjaśnione.
— Jeżeli ja dla wzbudzenia większego zaufania wśród ludu, z którego wyszedłem, nie zrzuciłem przez całe życie szarej siermięgi, jeżeli pomimo