Strona 22
czekała ochłody i ożywczego wśród spiekoty ukojenia. Bug jednak, tak majestatycznie szeroką wstęgą rozlany niedawno, dziś, nie pozując już na rzek królowę, cofnął do zwykłego koryta swe wody, a zaznaczywszy szarą madą* ślady ostatniego zaboru, ukrył się kornie wśród traw wysokich, bujnym szuwarem przeplatanych. W miejscach tylko, gdzie prąd jego przybliżał się ku lasowi, cieniem drzew ośmielone, wykwitały na wodach wielkie lilie białe, które wśród szerokich liści, jak główki na rozłożonych skrzydełkach wsparte, zdawały się patrzeć ku przejezdnym, oczyma tych, co w nurtach zdradliwych śmierć niegdyś znaleźli.
Ani jednak legenda o topielcach, ani figlarne mruganie rusałek, w nenufary (lilie wodne) zaklętych nie zdołały zachęcić do chwili spoczynku, wyniosłej postawy starca, o siwych, bujnych wąsach i rysach wydatnych, znamionujących hart woli, oraz spokój, długiemi latami pracy zdobyty. Szedł krokiem równym, elastycznym, jak gdyby sześć krzyżyków, dźwiganych na barkach, nie ciężyło mu wcale; szare zaś jego oczy, pod białemi, krzaczystemi brwiami ukryte, łagodną powagę, z młodzieńczą nieomal łączyły pogodą. Ujrzawszy też srebrzyste gwiazdy,
--------------
* Madą zowią w języku ludowym na muł, zostawiony na łąkach przez wylew Buga.
(Przyp, aut.)
rozrzucone na ciemnej toni rzeki, uśmiechnął się do tych bladolicych Buga oblubienic i wyszeptał:
— Jak tu ładnie! Szkoda, że panna Teresa widzieć zakątka tego nie może; młodość lubi poezyę, przyrody, bo sama uosobieniem jest poecyi.
Rozśmiał się żartobliwie.
— No, stary, tobie nie wolno wzdychać do rzeczy minionych, zostaw to twojem dzieciom; wiek podeszły ma także swoje radości. Moja Różyczka rozpływałaby się nad temi liliami, a mnie wzamian — wolno się rozpływać nad Różyczką.
Przyśpieszył kroku, idąc zaś wciąż drogą, wijącą się wzdłuż rzeki, stanął niedługo na skraja lasu.
Roztaczający się stąd widok, odsłaniał malowniczą, niewielką wioseczkę, wśród młodych topoli i jarzębin, usadowioną, z niedużym dworkiem, wzniesionym na wzgórzu, u stóp którego Bug szerszą rozlewał się wstęgą. Całość wskazywała jednę z tych siedzib niedawno wzniesionych, lub też z oddalonego i zaniedbanego folwarku, zamienionych później na własność odrębną. Drzewa nie miały jeszcze czasu wzmocnić się i rozwinąć; duży ogród nie imponował wiekową swą powagą, wszystko jednak świadczyło o rękach pracowitych, a świeże, pełne jędrności, tworzyło nietylko sympatyczny obrazek, lecz obiecywało wielkie na przyszłość nadzieje.
Staranie uprawne pola, o bujnie rozwiniętych zbożach, radowały oczy starca, oddalony zaś
szczęk kos ostrzonych i balsamiczna woń ściętego siana, płynąca na skrzydłach powiewu, zdawała się płuca mu rozszerzać, wlewając w nie wzmacniające poczucie życia i siły.
Wsparty na kiju sękatym, powiódł okiem z dumą dokoła, poczem uśmiechnął się dobrotliwie.
— Dzielnie mój chłopiec się sprawia — wyszeptał. — Pracę i porządek widać z każdej grudki ziemi, aż serce rośnie na myśl, iż Bóg za trudy uczciwe takiemi pobłogosławił dziećmi.
W siwych jego oczach łza błysnęła.
— A widzisz stary — dodał — wzdychałeś przecież za młodością.
W tem z przybocznych drzew rozległ się głośny świegot wilgi, do złudzenia ludzkie gwizdanie naśladujący.
Wieśniak złożył usta i takiem samem odpowiedział jej świśnięciem.
— Tak, kochanie — mówił — gdy ucichły już słowiki, gdy muzycy wiosny porzucili śpiew, by się oddać poważniejszemu zadaniu wychowania młodych pokoleń, trzeba umieć, nie tęskniąc za skowronkiem, i wilgę ukochać także.
— No, ale dosyć gadania. Chodźmy dalej.
I, przerywając monolog, w którym nie było ani cienia goryczy, lecz tylko dobroduszna żartobliwość, tak często spotykana w filozofowaniu naszego ludu, porzucił drogę wysadzoną drzewami. Skręciwszy
zaś na ścieżynkę, wiodącą między łanem zboża a brzegiem łąki, skrócił odległość i wkrótce stanął na wzgórzu, mieszczącym dworek z ogrodem.
U sztachet, okalających domek, z którego okien widniały rozległe równiny, sioła i wioski, błyszczące wieże cerkwi i kościółków, stary zatrzymał się, a ogarniając rozpromienionem okiem szeroki widnokrąg, korytem rzeki oddzielony tylko, wyszeptał ze wzruszeniem:
— Cudny kraj, ta nasza ziemia; jaki obszar, ile bogactw! Rąk tylko, rąk do pracy, i serc, któreby, ukochawszy piędź jej każdą gorąco, pracą tak pokierować umiały. Te wieże, to kościół w Lubomli... Wszędzie tam byłem i wszędzie wśród wspomnień część duszy została. Hej, hej, miły Boże, jeżeli żałować młodości, to po to chyba, by wraz z nią raz jeszcze siąść na konia i po równinach tych pohulać.
Jakby w odpowiedzi na tęskne jego słowa donośne rżenie trzykrotnem echem rozległo się po łęgach.
Wyniosła postać starca zwróciła się żywo. U ganku, winem ocienionego, stał uwiązany pełen ognia wrony wierzchowiec.
— A, Jerzy jest w domu. Tem lepiej.
I minąwszy sień czystą, obszerną, popchnął drzwi od pierwszego pokoju. Zaciszny, skromny zakątek, urządzony z prostotą, niepozbawioną cech
dobrego smaku, nader pociągające czynił wrażenie. Wzorowy porządek, story przysłonięte, zapach kwiatów polnych, stojących w wazonach, półcień i chłód mile uderzający po upalnej atmosferze na zewnątrz, wskazyały domatorskie upodobania właściciela, który widocznie nie z chartami lub na jarmarku, ale tutaj, szukał chwil wypoczynku i rozrywki.
Przy biurku, z głową na dłoni wspartą i oczym z zajęciem w książkę utkwionemi, siedział Jerzy Kotwicz; postać zaś naprzód nieco pochylona i papieros zagasły w ręku, zdradzały, iż na chwilę zapomniał o wszystkiem, co go otaczało.
Skrzypnięcie drzwi dopiero wyrwało go z krainy marzeń i szybko powstać kazało.
— Ty, ojcze? — zawołał z ciepłem serdecznem. — Nie spodziewałem się ciebie dzisiaj.
Ruch, z jakim pochylił się nad ręką starca, nie miał w sobie nic szablonowego. Pocałunek ten był wyrazem czci synowskiej, a nie zwyczaju przez świat nakazanego.
Kotwicz dotknął siwymi wąsami głowy syna, poczem wzrok z dumą na dorodnej jego zatrzymał postaci.
— Ha, — wyrzekł, siadając na przysuniętem przez Jerzego krześle — zapomniałeś o Leśniczówce, stary więc ojciec po dwóch tygodniach niewidzenia jedynaka, stęsknił się za nim i sam przyjść musiał.