Strona 21
na czele ich właśnie — poprawiła szczerze. Kocham serdecznie starego Kotwicza i dzięki jemu pozbyłam się strupieszałych, pleśnią szlachetczyzny trącących uprzedzeń.
— Kochasz go kuzynko? A czy wolno wiedzieć, czem skarb taki, jak miłość twoją, zdołał pozyskać?
Prawa natura Tereni nie znosiła żadnych wybiegów, spojrzała prosto w oczy rudowłosego dandysa i odparła odważnie:
— Czem? Podjęciem obowiązków, któreś ty, panie hrabio odrzucił. Serdeczną, ojcowską opieką nad wdową i sierotami, odtrąconemi przez ciebie, mój wuju.Łagodna, pozbawiona sarkazmu, powaga jej zelektryzowała Morskiego.
— Kuzyneczko, nie kuś mnie — zawołał — bo opiekę tę, która dziś byłaby dla mnie najsłodszym pod słońcem ciężarem, gotówbym odebrać mu teraz jeszcze.
— Trochę zapóźno...
— Nie. Poczekaj, śliczny prawny kazuisto, a dowiodę ci, iż sprawę tę już badałem. Główną opiekunką waszą, była, rzecz prosta, matka; ja zostałem tylko na mocy ostatniej woli twego ojca, zaciągnięty do protokółu rady familijnej, jako opiekun dodany, kontrolujący jej czynności. Pomimo dziesięcioletniej mej nieobecności, postanowienie to nie
zostało następnie unieważnione. Prawdopodobnie Kotwicz zachował umyślnie nazwisko moje w aktach opieki, jako pewną gwarancyę dla wierzycieli, oraz zabezpieczenie dla siebie. Wobec prawa więc, moc moja i obowiązki trwają dotąd w pierwotnej sile; jeżeli zaś nie używałem ich, to tylko dowód, iż postępowaniu głównej opiekunki, jako zgodnemu z memi przekonaniami, nie miałem nic do zarzucenia.
Terenia wzruszyła ramionami.
— To litera prawa, kuzynko. Jak widzisz więc, gdy zechcę, mogę natychmiast czynnie do roli opiekuna twego powrócić, tembardziej, iż popierać mnie będzie życzenie zmarłego waszego ojca, przy świadkach wypowiedziane. Jeżeli zaś miłość twą zdobywa się gorliwem spełnianiem obowiązków opieki, gotów jestem natychmiast starego Kotwicza usunąć. A przypominam, że zarówno ty, iak brat twój, jesteście małoletni.
— Dziękuję — zaśmiało się dziewczę — ale nie trudź się niepotrzebnie, panie hrabio, bo najpierw Tadzio przebył już Rubikon, a powtóre, co prawda, wolę Kotwiczą.
— Młodego czy starego? — podchwycił Morski złośliwie.
Obydwóch — brzmiała szczera odpowiedź. Ojciec to typ prawości, pełnej prostoty, syn wykształceniem swem, szlachetnością i inteligencyą,
przewyższa całą tutejszą młodzież obywatelską; toteż prócz Tadzia, nie znam milszego nadeń chłopca. Z pod złotych binokli Morskiego, szydercze strzelały błyski.
— O, wiedzo i doświadczenie, szeregiem wieków stwierdzone, rozpryśnijcie się wobec tego uosobienia doskonałości! — deklamował z gryzącym sarkazmem. — Ciekawy tylko jestem, czy ów idealny don Kiszot chłopomanii, potrafiłby tak jak ty, kuzynko, narazić własne życie, dla uratowania zamorusanego dzieciaka. Odwaga i poświęcenie, to także spadek rycerski, z krwią po pradziadach odziedziczony. Młócenie cepami nie usposabia do bohaterstwa.
— A jednak bohaterstwo to, jak je szumnie nazywasz, hrabio, zawdzięczam tylko panu Jerzemu. Gdyby mi on i Tadzio nie wpoili poczucia własnej siły, gdyby nie oswoili z koniem, prawdopodobnie, jako blada panna, od krosien lub romansu francuzkiego oderwana, ulękłabym się pańskiego wierzchowca.
Eustachy Morski przygryzł wargi, a przesuwając przez palce czerwonawe faworyty z innego zaczął tonu.
— Jak widzę — mówił z lekką ironią — szlachetny ten młodzian niemałą w życiu pani gra rolę?
Długie, tajemniczy cień na alabastrowe lica rzucające rzęsy dziewczęcia, podniosły się ku niemu
poważnie; czarne, jak toń głęboka, spokojne i przejrzyste jej oczy, najlżejszego nie zdradzały zmieszania.
— Nie wiesz snać, panie hrabio, że wychowaliśmy się prawie razem — objaśniła.
Wejrzenie to czyste i niewinne uspokoiło Morskiego; magnetyczna jego siła, odurzyła go wszakże. Kontrast, jaki gwiaździste, ciemne źrenice tworzyły z delikatnymi, po mistrzowsku przez dłoń przyrody wykutymi, rysami kobiety, wywołał w brzydkiem jego obliczu tak gorący wyraz zachwytu, iż Terenia mimowoli opuściła powieki.
W tejże chwili stanęli u bramy ogrodowej Opola.
— Proszę, zechciej wejść, panie hrabio — zaproponowała ozięble.
— Dziękuję; nie śmiałbym w stroju od konnej jazdy przedstawiać się twej matce. Zresztą, towarzysze czekają na mnie w lesie, nie przypuszczając nawet, że losy uwieńczyły moją, wycieczkę, takiem czarownem spotkaniem. C'est une aubaine, kuzyneczko; łaska, za którą długo wdzięczny im będę.
Skłonił się nisko, dosiadłszy zaś podawanego przez groom'a konia, raz jeszcze uniósł kapelusza i popędził z powrotem.
VI.
Bogata, szmaragdowymi błyskami nęcąca zieleń wiosny, ciemniejszą przybrała barwę. Liście drzew, złączone w jednę gęstą kopułę, wskazywały poważniejszym tonem kolorytu, iż nad młodziutkiem ich życiem, przebiegło już tchnienie upałów, które, odbierając im uroczy puszek dziecięcy, dało wzamian cechę, dojrzałości i siły. Kłosy, przed dwoma jeszcze tygodniami, strzelające ciekawie do góry, dziś, tak samo zielone, lecz jakby świadome, że od plonu ich, życie tysięcy należy, pochylały się ciężarem ziarnka ku sobie, szepcząc coś tajemniczo. A fala ta żywa, barwna, mieniąca się setkami odcieni, od żyłek zielonych malachitu, aż do złota, stopionego w ogniu promieni słonecznych, płynęła i pochylała się, jak tłum ruchliwy, kierowana gorącym powiewem w stronę rzeki, od której widocznie