Strona 20
— Jesteś pan moim wujem — poprawiła.
Morski skrzywił się lekko.
— Wujem? Tak poważnie? Wolę jednak i to,
nad wyraz sztywno rzucany. Czy zgoda, kuzyneczko?
— Dobrze, ale później. Od tylu lat odwykłam uważać pana za członka naszej rodziny, iż dziś muszę się powoli do myśli tej przyzwyczajać, panie hrabio.
Ruch, z jakim Morski ściął pejczem przydrożne kwiatki, nie miał nic ze słodyczą wspólnego.
— Zawcześnie spróbowałem — mruknął pod rudawemi wąsami.
— Przepraszam, co takiego? — podjęła Terenia spokojnie.
— Zapytywałem kuzyneczko, czem chata owa ściągnęła sobie zaszczyt twoich odwiedzin?
— Och, ja w nich wszystkich bywam bardzo często, ta zaś jest specyalnie pod moim nadzorem. Widzisz pan, gdy lud wychodzi w pole do roboty, dzieci z całej wsi pozostają bez żadnej opieki; co z jednej strony demoralizująco wpływa na nie, z drugiej zaś staje się przyczyną częstych wypadków i ubogie matki pozbawia możności zarobkowania.
— Pocóż się obarczały familią? — rzucił pan Eustachy wzgardliwie.
Piękne dziewczę zarumieniło się lekko, a nie zaszczycając uwagi tej odpowiedzią, ciągnęło dalej:
— Chcąc przeto pracującym zapewnić spokój, a dzieciom opiekę, chcąc skorzystać z tego, by do serc młodziutkich niejedno zdrowe rzucić ziarno, matka moja przeznaczyła dwie duże stancye w domku tym, który do nas należy i ustanowiła dozorczynię, przeznaczoną wyłącznie do pilnowania dzieci samopas pozostawionych.
— Dziwactwo! — syknął hrabia.
— Z początku wieśniaczki patrzyły na urządzenie to z nieufnością — ciągnęła panna Teresa. Dziś wszakże, każda z kobiet idących na robotę odprowadza tu dzieci, przekonana głęboko, że je pod sumienną oddaje opiekę. Zamożniejsze zostawiają dla nich obiad, uboższym my jeść dajemy. A że nadzór nad tą improwizowaną ochronką mnie przypadł w udziale, przed chwilą więc byłam obecną, przy rozdawaniu podwieczorku.
W zielonawych, wpatrzonych w klasyczne jej rysy oczach Morskiego, najwyższe odbiło się zdumienie.
— Żartujesz chyba, kuzyneczko? Mamże rozumieć, iż ty, przedstawicielka starego rodu, kobieta, której stanowisko, piękność i wykształcenie, zapewniłyby z góry, jedno z najpierwszych miejsc w salonach, że ty, Teresa Opolska, trawisz czas na pielęgnowanie chłopskiej gawiedzi?
— Tak, hrabio Morski — zabrzmiał z głębokiem przekonaniem czysty głos kobiety. — Ja, Teresa Opolska, szczęśliwą się czuję, iż mogę w małej choć części oddać dzieciom to, co dla mnie czynią ich rodzice. Oni dnie cale pracują w pocie czoła na naszem polu...
— Za dobrą zapłatę — przerwał hrabia Morski.
— Tak, za opłatę, która krwawych ich trudów nigdy nie wynagrodzi — poprawiła z zapałem. — Oni więc pracują dnie cale na byt mój i dostatek, ja zaś tymczasem małym kosztem i troszką dobrej woli, strzegę od złego ich dzieci. A jeżeli potrafię zaszczepić choć w jednem sercu pojęcie o świecie i obowiązku, poszanowanie dobra i prawdy, miłość ziemi rodzinnej, dumną będę wtedy, iż słaba ręka kobiety zdołała małymi środkami dojść do tak wielkiego celu.
— Utopje! — oburzył się hrabia. — Może każesz ich pani uczyć po francusku, a ciemna czerń ta spali was wzamian, zrabuje, zamorduje nawet.
Ciemna, być może, ale to nie ich wina. Cozaś do podpalenia i zrabowania, mylisz się hrabio, nigdy bowiem nie mieli ku temu lepszej sposobności, jak po śmierci mego ojca, a jednak, wtedy właśnie pomoc i życzliwość, jaką cała gromada okazała sierotom, przyczyniły się do uratowania nam mienia, do zabezpieczenia przyszłości. Bogaci krewni i możni sąsiedzi odwrócili się od domu, okry-
tego żałobą, a zagrożonego ruiną; chłopi opolscy zaś, zobaczywszy pierwszy sekwestr na majątku sierocym, złożyli się i zapłacili go w całości. Dzięki im tylko, nie jesteśmy dziś tułaczami bez dachu, dzięki im, brat moj Tadeusz, wraca za parę tygodni z Niemiec, jako skończony agronom. Jak widzisz więc, panie hrabio, zaciągnęłam względem nich dług moralny, który nie łatwo wypłacić potrafię.
— Zapominasz, kuzynko, iż przedewszystkiem zamordowali twego ojca; pożyczką tą zatem, za którą wzięli pewno gruby procent, chcieli poprostu zatrzeć ślady własnej zbrodni.
— Trudno obwiniać ogół o przestępstwo jednego nikczemnego wyrzutka; w przeciwnym bowiem razie, ileż to podłych ludzi zdołałbyś, panie hrabio, wśród równych sobie wyliczyć? Przeciwnie, posłannictwo pokoju i miłości, jakiem usiłowali złagodzić pamięć wyszłego z pośród nich występku, tem więcej każe wierzyć w te pełne prostoty serca.
— Ha, ha, ha. Posłannictwo miłości i pokoju! Ha, ha, ha! Czyż tak zawsze bywało?
— Może nie zawsze, ale trzeba brać w rachubę okoliczności. Zresztą przypomnij sobie, panie hrabio, słowa poety, który miał przecież wszelkie prawa do arystokracyi. Mówię tu o Krasińskim.
— Och, bo Krasiński, jako poeta, chorował na doktrynerskie mrzonki i na popularność; bo sam nie
zetknął się nigdy z tym ciemnym, chciwym motłochem, który wtedy tylko budzi się z apatyi, gdy może co ukraść, lub w pańskie worać się grunta. Miałem ja z nimi niemało zachodu.
— Mogę zapewnić pana — przerwała — że tutaj stosunek inaczej się przedstawia.
— A ciekawym, coby go zmieniło?
— Siedemdziesięcioletnia przeszło swoboda, poczucie praw obywatelskich i względny dobrobyt, zapewniony im przez ustawy Staszica.
— A pokażże mi pani choć jeden przykład tego zbawiennego wpływu — zawołał Morski z pewnem rozdrażnieniem.
Aksamitne oczy panny Opolskiej podniosły się ku niemu poważnie.
— I owszem — odparła. — Przykład, który nić, wiążącą mię z ludem, nierozerwalną czyni. Zapomniałeś pan widocznie, że główny nasz dobroczyńca i opiekun, że Kotwicz, któremu byt, spokój i przyszłość zawdzięczamy, jest chłopem tylko.
Eustachy Morski pobladł z gniewu.
— A — zawołał — w rzeczy samej, zapomniałem! Inaczej byłbym zrozumiał odrazu przyczynę, która piękną mą kuzynkę zamienia w taką gwałtowną demokratkę, w radykała nieomal,. Na dnie zasad tych niebywałych kryje się, jak zwykle u kobiety, osobista jakaś sympatya.
— Och, nie na dnie, lecz na samym wierzchu,