Strona 2
Cmentarz też, usiany nagrobkami staczał się po pochyłości wzgórza łagodnie ku wiosce, która rozłożywszy się malowniczo u jego podnóża, biegła długim sznurem chat białych, zalotnie wśród zieleni błyskających, by ostatnimi domkami dosięgnąć czworoboku z topoli, kryjącego widocznie zabudowania dworskie. Wielki ogród, a po za nim srebną wstęgą rzeki przecięty obszerny widnokrąg łąk i pól kończył dopiero ten zwykły, pełen prostoty i sielskiego uroku obrazek. Złocące go promienie słońca, zalewając przestrzeń całą, od owego kościołka, aż do siedziby dziedzica, nad nurtami Bugu wzniesionej, odbijały się równocześnie w dubeltówkach trzech jeźdzców, którzy w tej chwili na skraju lasu stanęli. Rasowe ich wierzchowce rzucały się rączo; podążający z tyłu strzelec wiózł przymocowanych do torby kilka ptaszków, niewinna zaś i barwna kraska, umieszczona na czele zdobyczy, wskazywała najlepiej, iż byli to myśliwi, którzy nie zwierzyny, lecz zabicia czasu szukali jedynie.
— Ma foi, tu wcale nie brzydko! — zawołał najmłodszy z nich, rozglądając się ciekawie po okolicy. Ma to nawet cechę swojską.
— Przypuszczam, że nie może mieć cudzej — wtrącił żartobliwie drugi towarzysz. — Maurycy sądził widocznie, iż za lasem znajdzie wybrzeże morza i Ostendę, stąd ta nędzna wioska swojskością taki zachwyt w nim budzi.
— Nie, ale to naprawdę śliczniutka sielanka. Jaki Corot lub Millet zrobiłby z niej miniaturowe arcydzieło. Przypomina mi rodzinną moją wieś w Galicyi.
— W Galicyi? — podchwycił ten sam, co wpierw jeździec. — Zdawało mi się, iż wspominałeś ostatnim razem, że to było w Poznańskiem.
Młodzieniec zmieszał się lekko.
— Nie znęcaj się nad nim, panie Eustachy — wtrącił po francusku trzeci towarzysz o pięknych lecz silnie wschodni typ przypominających rysach. — Powiedz nam lepiej, jak się miejscowość ta nazywa?
Hrabia Morski wzruszył lekceważąco ramionami.
— Alboż ja wiem? — rzucił niedbale. — Wola, Wolica, Wólka, coś w tym rodzaju pewno. Un de ces noms barbares, qu'on ne trouve que' chez nous. Jak wiecie, nie byłem tu od lat kilku, a co prawda, dawniej te rzeczy też mnie niewiele obchodziły.
— Widzę, iż nie pozujesz nawet na wzorowego obywatela — zaśmiał się baron lekko.
— Je m'en fiche, tegoby tylko brakło. Na cóżby mi się zdały majątek i stanowisko, gdybym przy nich miał się zakopać tutaj?
— O zakopaniu nie ma mowy. Lordowie angielscy jednak, których tak lubisz hrabio, znajdują wśród tysiącznych zajęć czas na wszystko, od za-
bawy, i parlamentu aż do czynnego zajmowania się administracyą własnych majątków.
— Naiwni! Zatruwają sobie dobrowolnie życie. Zresztą może w tamtejszych warunkach łatwiej to przychodzi.
— Sądzę, że gdybyśmy naszych tak nie zaniedbywali, zawiadywanie nimi także łatwiejby przyszło...
— Pan baron w postaci moralizatora! Na Jowisza, to nowa zupełnie rola! — zawołał Maurycy Korybut wesoło. — Możnaby sądzić, iż sam należy do najczynniejszych agronomów.
— Jak pan wiesz, jestem tylko finansistą i przemysłowcem, majątki ziemskie przypadły bratu memu w udziale. Jeżeli jednak nie obcem mi jest, co robi każdy z kancelistów w moich biurach, sądzę, iż obarczony własnością rolną, taką samą rozwinąłbym w niej działalność. Dlatego też zdziwiło mnie, że hrabia Morski nie wie nawet nazwiska tej wioski...
— Ale za to wie — przerwał hrabia Eustachy — gdzie największe stada kaczek znajdziemy. Kłusa, panowie, wzdłuż parowu, a później w dziesięć minut staniemy nad rzeką, gdzie już trzeba będzie konie porzucić. Sprobójmy wytrzymałości moich wierzchowców, którym przecitż nie znajdziesz baronie nie do zarzucenia?
— Pańskie laury wyścigowe niejednokrotnie
wprawiały mnie w zazdrość — przyznał finansista grzecznie, dotykając zlekka konia spicrózgą.
— O tak, Mylord, to cudowne stworzenie! Hep, hep! — przynaglał hrabia Morski czarną, jak kruk, Kometę, i wśród wesołych sportowych wspomnień, pomknęli rączo wzdłuż parowu.
W tem Kometa, zastrzygłszy uszami, gwałtownie w bok się rzuciła.
Morski, o mało nie wysadzony z siodła, szarpnął za cugle i na miejscu konia osadził.
Powód przestrachu łatwo było zrozumieć. Z niewidzialnego dla nich, a tuż nad głowami wśród drzew ukrytego kościołka, rozległ się nagle dzwon poważny, donośny. Metaliczne dźwięki jego płynęły na falach powietrza i pełne, majestatyczne, jak hymn podniosły, rozbrzmiewały wśród doliny, biegnąc daleko, hen, hen, za rzekę, gdzie echo ich, wśród tych chat i dworków maleńkich, zdawało się nieść nietylko cześć Panu, ale i pozdrowienie ludziom dobrej woli.
— Niedołęgi z dzwonieniem! — oburzył się hrabia Morski. — Klacz przestraszona mogła, rzuciwszy się w tak wąskim przesmyku, z łatwością nogę złamać.
W tem, z głosem dzwonów złączył się śpiew prosty, serdeczny, z tysiąca może wypływający piersi, a tak głęboką tchnący wiarą, iż, pomimo nieartystycznej formy, musiał na każdym wstrząsające uczynić wrażenie. "Święty Boże, święty mocny, święty
a nieśmiertelny!" z gorącem błaganiem na skrzydłach modlitwy biegło ku nieba.
— Co to takiego? — pytał baron Kruzenberg zdumiony.
— Nie rozumiem, chyba pogrzeb jaki — objaśnił Eustachy Morski — objeżdżamy bowiem kościół, położony na górze. Popędźmy prędzej, a przekonamy się naocznie.
Przez usta strzelca przebiegł uśmiech lekką za prawny goryczą.
Dziwiło go, iż panowie ci nie są w stanie odróżnić pieśni religijnych od żałobnych. Przyuczony jednak do milczenia, pokłusował dalej.
W tejże chwili, konie, wypadłszy z tumanem kurzu z parowu, zdyszane, jak gdyby jęk dzwonów gnał je coraz szybcej, uderzyły nieomal o płynącą wzdłuż drogi falę ludu w świątecznych strojach.
Na czele, pod ubogim, lecz czystym baldachinem, przez starych włościan niesionym, szedł ksiądz siwowłosy z monstrancyą w ręku, a dalej, szeroką wstęgą rozciągał się tłum, niosący ołtarze, chorągwie i światła jarzące; tłum, z którego piersi wzbijał się pod niebiosy hymn tchnący pokorą i rozrzewnieniem, modlitwa wskazująca pełną prostoty i poezyi, głęboką wiarę maluczkich.
— Sapristi! — mruknął hrabia. — A tośmy się wybrali! Ani rusz przejechać dalej.
A zwracając się do strzelca, dodał: